hity miesiąca

polkowelove – co lubiłam w lutym

Zasadniczo uważam, że największą zaletą lutego jest to, że jest krótki. Zwykle nie za wiele ma do zaoferowania, poza błotem pośniegowym i pogłębiającą się melancholią mieszkańców klimatu umiarkowanego. Tegoroczny luty jednakowoż – musicie to przyznać – był całkiem łaskawy. Dał nam sporo rześkich, słonecznych dni, trochę zimowych uciech, by tuż po nich zafundować nam przedsmak wiosny. A że dodatkowo prowadziłam się zdrowo i fundowałam sobie regularne porcje małych radości, to i minął mi szybko, a przy tym całkiem sympatycznie.

ZIMA ZIMOWOŚCIĄ TOTALNĄ

Nie sądziłam, że ta najokropniejsza z pór roku kiedykolwiek zostanie moim hitem, ale tak – jeśli zima, to tylko w takim wydaniu. Z hałdami śniegu, z grubymi płatkami, migoczącymi na ciemnym niebie, z tym śniegowym wygłuszeniem świata, gdy ten staje się tak dziwacznie, a jednocześnie magicznie cichy. Z chrupaniem pod nogami, z lasami bialutkimi jak w jakiejś krainie lodu, z tym niskim słońcem za drzewami, w którym śnieg mieni się jak brokat. Ten luty przypomniał nam – dorosłym, czym jest biała zima, trochę też pewnie przy okazji przywołując wspomnień i przysparzając dziecięcej radości. A tym, którzy jeszcze w swoim kilkuletnim życiu nie mieli szansy porządnie się wyszaleć w śniegu, pokazał swoje uroki. I jak nadal jestem letnią dziewczyną, która od listopada do marca mogłaby zapaść w zimowy sen, to jednak jestem wdzięczna za tę odmianę. Za odrobinę świeżości i szaleństwa w tym paśmie udręki, jakim jest dla mnie rok rocznie ciemna, bura zima. Ta była zimowa zimowością totalną, i w tej wersji – ze śniegiem, słońcem i rumieńcami na twarzy – okazała się całkiem spoko.

NOWY ZAPACH – ZADIG VOLTAIRE “THIS IS HER”

To z pewnością najdziwniejsze, czym kiedykolwiek pachniałam. Najdziwniejsze, najsłodsze, a jednocześnie jakby najbardziej moje. To jakiś obłęd! Totalnie oszalałam na punkcie tego zapachu i absolutnie uwielbiam wszystkie fazy, przez które przechodzi na mojej skórze. Po latach bezpiecznych świeżaków, pławię się teraz z rozkoszą w bitej śmietanie, w waniliowym puddingu ryżowym, w czymś puchatym i lekkim, jednocześnie zmysłowo kremowym i mlecznym, a przy tym głębokim. Oprócz tej miękkości i słodyczy, znajdziemy w nim nuty czerwonego pieprzu i jaśminu, głębiej jest kasztan, a w bazie ma drzewo sandałowe i kaszmirowe. “This is her” to zapach seksownie smakowity, trwały, pięknie ewoluujący przez cały dzień, dla mnie – totalnie uzależniający. Kiedy poczuję go na sobie czy na szaliku, rozpływam się. Wydaje się raczej zimowy, ale jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że miałabym nim nie pachnieć wiosną. To najlepsze, co dostałam na Walentynki od lat i miłość od pierwszego sztachnięcia.

MOON JWLR

A teraz niech zgadnę – pewnie przykuły też Waszą uwagę te kolorowe bransoletki, które mam na powyższych zdjęciach? 😉 Moją też! Część z nich noszę od lata, kiedy to poznałam Monikę – ich twórczynię – na targach w Elektrowni Powiśle. Stała nieśmiało przy stoliku pełnym koralikowych bransoletek i delikatnych kolczyków, najładniejszych ze wszystkich stoisk. Wyszłam z tych targów z dwiema bransoletkami, chora na kolczyki z księżycem, które ostatecznie oczywiście zamówiłam sobie później (przez Instagram @moon_jwlr), jak również kilka innych drobiazgów dla siebie i na prezenty. Dziś Monika ma swój sklep internetowy i wciąż tworzy kolejne wzory, a ja nadal uwielbiam jej estetykę. Bardzo mi teraz stylistycznie po drodze z tymi kolorowymi koralikami, które wyglądają tym lepiej, im ich więcej. W lutym wzbogaciłam się o kolejne świecidełka i dziś mam już całkiem zacną kolekcję bransoletek i kolczyków, które pasują cudownie zarówno do luźnych bluz, zwyczajnych tiszertów, ale też świetnie ożywiają czarne sukienki, których przewagę mam w swojej szafie. Do letnich kiecek i opalenizny będą wyglądały jeszcze lepiej, zatem polecam wam niniejszym taki wiosenny zastrzyk koloru.

ZABIEGI NA TWARZ

A do takich atrakcji to ja miałam zwykle stosunek ambiwalentny – z jednej strony zawsze chciałam umieć tak się rozpieszczać i przeznaczać pieniądze na to, by leżeć i pięknieć, z drugiej – to się jakoś zwykle wydawało pewną stratą czasu. Choć to pewnie trochę głupie, musiało się we mnie coś zmienić, żebym potrafiła zdecydować się nie na jeden zabieg, a na całą serię, czyli miesiąc regularnych, popołudniowych wycieczek celem dbania – niby głównie o cerę, ale jednak czuję, że także o coś więcej. W mojej głowie bowiem zachodzi wciąż proces krojenia tortu od nowa, a kiedy tak leżę na podgrzewanym łóżku w pięknej kamienicy na gdańskiej Szafarni, czuję, że moja porcja robi się rozkosznie tłuściutka. I ja z tego miejsca polecam każdej z Was, niezależnie od tego, gdzie mieszkacie, takie ucieczki celem dbania o cerę, nie tylko po to, by mieć piękną skórę, ale i banię.

A jeśli akurat mieszkacie w Gdańsku, albo wybieracie się Trójmiasta, wówczas polecam także gorąco to miejsce, w którym ja się aktualnie upiększam, czyli studio Aesthetic Szafarnia – gabinet, specjalizujący się w nowoczesnych, nieinwazyjnych metodach dbania o skórę i ciało. To niesamowicie profesjonalne, a przy tym przyjazne miejsce, gdzie na podstawie analizy stanu skóry opracowano mi plan zabiegów z wykorzystaniem zaawansowanych technologii, takich jak: złuszczający Innofacial, detoksykująco – nawilżającą Influzję Tlenową oraz wszechstronnie regenerujące i mocno ujędrniające zabiegi urządzeniem Indiba. Efekty są już widoczne gołym okiem, więc wiosnę powitam o kilka lat młodsza, a każdemu, komu bliska jest idea slow ageing – czyli spowalniania efektów starzenia bez użycia skalpela – gorąco polecam to miejsce.

Aestetic gabinet gdańsk
‘CZUŁA PRZEWODNICZKA” NATALIA DE BARBARO

Ta książka jest dokładnie o tym, co aktualnie przerabiam, czego szukam, jest o drodze, którą idę, trafiła więc nie tylko na podatny grunt, ale wręcz w mój czuły punkt. Czyli w temat, który można nazwać (pewnie lekko pretensjonalnie) “kobiecą podróżą wgłąb siebie”, ale też podróżą ku większej wolności od przekonań, stereotypów i ról, które nam ciążą. Natalia de Barbaro dokonała bardzo sugestywnej segmentacji typów toksycznej kobiecości, w której pewnie większość z nas odnajdzie siebie – albo w którejś z nich (Potulnej, Królowej Śniegu czy Męczennicy), albo jak ja – po trosze w każdej. To książka o psychologii, napisana przez psycholożkę, jednak nie tym męczącym, patetycznym stylem amerykańskich terapeutów czy coachów, a żywym, fajnym językiem, wprawdzie świadomej skomplikowanej materii emocji, jednak przede wszystkim – kobiety, by nie rzecz wręcz: babki.

Połknęłam “Czułą Przewodniczkę” w dwa wieczory, roniąc przy tym niejedną łezkę. De Barbaro opisała to wszystko tak bardzo w punkt, jakbym czytała własne myśli! Naprawdę rzadko mi się to zdarza, a tym bardziej w takim wydaniu – kiedy nawet słownictwo autorki i wszelkie kody kulturowe, którymi się posługuje – są z mojej głowy, z mojego słownika, z mojego świata. Cytowane wiersze, przywoływane w “Przewodniczce” sceny filmów czy piosenki – wszystkie znam, pamiętam, większość jest gatunku tych najulubieńszych, no ciary.

"Czuła przewodniczka" Natalia de Barbaro