macierzyństwo
felietony

macierzyństwo jako sztuka krojenia tortu

Bo ja widzę swoje życie jako tort właśnie. I nie dlatego, że takie jest słodkie. Nie ocieka wszak bitą śmietaną, zdecydowanie brakuje w nim cukrowej posypki, o wisienkach i strzelających świeczkach nie wspominając. I choć pewnie można by się po mnie takich spożywczych metafor spodziewać, to nie – nie chodzi o przekładane kremem biszkopty, nic z tych rzeczy. Bo to nie cukiernicza metafora jest, a statystyczna raczej – pisząc o torcie, na myśli mam nic innego, jak najprostszy ze sposobów wizualizacji danych, który służy do obrazowania proporcji – wykres kołowy inaczej.

I ja, pisząc ostatnio o swojej potrzebie – by ten mój tort życia pokroić nareszcie sprawiedliwie – miałam na myśli te 100%, jakim jest każdy dzień, miesiąc, rok 2021, mój czas po prostu – żeby go zacząć bardziej świadomie na różne obszary dzielić. Im częściej bowiem myślałam o swoich dniach, miesiącach, o roku 2020 oraz wszystkich poprzedzających go jedenastu latach wysiłków w zakresie łączenia ról życiowych, tym bardziej rozumiałam całe swoje zmęczenie, wszystkie własne frustracje, wszelkie zaniedbania względem siebie i każdy z braków, który obecnie we własnym życiu odczuwam. Zostawię je na razie, bo nie konkretne moje bolączki są tu istotne, a szersze zjawisko – ten kawałek tortu na potrzeby własne, rozumiane dowolnie, naprawdę, jako wszelka aktywność, która nie jest dla innych, a która realizuje różne ważne potrzeby: odpoczynku, rozwoju, towarzyskości itp. To może być dowolne hobby, jakakolwiek dosłownie forma dbania o siebie, nieważne – garncarstwo, jogging, obserwacje gwiazd, kaligrafia, spotkania kółka różańcowego czy organizacji feministycznej, uprawa roślin doniczkowych czy kurs fotograficzny. Chodzi mi o ten kawałek tortu, który jest mój, o mnie, dla mnie, wzbogaca mnie wewnętrznie, relaksuje, sprawia przyjemność, konstytuuje moją tożsamość jako człowieka, odrębną jednostkę, kobietę, a nie matkę czy pracownicę.

I ja nie tylko zrozumiałam te braki, ale poczułam je mocno – po żalu i smutku, przyszła złość. Początkowo byłam wściekła na siebie, szybko jednak oddzieliłam skutki od przyczyn, przeanalizowałam ostatnie dwadzieścia lat swojego życia i zobaczyłam je jako proces, w którym punktem zwrotnym był moment, kiedy zostałam mamą. Czyli ten, w którym wszystko, czego chciałam, i co musiałam, przestało się mieścić w moim torcie.

UTOPIA DOBREJ ORGANIZACJI

Mimo że uparcie to upychałam, dociskałam kolanem, dopisywałam na marginesie kalendarza drobnym maczkiem – nie mieściło się, no. Nie chciało się zmieścić w dobie, bo ta po prostu nie przestawała mieć dwudziestu czterech godzin. Zewsząd słyszałam: możesz wszystko, dziecko pod pachę i jedziesz z tym koksem, maleńka! To tylko kwestia dobrej organizacji, bo kto jak nie my, kobiety, my wszak dźwigniemy to wszystko, my multitaskerki, my siłaczki, my, nowoczesne kobiety, które nie muszą z niczego rezygnować. I to było wielkie kłamstwo, uwierzyłam w nie, bo bycie siłaczką mnie pociągało – to wszak narracja stworzona dla perfekcjonistów. Nie chciałam nic oddawać, myślałam, że dodam – dziecko, kolejną rolę, trochę nowych zadań i jakoś to będzie. Nikt nigdy nie powiedział mi: hej, teraz masz małego człowieka, on przez parę lat będzie potrzebował większości twojego czasu. Po prostu deal with it, dziewczyno, musisz inaczej pokroić swój tort.

I to mnie wkurza najmocniej na świecie chyba – ta utopia macierzyńskiej organizacji, ten bullshit, propaganda sukcesu, którą słyszy się od różnych kobiet, które za nic nie przyznają się, że w ich życiu na coś nie starcza czasu, od kiedy są matkami. Od kobiet, które jakimś cudem nie straciły żadnej zawodowej szansy, kiedy ich dziecko dostało ospy, albo nie przegapiły pierwszego występu w przedszkolu, będąc na delegacji. Od tych chodzących ideałów, których życie wypełnione jest sukcesami zawodowymi, macierzyńskimi, podróżami i tantrycznym seksem. Od tych wszystkich mistrzyń logistyki, które ze śnieżnobiałym uśmiechem na ustach pieką domowe bułeczki, potem gnają na szpilkach do roboty, by po powrocie zrobić dwudaniowy obiad, poczytać bombelkowi książeczki, a przed pójściem spać jeszcze odbyć głęboką rozmowę z mężem, machnąć manicure hybrydowy i przelecieć podłogi na mokro.

PRIORYTETY

I myślę sobie, że należy to wreszcie powiedzieć kobietom otwarcie: kiedy zostaniesz matką, musisz zacząć wybierać. Nie uda Ci się jednocześnie robić spektakularnej kariery, być przy pierwszych krokach swojego dziecka, robić tęczowe cake-popsy na kinderbale i jednocześnie prowadzić bogate życie towarzyskie, czytać pięćdziesiąt książek rocznie i codziennie robić trening. Nie uda Ci się to, i to jest w porządku. To jest normalne, bo doba nie przestanie mieć dwudziestu czterech godzin, więc od teraz musisz zacząć wybierać, co jest ważniejsze. Musisz zdecydować, czy praca to twój tlen, czy może twoim żywiołem będzie dom i życie rodzinne. Czy ograniczysz spotkania z przyjaciółmi i wyjścia do kina, poświęcisz porządek w mieszkaniu, czy zajęcia fitness? Weźmiesz nianię, czy odpuścisz zawodowe ambicje na kilka lat? Będziesz spać po cztery godziny, czy zamówisz catering? Weźmiesz panią do sprzątania, czy przeniesiesz zabiegi ze spa do własnej łazienki?

Jedno jest dla mnie pewne dziś – wraz z przyjściem dziecka na świat, trzeba pokroić swój tort inaczej. On nie urośnie, nie spuchnie, nie rozciągnie się – pewne kawałki muszą być chudsze, bo do dyspozycji mamy wciąż 100% – 24 godziny doby, siedem dni tygodnia, 365 dób w roku. Wiem to, bo próbowałam być wszystkim na raz, żonglowałam i biegłam, aż się wypierdoliłam. To nieuniknione, jeśli kobieta nie zda sobie z tego sprawy, nie zaakceptuje tych prostych faktów i nie przestanie upychać, dociskać kolanem i gnać jak potrzaskana.

RÓWNOWAGA PRACA – DOM – CZAS DLA SIEBIE

Skończmy tę grę, dziewczyny, ona nikomu nie służy. Uznajmy to wreszcie, zaakceptujmy i przestańmy ściemniać, że można mieć wszystko. Można naturalnie próbować, ale to się zwykle źle kończy – bardzo często depresją, czasami rozwodem, wielokrotnie różnymi formami życiowego wypalenia, dojmującej frustracji, poczuciem winy i bycia przegrywem.

Nie mówię tu dzisiaj, że nie można mieć zawodowych sukcesów, gdy się jest mamą. Ani szczęśliwej rodziny, jednocześnie pracując. Że nie da się mieć przyjaciół, pasji, zadbanych paznokci i wyrzeźbionego tyłka, gdy jest się mamą z karierą. Można mieć wystarczająco dobre życie, w którym będzie po trosze każdej roli. Ale żadnej nie da się wypełniać perfekcyjnie, spektakularnie, w każdej trzeba po trosze odpuścić, każdego dnia ważyć na szali i wybierać, decydować, oddawać coś za coś. Sen za pracę albo pracę za czas z dzieckiem, czas z dzieckiem za czas dla siebie i tak w kółko, nieustannie, każdego dnia. Albo pokroić raz, a dobrze i więcej się z tym nie szczypać. Jedno jest pewne – współczesne macierzyństwo to sztuka krojenia tortu. W świecie, który daje tyle możliwości, tyle scenariuszy, tyle aktywności, zajawek i tożsamości. Trzeba usiąść na chwilę na tyłku, zastanowić się, co jest ważne i pokroić ten tort swojego życia – z namysłem, ze świadomością zysków i strat.

A potem delektować się nim, kawałek po kawałku.

Zjadać ze smakiem i niczego nie żałować.