felietony

rok krojenia tortu od nowa

Witajcie, cześć i czołem, wróciłam. Może nie w glorii i chwale, może nie z impetem, w jakim zdarza się niektórym rozpoczynać nowy rok, ale jestem – cokolwiek zregenerowana, nieco już uporządkowana, z listą celów i paroma refleksjami, które przyszły do mnie, kiedy stworzyłam sobie do tego przestrzeń. Tradycyjnie już, co roku o tej porze, przyznaję sobie urlop. Potrzebuję go na przełomie grudnia i stycznia mocniej niż latem nawet, dlatego uczyniłam z tej przerwy nienaruszalny rytuał, bez którego nie jestem w stanie wejść w kolejny rok. To okołoświąteczne wolne od bloga to mój czas na to, by – jak to się mówi – odnowić zasoby. Pozbierać się po, jak zwykle zbyt pracowitym listopadzie i grudniu, naprawić poczynione w tym okresie zniszczenia ciała i umysłu. Odespać swoje, wyleżeć i wyspacerować wszystkie stresy. Wypisać wszystko, czego więcej nie chcę oraz to, czego pragnę najgoręcej. Wymyślić, jak i kiedy to zrobię, a potem uwierzyć w to, zwizualizować i napalić się na swoje plany jak ten szczerbaty na suchary.

Bez dwóch zdań bowiem końcówka roku znowu mnie przeorała, wbrew wszystkim postanowieniom – na polu “równowaga” od wakacji była porażka, równia pochyła, z dnem w postaci wyczerpania i wypalenia, które osiągam od kilku lat już dokładnie na Święta. I ja trochę wtedy muszę się wtedy przytulić, pogłaskać i pożałować samej siebie, odchorować własne błędy, a potem wybaczyć je sobie, żeby iść dalej.

I żeby nie było tak gorzko – muszę też wtedy dać sobie nagrodę za wszystko, co zrobiłam – za ciężką pracę, dobre pomysły, udane projekty, dokończone przedsięwzięcia. A najpyszniejszą nagrodą jest dla mnie, od wielu lat już, czas. Czas dla siebie, czas dla bliskich, czas bez nadmiaru obowiązków, idealnie, jeśli też – czas poza domem, w podróży, gdzieś indziej. Czego się wciąż próbuję nauczyć, to, żeby ten tort mojego życia regularnie już był podzielony sprawiedliwie, by nie składał się tylko z dwóch tłustych kawałów: pracy i domu, z chudzieńkim skraweczkiem z napisem “ja”. Żeby ta trzecia jego część nie puchła tylko okazjonalnie: na urlopie, czy kiedy już ledwo zipię, a potem wracała do swoich mizernych rozmiarów. Chciałabym nadać mu wyższą rangę, pokroić wreszcie ten tort po równo, żebym ja – potrzeby mojego ciała i umysłu, moje pozazawodowe zajawki i marzenia były pełnoprawną składową. A tego nie da się zrobić nie podbierając kawałka porcji innym aspektom – mój tort życia nie urośnie większy, nie przybędzie mi przecież czasu, dni nie wydłużą się, nie zakrzywię czasoprzestrzeni. Wiem już, że muszę odpuścić na innych polach, żeby stworzyć przestrzeń na wszystko to, co się nie zmieściło, a za czym tęsknię, czego potrzebuję najmocniej.

Co mi dziś pozostaje, to wdzięczność za to, co przeżyłam i zrobiłam w 2020 roku. Za Lizbonę, Chorwację i Mazury. Za wszystkie fajne poranki, letnie wieczory i inne małe radości. Za moją rodzinę i nasz dom, za stabilizację finansową w dobie kryzysu. Za to, że pracuję zdalnie oraz online od lat już, i że te ciężkie czasy – paradoksalnie – przyniosły mi dobrą passę. Za nasze biuro i za silnego w nim wspólnika. Jestem dumna z moich książek i ebooków, ze współprac i projektów, cieszę się, że mój szalony pomysł sprzed siedmiu lat dziś karmi moją rodzinę. Oraz że karmi ją do syta oraz przepysznie. Byłabym jednak głupia, gdybym nie widziała swoich błędów, gdybym zamiotła pod dywan wszystkie smutki, tęsknoty i niespełnienia.

Dopuszczam je zatem do głosu, spisuję wyraźnie, wielkimi literami i ruszam do przodu, może nie z impetem, ale z podniesioną głową. Ogłaszam 2021 rokiem szukania przestrzeni dla siebie, poszerzania swojej wolności, rokiem krojenia tortu od nowa. Tym razem już – na równe kawałki.

podsumowanie 2020