codzienność

żegnaj, szkoło

Zaczęło się wielkie odliczanie. To już za tydzień ubierze białą bluzkę i pójdziemy razem pożegnać drugą klasę. I choć czeka z utęsknieniem na wszystkie przygody i na tę swobodę, która ma nadejść, to wiem, że lubi swoją szkołę. Taką zwyczajną, z lamperią z olejnicy i woźnymi w fartuszkach. Taką, w której pani czasem zadaje za karę, a chłopaki ciągną za warkocze. Tę samą, która miała być tak nieprzygotowana na sześciolatki i tę, co miała im wyrządzić taką krzywdę. Tę szkołę, która zamieniła nieśmiałą dziewczynkę w wygadaną, roześmianą ośmiolatkę.

SOCJALIZACJA

Już zawsze będę wdzięczna szkole za tę zmianę, jaka zaszła w Zosi przez ostatnie trzy lata (dwie klasy + rok w oddziale przedszkolnym). I choć wiele jest drobiazgów, do których można się przyczepić (co oczywiście regularnie czynię), to przymykam na nie oko, świadoma ogromu dobrego wpływu szkoły na moje dziecko. Zerówka to był u nas przełomowy czas. Nie mogłam się nadziwić, w jakim tempie Zosia się otwierała, nabierała odwagi i pewności siebie. Ta sama dziewczynka, która w przedszkolu zdezerterowała z wszystkich przedstawień i nie była w stanie wydusić z siebie słowa, kiedy poznawała nowych ludzi, w ciągu pierwszych miesięcy zmieniła się nie do poznania. Chodziła przez osiedle, wykrzykując co chwila jakieś “cześć!” czy “dzień dobry” w kierunku napotykanych znajomych czy pań. Zaczęły się przyjaźnie, urodziny koleżanek, wspólne, klasowe sprawy. Normalne rzeczy – pomyślicie, pewnie tylko rodzice nieśmiałych dzieci zrozumieją, jakie to szczęście patrzeć, jak znikają ich wewnętrzne ograniczenia. Kiedy dzieciak przestaje się męczyć wśród ludzi. I jak ta zbudowana w szkole pewność siebie zaczyna się rozlewać na inne sfery życia – jak zaczynają się samodzielne eskapady do sklepu, znajomości zawierane na placach zabaw, swoboda rozmawiania z nowo poznanymi dorosłymi. I choć te przedstawienia to nadal jest lekka męka i żadna z Zośki osobowość sceniczna, to ogarnia, już radzi sobie ze stresem. Radzi sobie w szkole po prostu – mogę dziś powiedzieć, choć jeszcze trzy lata temu nie byłam tego pewna.

KLIMAT

Stało się tak między innymi dlatego, że uczy się w dobrej atmosferze. I choć oczywiście w klasie zdarzają się konflikty, to generalnie nasza szkoła jest dobrym miejscem, pełnym serdecznych twarzy i życzliwych osób. Zarówno nauczycielki klasy, jak i te świetlicowe, dyrekcja i cały personel szkolny to zwyczajnie mili ludzie, którzy błyskawicznie nauczyli się rozpoznawać dzieciaki i ich rodziców, są uśmiechnięci, pomocni i wspierający. Lubię odbierać ją ze szkoły, ze świetlicy czy zbiórki zuchowej, ucinać sobie pogawędki z paniami czy rodzicami koleżanek. Nie poznałam jeszcze w tym miejscu ani jednej niesympatycznej woźnej czy sekretarki. Każda moja prośba czy uwaga zawsze spotykała się z pozytywną reakcją, niezależnie od tego, czy chodziło o poszukiwania zagubionych sweterków (a te uprawiamy regularnie), zapisów na półkolonie, zastrzeżenia do systemu zamawiania mundurków szkolnych czy jakiekolwiek kwestie organizacyjne. I choć nie stosuje się u nas nowoczesnych metod wychowawczych: jest 45 minut siedzenia na tyłku, są kary za gadanie, nagrody za bycie cicho i sprawdziany z matmy na czas. Choć nie każda sala ma tablicę multimedialną, a toalety przechodziły ostatni remont wiele lat temu i często nie ma w nich papieru, to upewniłam się, że szkoła publiczna może być dobrym środowiskiem do nauki i rozwoju.

PUBLICZNA = GORSZA?

Przyznam się szczerze, że nawet nigdy nie rozważałam posłania Zośki do prywatnej szkoły. To, że pójdzie do najbliższej podstawówki i będzie wracać z koleżankami do domu, po drodze kręcąc fikołki na trzepaku, było dla mnie po prostu oczywiste. Mam cudowne wspomnienia z obu moich publicznych szkół i pewnie trochę nie kumam, w czym problem, bo wyszłam na ludzi i nikt mi po drodze żadnej krzywdy edukacyjnej nie wyrządził. I choć rozumiem, że dla wielu rodziców prywatna szkoła jest wyznacznikiem statusu, nigdy nie miałam takich aspiracji klasowych, które zmobilizowałyby mnie to znalezienia bardziej elitarnych warunków do nauki dla mojego dziecka. A teraz bez złośliwości – rozumiem i szanuję motywy pozasnobistyczne, jakie kierują rodzicami, którzy wybierają szkoły prywatne: alternatywne metody nauczania, lepiej dopasowane do możliwości kilkulatków, indywidualne podejście, świetne wyposażenie, innowacyjne programy i tak dalej. Ale nie rozumiem, jak ktoś może oceniać mój wybór jako “oszczędzanie na dziecku” i pisać mi w komentarzach, jak fatalnie to o mnie świadczy, że posłałam dziecko do tej strasznej, publicznej budy.

CZEMU NIE PRYWATNA?

Jestem z nurtu, który uważa zróżnicowanie społeczne za zaletę publicznej szkoły. Cieszę się, że moja córka obcuje z dziećmi z różnych domów i środowisk, nawet jeśli czasem oznacza to konieczność nauczenia się radzenia sobie z łobuzami. Nawet jeśli oznacza to, że czasem jest ubrana inaczej i inną ma zawartość śniadaniówki. Domyślam się, że elitarność prywatnych szkół to trochę stereotyp i nie wszystkie dzieci podjeżdżają pod nie limuzynami, ale jednak pewnie nie ma w nich uczniów, których nie stać na szkolną wycieczkę. A u nas są, dzięki czemu rozmowa o tym, jak żyją inni, jest nie tylko teoretyczna.

Generalnie czuję, że tak jest lepiej – być się wśród tych, którzy mają mniej, i tych, którzy mają więcej. Mieć w klasie dzieci, które podróżują po świecie i takie, które wakacje spędzą na podwórku. Odnajdować swoje miejsce w klasie, a później – w świecie, który składa się nie tylko z podobnych do nas – zadbanych ludzi z tzw. “dobrych domów”.  Rozwijać się wśród grzecznych i niesfornych. Uczyć się z tymi, którzy potrafią mniej, i z tymi, którzy umieją więcej.

OBNIŻANIE LOTÓW

Publicznej szkole zarzuca się często, że zdolne dzieci równają w niej do średniej, ponieważ uczą się z tymi słabszymi i brakuje czasu na indywidualną pracę. Być może, pewnie w niektórych przypadkach publiczna edukacja może zmarnować talent. Ale moje dziecko nie jest geniuszem. Nie ma specjalnych potrzeb edukacyjnych, którym publiczna szkoła nie mogłaby sprostać. Potrafię to ocenić trzeźwo, obiektywnie i bez cienia rozczarowania – moja córka nie wyróżnia się na tle klasy wybitną inteligencją czy ponadprzeciętnymi umiejętnościami. Ma bardzo bogate słownictwo, ładnie czyta, pięknie rysuje i ma niezwykłą wyobraźnię, ale koślawo pisze, wali byki i wolno liczy. Nie czuję, żeby obecność mniej inteligentnych dzieci w klasie odbijała się negatywnie na poziomie jej wiedzy. Natomiast to, że są zdolniejsze z pewnością ją motywuje, sprawia, że chce brać udział w dodatkowych aktywnościach i ma potrzebę osiągnięć.

ROZWÓJ ZAINTERESOWAŃ

Nasza szkoła ma dość bogatą ofertę kół zainteresowań, mnóstwo jest też konkursów: plastycznych, literackich, matematycznych czy przyrodniczych i nasza Zośka chętnie bierze w nich udział. Pewnie te mogłyby się odbywać w innych warunkach, na lepszym poziomie, przy użyciu doskonalszych narzędzi, ale z pewnością jest to jakiś punkt wyjścia do dalszej pracy z dzieckiem. Tak właśnie – uważam, że rozwój zainteresowań Zosi to nasze zadanie – moje i jej taty. Talenty mojej córki powinniśmy rozwijać my – rodzice, zarówno w domu, jak i na zajęciach dodatkowych. Nie chcę mówić, że rodzice wysyłają dzieci do prywatnych placówek z lenistwa, bo pewnie zazwyczaj jest dokładnie odwrotnie. Tyle, że inaczej postrzegam tę płynną granicę, gdzie kończy się zadanie szkoły, a zaczyna się mój obowiązek. I pewnie to właśnie jest klucz do mojego podejścia do instytucji edukacyjnych.

ZADANIA SZKOŁY

Nie oczekuję po niej cudów. Nie spodziewam się, że zapewni mojemu dziecku świetlaną przyszłość. Że je za mnie wychowa, i wszystkiego nauczy. Wiem też, że moja córka nie jest pępkiem świata. Jest wyjątkowa, ale przede wszystkim dla mnie. Dla nauczycieli jest jedną z setek dziewczynek, które spotkają na swojej drodze. Mają nauczyć ją myśleć, zadawać pytania, mają nauczyć ją, jak się uczyć. Ich zadanie to wyposażyć ją w podstawy wiedzy o świecie i rozbudzić ciekawość wiedzy. Mają ją szanować i wspierać, kiedy tego potrzebuje. W szkole ma być bezpieczna, ma poznać podstawę programową i socjalizować się – mieć przyjaciół, komunikować się, uczyć się funkcjonować w grupie, rozumieć innych ludzi. Póki co szkoła publiczna wywiązuje się z tych zadań bardzo dobrze i pewnie pod koniec sierpnia Zośka już będzie za nią trochę tęsknić.

Żegnamy więc czule te szkolne mury i zaczynamy letnie szaleństwa. I choć to wakacje, czas lenistwa i beztroski, nie obędzie się u nas bez wyzwań – już w lipcu pierwszy obóz harcerski 😉

szkoła publiczna

szkoła prywatna

sześciolatki w szkołach

lampka biurkowa Sebra – Little Room

spinka chmurka – Lalkametoo.pl

pozostałe sprzęty opisałam TUTAJ i TUTAJ