hity miesiąca

szajby minionego miesiąca – 5 rzeczy, które kochałam w lutym

No i jest, doczekaliśmy się, kilkadziesiąt tysięcy par oczu wpatrzonych z nadzieją w kalendarz nie speszyło go wcale i nadszedł. Marcu – witaj, jak dobrze Cię widzieć! Wprawdzie co roku wszystkim nam wydaje się, że przynosisz wiosnę, a nie tylko kilka stopni ciepła, parę promieni słońca i przy okazji roztapiasz przymarźnięte do trawników psie gówna. Wybacz – long time no see, pamięć zawodzi, głód wiosny zaburza nam obraz. Zresztą, te parę stopni, kilka promieni i kupka rachitycznych przebiśniegów też są spoko. Wiedz, że dziś na twoją cześć otwierane będą szampany (względnie soki warzywne na dobry początek detoksu, te otwierane będą z lekką paniką, wszak ani się obejrzymy, a trzeba będzie zrzucić płaszcze i prawda wyjdzie na jaw). Z góry dziękujemy za dłuższe dni, witaminę D, fryzury nieprzyklapnięte od czapek, Dzień Kobiet, i za zmianę czasu na letni (wybaczamy krótszy sen, bo wydłużenie dnia to jest coś – wszystkie byłyśmy już znużone tym rozwieszaniem prania po ciemku). Także fajnie, przed nami lepsze czasy. Hello, be good, #najlepiej, itepe itede.

Jako istota nadwrażliwa i rozmawiająca z miesiącami, czuję się w obowiązku wspomnieć kilka ciepłych słów o lutym, co to go zasadniczo tak nienawidzę, że aż mi głupio. No bo co on zawinił, że jest akurat czwartym z kolei miesiącem bez światła słonecznego i wszystkim odpierdala akurat wtedy. Nie chowaj urazy – to fizjologia. Te kilka ciepłych słów to mi się uda wykrzesać tylko dlatego, że się starałam. Naprawdę w tym roku wytoczyłam ostre działa, wdrożyłam cały profilaktyczny program antydepresyjny, żeby się nie rozsypać, jak to mi się potrafiło zdarzać o tej porze roku w latach ubiegłych. Odżywiałam się znakomicie, stroniłam od cukru, ze sprowadzanych z zagranicznych plantacji warzyw wyciskałam resztki witamin. Instynkt samozachowawczy zadziałał – zamiast pić więcej wina i żreć czekoladę zapisałam się na basen (sic!), stymulowałam się (pop)kulturą, dbałam o siebie, czyniłam drobne przyjemności. Kilka z nich zasługuje na to, żeby się nimi podzielić ze światem – wykorzystane w marcu też będą całkiem spoko.

1. “The Affair”

THE AFFAIR – Season 1 – Pictured (L-R): Dominic West as Noah and Ruth Wilson as Alison – Photo Credit: © 2014 Steven Lippman/Showtime. The series premieres Sunday, October 12 at 10:00 PM ET/PT.

Luty spędziłam przyklejona do tabletu jak moja babcia do telewizora, gdy nadawali “Niewolnicę Izaurę”. Po wielomiesięcznej przerwie od seriali, zimą wróciliśmy do tej rozrywki, opłacając abonament na Netflixie. Tuż po Świętach skończyliśmy oglądać świetny kryminalny “How to Get Away with Murder” i zaczęłam się powoli rozglądać za czymś nowym na weekendowe wieczory. Już po pierwszym odcinku stało się jasne, że obejrzę ten serial sama, uprzedzam – wolno rozkręcająca się akcja prawdopodobnie odstraszy facetów i zamiast wieczornej integracji będziecie mieć, jak my – separację. “The Affair” wciągnął mnie bez reszty, nie byłam w stanie ograniczyć się tylko do weekendów – ja ten serial pożarłam. Dzień po dniu, po 1-2 godzinne odcinki, nie mogłam się oprzeć jego klimatowi. Nie jestem nawet pewna, dlaczego mnie tak poruszył, czemu płakałam na nim jak bóbr, ani dlaczego nie mogłam przestać o nim myśleć. Jego lekko mroczny, dosyć zmysłowy klimat, niebanalny sposób prowadzenia opowieści i coraz bardziej komplikujące się losy bohaterów namieszały mi głowie, jak już dawno nic. Mistrzowsko przemyślana narracja sprawia, że historia intryguje i nie można się od niej oderwać. Zostaje w głowie na długo, ciężko się od niego uwolnić – uprzedzam.

2. Animal Kingdom

LookbookAKzmiany3 LookbookAKzmiany8

Pierwszą bransoletkę dostałam od przyjaciółki na urodziny – delikatny, szary sznurek z metalowym ptaszkiem, chwostem i dwoma koralikami. Kolejną znalazłam na Mikołajki  w bucie – czarne koraliki ze złotą jaskółką. W Walentynkowy poranek przy łóżku czekała na mnie trzecia, z dodatkami w pudrowym różu. Nawet Zosia wyprosiła u ojca jedną dla siebie – różowy kabelek i opalizujący kotek w wersji mini, przeurocze kombo. Wszystkie uwielbiam i chcę więcej! Od dawna szukałam odpowiedniej biżuterii – delikatnej, ale z pomysłem. Brakowało mi takich drobnych akcentów, wcześniej praktycznie zrezygnowałam ze świecidełek, nie mogąc znaleźć nic dla siebie. We wszystkim czułam się jakaś obwieszona i przebrana, przestałam już nawet szukać. A Animal Kingdom to miłość od pierwszego wejrzenia. Nie potrzebuję już nic więcej, chcę tylko mieć całą szkatułkę bransoletek, naszyjników i kolczyków od tych zdolnych dziewczyn. Wszystko, co robią jest przepiękne, przez kolejną dekadę zamawiam po jednej sztuce na każdą możliwą okazję. Jak dobrze, że już za kilka dni Dzień Kobiet! 😉

www.animalkingdom.pl

3. Curry i komosa ryżowa

1

4

Bywam dość monotematyczna w swoich fascynacjach kulinarnych, przyznaję. Jak już się czymś zachłysnę, to nadużywam. W ostatnich tygodniach do znudzenia na naszym stole rządziły najróżniejsze gatunki curry z wszystkiego, co tylko znajdowałam w lodówce. To zdecydowanie było moje lutowe “comfort food” – miska pikantnego, gorącego sosu (choć czasem bliżej mu było do zupy) gościła u nas przynajmniej dwa razy w tygodniu. Były wersje czerwone i zielone, z mlekiem kokosowym i bez, z ryżem tradycyjnym i kalafiorowym. Rozgrzewało nas i syciło do tego stopnia, że zjadane o osiemnastej pozwalało pominąć kolację. Wieczorami komponowałam za to kolejne wersje kaszowych, lunchowych sałatek, ostatnio głównie z chrupiącą, delikatną quinoa. Najbardziej smakuje nam ta a la grecka, ale z owocami też jest fantastyczna. Chwilowo mi się przejadły, ale do czasu, kiedy znajdę sobie kolejną kulinarną szajbę, koniecznie spróbujcie, jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście.

4. Julia Pietrucha “Parsley”

Kiedy mąż mi puścił tę płytę kilka tygodni temu, od razu zrobiłam głośniej. Nie mogłam uwierzyć, że stworzyła ją Polka! W dodatku jakaś serialowa aktorka, której twarz ledwo kojarzyłam i w życiu nie podejrzewałabym jej o takie wyczucie i talent. Cudowny głos, nieskazitelny akcent, kawałki, których nie można przestać słuchać, a które po kilku odsłuchach zawodzi się w głos. Wspaniałe zarówno w wersji na ukulele, jak i ze smyczkami. Od tamtej pory słucham jej regularnie, a próba odtworzenia płyty z youtube’a skończyła się tym, że obejrzałam wszystkie video, które do nich nakręcili z mężem, zupełnie amatorsko, podczas swojej podróży do Azji. Chociaż mogłabym ją znienawidzić za to, jak jest piękna i zdolna, to nie mogę przestać jej uwielbiać. Cała płyta jest pycha, a już “We care so much” z Dawidem Podsiadło to jakiś kompletny wyciskacz łez, ciarrry!

5. Skarpetki peelingujące

Moją krótką listę lutowych fascynacji wieńczy rzecz dziwaczna. Przypomniałam sobie o jej istnieniu podczas zakupów w Biedrze. Pomna swoich doświadczeń sprzed dwóch lat, kiedy to w środku upalnego lata zafundowałam sobie stopy jak w ostatnim stadium trądu, nie zwlekałam z rozpoczęciem złuszczania. Nie zgłębiając się w niesmaczne szczegóły powiem tylko tyle – było co złuszczać. Kto nie próbował, musi znać skutki uboczne, na wypadek gdyby nie czuł się w otoczeniu domowników równie swobodnie, co ja. Albo właśnie nawiązał płomienny romans – wówczas odradzam. Jeśli jednak masz suche stopy, a z mężem urządzasz sobie koncerty bąków pod kołdrą, idź w to jak w dym. Rzecz jest tyle prosta, co fascynująca (o ile nie jesteś obrzydliwa rzecz jasna, to raczej zabawa dla ludzi z pewną słabością do wyciskania wągrów, wyrywania włosów i grzebania się w fizjologii). Kładziesz się wygodnie na półtorej godziny z foliowymi skarpetami na stopach – zabieg w sam raz na dwa odcinki “The Affair” (wewnątrz są one nasączone płynem, więc najlepiej podłóż ręcznik). Ściągasz skarpety, wycierasz stopy i czekasz. Po dwóch – trzech dniach dochodzisz do wniosku, że to ściema, Biedra naciągnęła Cię na badziewie, po którym nic nie widać, o sprawie zapominasz. Przypominasz sobie po tygodniu, kiedy ściągasz wieczorem skarpety, albo kiedy wychodzisz z wanny, a Twoje stopy wyglądają, jakby zaraz miały odpaść. Przerażenie ustępuje miejsca fascynacji, gdy zrogowaciały naskórek odchodzi z pięt, palców, a nawet wierzchów stóp całymi płatami, odsłaniając różowiutką, gładką skórę. Łuszczenie trwa 2-3 dni (w zależności od tego, jak bardzo mu dopomagasz), po których stwierdzasz, że to był najlepiej zainwestowany w urodę piętnastak Twojego życia. Hit!

Nie mam zielonego pojęcia, jakiej marki były rzeczone skarpety, ale jest ich mnóstwo w internecie i w drogeriach, proszę sobie namierzyć samodzielnie 😉

Kolejna zimowa szajba w następnym odcinku, tym razem wnętrzarska. Stay tuned!