hity miesiąca

czerwcowelove – ulubieńcy minionego miesiąca

Kiedy się kończył, myślałam, że to był miesiąc daleki od moich marzeń o czerwcach: gorących, smakujących truskawkami, czerwców spod znaku pierwszych kąpieli w jeziorze i długich, ciepłych wieczorów na plaży. Niewiele zostawiłam sobie czasu na celebrowanie tych przyjemności, ale jak to zwykle bywa ze wspomnieniami – już dziś widzę go nie jak miesiąc gonitwy czy jakichś własnych błędów, ale taki, który wykorzystałam najlepiej, jak się dało. Choć czuję, że przebiegłam go zdyszana, za rzadko zatrzymując się, żeby podziwiać widoki, to jednak zapisał się w mojej pamięci jako miesiąc paru przełomów, wśród których udało mi się też troszkę pożyć.

POLKA. – MOJA MARKA MAŁYCH RADOŚCI

Czerwiec 2021 już na zawsze pozostanie miesiącem, w którym otworzyłam nowy rozdział. Stworzenie własnej marki pięknych, jakościowych akcesoriów domowych było dla mnie od lat wielkim marzeniem, jednak jawiło się jako wyższa szkoła jazdy, coś poza zasięgiem, wyzwanie z gatunku arcytrudnych. Miałam rację – to jest arcytrudne, trudniejsze niż cokolwiek innego, czym się w życiu zawodowo zajmowałam. Nie sądziłam, że cały ten proces – od pomysłu do realizacji – jest tak kosmicznie skomplikowany, że będzie składał się z tak wielkiej liczby czynności, zadań, decyzji i problemów. Że potrzeba będzie do niego takiej liczby telefonów, maili, spotkań, tylu ustaleń, takiej logistyki skomplikowanej. Że będzie wymagał takiej wytrwałości, że będzie kosztował mnie tyle łez i siwych włosów na głowie, ani że tak wiele razy będę musiała boleśnie zderzyć się z rzeczywistością. To była wielka lekcja cierpliwości i planowania, która nadal trwa – cały czas pracujemy nad wprowadzeniem paru wiosenno-letnich produktów do sklepu, wciąż z czymś zderzając się i mierząc. Równolegle planujemy też następne kolekcje, nieco już mądrzejsi, ale w wielu miejscach jednak trochę po omacku i nadal w warunkach ograniczonych mocy przerobowych i środków, którymi możemy obracać. Przed nami (od)ważne decyzje dotyczące przyszłości, bez których niemożliwy jest rozwój. Na myśl o zatrudnianiu pracowników czy innych inwestycjach jednocześnie skręca mnie ze strachu i czuję jakieś takie przyjemne gilganie w trzewiach. Bo rosnące ryzyko i odpowiedzialność zarówno pociąga, jak i przestrasza. Czasami w chwilach zwątpienia zapominam, że oto spełniają się moje marzenia, w ferworze codziennej walki, w zderzeniu z fakapami wszelkiej maści, nie dostrzegam, jak dużo już się udało. A potem przychodzi taki dzień, że przychodzę rano do biura, rozglądam się po regałach, widzę te wszystkie moje kolorowe cudeńka razem, takie dopieszczone i spójne, stworzone rodzinnym wysiłkiem i myślę sobie “niech mnie dunder świśnie, to się dzieje na serio”. Już niedługo na naszych wirtualnych półkach pojawią się zestawy aromatycznych przypraw, intensywna kawa poranna i ceramika – kubki, filiżanki, pojemniki i doniczki, stay tuned!

“LATO W KRAINIE GARÓW” – NOWY EBOOK Z SEZONOWYMI PRZEPISAMI

W tym czerwcowym szaleństwie udało mi się jeszcze poszerzyć rozdział “Roku w krainie garów” o dziesięć nowych przepisów i tak przygotowaną trzydziestkę sezonowych inspiracji wydać w formie letniego e-booka. Znajdziecie w nim pomysły na wszystko, co najpyszniejsze latem: od sezonowych owoców, przez letnie warzywa, po dania z bobem i kurkami. Dziesięć lekkich, odświeżających sałatek na wakacyjne kolacje czy grille, dziesięć owocowych ciast, deserów i drinków oraz dziesięć pomysłów na szybkie dania obiadowe. To zestaw inspiracji do celebrowania tych najcieplejszych i najbardziej beztroskich miesięcy w roku w sposób smakowity i jednocześnie prosty. To e-book pełen soczystości i letnich smaków, dojrzałych w słońcu owoców i potraw stworzonych do wspólnego biesiadowania w słońcu albo w ciepłe wieczory. To 76 stron pachnących ogródkiem, malinami, jagodami, najsłodszymi w roku pomidorami i wszystkim, co pyszne i ulotne zarazem. To zaproszenie do świętowania lata.

POLSKIE LATO

Choć w praktyce wyglądało to tak, że pakowałam się w pędzie, trochę bardziej dla dzieci niż dla siebie, marząc o tym, by móc weekend spędzić w łóżku, to jednak latem warto rzucać wszystko, zostawiać za sobą bałagan i inne obowiązki, by na chwilę odetchnąć w jakichś pięknych okolicznościach przyrody. Dwa czerwcowe wypady, choć krótkie, pozwoliły mi odciąć się na chwilę od wszystkiego, co muszę. Dały fajny czas z rodziną i znajomymi, w hamaku i w wodzie, kojący szum morza i wytęskniony zapach jeziora. Weekendy za miastem pozwoliły mi poczuć pełnię polskiego lata, której bez tego pewnie bym zaznała. Jestem dziś wdzięczna za ten przedsmak wakacji, który trochę ułatwi mi pewnie czekanie na sierpniowy urlop. I za nasz taras, za bliskość zatoki i kaszubskich jezior, za to mogę dawać dzieciom takie fajne letnie chwile zanim wyruszymy na dłuższy wypoczynek. Tradycyjnie więc, jak co roku, hitem czerwca jestem zmuszona okrzyknąć sam czerwiec po prostu, bo wtedy wystarczy w zasadzie tylko zatrzymać się i brać wszystko, co daje. No i wyciskać, rzecz jasna, aktualnie – do ostatniej kropli lipca 😉

MOJE MAŁE, WŁOSKIE WAKACJE

Czyli kolejne zdarzenie z gatunku przełomowych, by nie rzec – epokowych wręcz. Pierwszy raz bowiem, od kiedy jest matką, wzięła się Polka i puściła tak daleko bez ogona, celem zaznania wyłącznie własnych przyjemności. Bez kompromisów i bez ograniczeń, za to z dużą dozą swobody, spontaniczności, prosecco i gelato. No i co tu dużo gadać – wspaniale jest zerwać się, zostawić za sobą wszystko, co codziennie trzeba, zmienić planszę na tak piękną, jak ta Florencka czy liguryjska. Weszłam w te włoskie atrakcje niczym dzik w pomidory, łaziłam do utraty tchu, od rana do nocy, gapiąc się maślanymi oczyma na wszystkie piękne ulice, zaułki, drzwi, okiennice, zatoczki i widoczki. Smakowałam, korzystałam, delektowałam się każdą chwilą tam, w myślach planując już kolejne podobne – babskie eskapady regeneracyjne. To powinno być refundowane przez NFZ z poradni zdrowia psychicznego dla każdej matki 😉

ZUZA ZIOMECKA “WYSPA SPOKOJU”

Rzadko czytam poradniki, ich wzniosły, mentorski ton albo zawarte w nich uduchowione banialuki wywołują u mnie zwykle ciary żenady. W tym przypadku miałam jednak takie, graniczące z pewnością, przekonanie, że będzie inaczej – bo to w końcu nie byle kto, a Zuza Ziomecka – konkret babka, doświadczona dziennikarka, którą obserwuję od lat i której poglądy są mi bliskie. “Wyspa spokoju” trafiła też u mnie na podatny grunt – pisałam już, że próbuję medytacji, aby poradzić sobie ze stresem i napięciami w ciele. Ta książka, zarówno poprzez historie jej autorki, bohaterów i bohaterek, jak i merytoryczne rozdziały o ludzkim umyśle, utwierdziła mnie w przekonaniu, że to słuszny kierunek. Zmotywowała do częstszego, regularnego praktykowania informacjami o wszystkich korzyściach, jakie to niesie, zarówno dla ciała, jak i głowy. Mindfulness, czyli świecka praktyka relaksacji i uważności, bardzo pomaga w radzeniu sobie nie tylko ze stresem, ale też z wewnętrznym krytykiem, konfliktami czy innymi trudnymi sytuacjami w życiu. Pomaga nawiązać lepszą relację ze swoim ciałem i własną intuicją, podejmować decyzje, odkrywać własne potrzeby. “Wyspa spokoju” to zarówno teoria – ciekawie przedstawione fakty o mózgu i tym, jak mindfulness go zmienia, jak i praktyka, czyli wskazówki do praktykowania oraz historie zaproszonych do książki gości. Potrzebowałam tej książki, żeby wygospodarować w swoim życiu przestrzeń na regularne praktykowanie z apką Headspace, którą mam w telefonie już od paru miesięcy, jednak korzystałam z niej w chaotyczny sposób, brakowało mi systematyczności. Polecam każdemu, kto pragnie w życiu więcej równowagi, kto szuka metody na uspokojenie myśli, odprężenie ciała, pozbycie się dolegliwości psychosomatycznych i lepsze radzenie sobie z codziennymi trudnościami.