felietony

jesienna lista osobista, czyli najsmutniejsze piosenki (do patrzenia w siebie, i na siebie)

Znowu przymuliłam. Tym, którzy się martwili, spieszę donieść, że kurowałam się. Jak ostatnio napisałam, tak robiłam.

Nie kupiłam może „kardiganu z domieszką moheru”, ani „koca o warkoczowym splocie”. Poszłam za to wreszcie do fryzjera, odgruzowałam się częściowo z rzeczy niepotrzebnych, nabyłam też dla odmiany  takie, które mi się przydadzą. Generalnie w poszukiwaniu ukojenia bawiłam się w te zabawy domowe bardziej niż w spanie czy polegiwanie pod kocem. W rośliny, porządki i odgruzowywanie. Trochę żyłam też, zamiast ciągle pracować. Zdałam sobie sprawę, z ilu rzeczy wciąż rezygnuję chcąc publikować posty co drugi dzień. Ile mam zaległości w…no, w życiu po prostu, z powodu tempa, które sobie narzuciłam. Czuję, że muszę się uwolnić z tego przymusu, za bardzo mnie zaczął ograniczać już. Także ostatnie blogowe przestoje to takie odbieranie zaległego urlopu (bo na tym, co to go latem miałam, wstawałam o szóstej, żeby dokończyć posty, zanim się moi pobudzą). Zbieranie sił i pomysłów. Tych ostatnich to całkiem sporo nawet spisałam, o czym się niebawem przekonacie, tymczasem opowiem Wam, co jeszcze robiłam.

Mam bowiem jeszcze jedną strategię na taki czas, kiedy więcej myślę, niż działam. Otóż: dobijam się. Spokojnie, bez użycia ostrych narzędzi, autoagresja tylko emocjonalna. Smutnych piosenek słucham konkretnie. Słucham ich za często i za głośno, trochę się jakby pastwię nad sobą, a jednak jednocześnie oczyszczam. Zawsze tak miałam. Zaczęło się od Nirvany, jeszcze w podstawówce. Później R.E.M. i Oasis. Bush “Glycerine” wałkowany do zdarcia kasety. Pamiętam, jak w liceum katowałam się Garbage z walkmana i “Mellon Collie and the Infinite Sadness” The Smashing Pumpkins, z jamnika przy łóżku. Zazwyczaj wtedy, gdy pojawiały się jakieś nastoletnie tragedie miłosne. Odpływałam w magiczne światy z Björk i Massive Attack, smuciłam przy Coldplayu i Radiohead. Uwielbiałam ścieżki Preisnera z “Trzech Kolorów” i Lorenca z “Bandyty”. Później rozkochałam się w Adele i Lanie del Rey. Zawsze miałam słabość do smutnych piosenek, od kiedy pamiętam, szukałam w muzyce głębokiego poruszenia, silnych emocji, odrealnienia i mocnych wzruszeń. Muzyka to jest w ogóle, mam wrażenie, jedna z niewielu rzeczy w życiu, która pozwala zatrzymać się na moment, popatrzeć – na siebie i w siebie. Dopuścić do głosu rzeczy, które na co dzień zakopujemy głęboko. Takie pożyteczne rozdrapywanie ran ułatwia. Nie chodzi mi tu o jakieś bezmyślne wypłakanie się do smutnej nutki, a raczej – akompaniament, ułatwiający różne życiowe rozkminy.

Nie wiem, jak, ani kiedy to się stało, ale na mojej playliście zaczęli dominować polscy wykonawcy. Dziś prezentuję Wam moje ulubione smutne piosenki ostatnich miesięcy, wszystkie wyrywające z otępienia, poruszające serce do samego dna. Bierzcie, wzruszajcie się i oczyszczajcie. Tylko nie płaczcie za dużo!

KORTEZ “DOBRY MOMENT”

Już dawno w niczym się tak nie kochałam, jak w tej gitarze i w tym głosie. To najsmutniejszy i jednocześnie – najbardziej zmysłowy tembr na polskiej scenie. Pociągający tak, że nie można przestać. W samochodowym radio brakuje mi już skali, zaczynam się momentami bać, bo umiarkowanie jestem wówczas skupiona na drodze, a raczej odlatuję w kosmos razem z Kortezem. Przynajmniej tak to sobie wyobrażam. “Dobry moment” to singiel z jego drugiej płyty – już dawno na nic tak nie czekałam, jak na nią. “Bumerang” męczyłam przez ostatnie półtora roku z różną częstotliwością, ale zwykle to jednak wsiąkałam w jej klimat na co najmniej kilka dni w sposób totalny, pławiąc oraz tarzając się w tych dźwiękach i tekstach. A teraz ten “Dobry Moment” – wyciskacz łez to mało, to jest rozszarpywacz serc. Poważnie obawiam się wzrostu liczby rozwodów w Polsce, kiedy “Mój dom” – bo taki tytuł ma druga płyta – ujrzy światło dzienne. Jest to bowiem “osadzona w czterech ścianach i dziewięciu aktach historia rozpadu związku” i ja coś czuję, że rozkminy, czy aby to nie jest “dobry moment” mogą się niebawem pojawić na skalę masową w polskich domach. To jest jedna z najsmutniejszych piosenek na świecie. I jakkolwiek nie sprawia, żebym miała ochotę się rozwieźć, to – wybacz mężu – ale przytulić Korteza mocno do swojej piersi już tak. Co to jest za chłopak! Prostota, skromność, autentyczność; głos, co powoduje ciarki (zarówno na duszy, jak i na ciele) oraz przyspieszone bicie serca. Melancholia z gatunku hipnotyzujących i wsysających człowieka w całości. Absolutnie doskonałe to jest.

Z poprzedniej płyty (po tym, jak już odsłuchałam “Z Imbirem” siedem milionów razy, rzecz jasna) i sto pięćdziesiąt razy poryczałam się na “Zostań” najbardziej lubię chyba teraz “Ludzi z lodu” i

“POCZTÓWKĘ Z KOSMOSU”

MIUOSH & JIMEK & NOSPR “NIE MAMY SKRZYDEŁ”

Od czasów, kiedy we wspólnym pokoju mój młodszy brat krzywdził mnie polskim hip-hopem z połowy lat dziewięćdziesiątych, nie sięgałam po ten gatunek nadmiernie często. No dobra – nie sięgałam wcale. Dziś także nie sięgam jakoś namiętnie, ale już w duetach czy innych mariażach, które nadają hip-hopowym kawałkom bliższą memu sercu melodykę, potrafię przepaść bez reszty. Latem sprzedałam Wam już Tramwaje i gwiazdy – uwielbiam wszystko, co choćby musnęła w przelocie Kasia Nosowska, ale i ten Miuosh jak na rymującego kolesia jakoś wyjątkowo mi odpowiada, obłędny jest ten kawałek.  A już to, co zrobił z Jimkiem i Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia plasuje się na samym szczycie mojej osobistej listy przebojów. Ciarrry, ciary za każdym razem, piękne to jest, aż serce boli. Cudowna jest też “Piąta Strona Świata” w tym samym towarzystwie, aż człowiek żałuje, że nie jest ze Śląska, a Katowice kocha, choć nigdy w nich nie był.

 ARTUR ROJEK “CUCURRUCUCU PALOMA”

No dobra, przyznaję, przez kilka lat po tym, jak miałam ochotę rzucić się pod skm-kę, słuchając w ciemne poranki “Wieży melancholii” na iPodzie, rzadko do niego wracałam. Jakaś groteskowa się dla mnie stała tamta płyta wręcz. Aż tu nagle wyszedł pan Rojek na scenę Męskiego Grania w tym roku i pojechał brawurowo. Bo nie wiem jak inaczej nazwać tego małego, drobnego człowieka, który na – jednak jakby nie patrzeć – dość młodzieżowym festiwalu, na koniec swojego występu wyjeżdża rozgrzanej publiczności z “Cucurrucucu”. Dla mnie to był akt odwagi i przyznaję – stałam i płakałam tam w tym tłumie. Wzruszenie milion, świat się zatrzymuje na chwilę, kiedy się tego słucha. Ni cholery nie wiem, o czym to jest, ale jakaś wielka tęsknota wisi w powietrzu.

MONIKA BRODKA & TOMASZ ORGANEK “W DESZCZU MALEŃKICH ŻÓŁTYCH KWIATÓW”

Moje drugie łzy na tegorocznym “Męskim”. A raczej pierwsze, chronologicznie rzecz biorąc. Tak inne wykonanie, że po pierwszych kilku taktach nie kumałam, że to kawałek Myslovitz, wyszlachetniał i nabrał głębi w tej wersji. Aż by się chciało, żeby oni to nagrali porządnie, bo jednak taki film z koncertu to nawet w połowie nie oddaje emocji, jakie były na żywo. Jakby się dobrze przyjrzeć, to pewnie widać mnie, jak tam stoję w tym tłumie, tuż przy reżyserce, i ryczę jak bóbr. Zrozumiałam w tamtej chwili dobrze, co to znaczy, że muzyka dotyka serca. Czułam się, jakby mi Monia z Tomkiem łapy wkładali w bebechy i miętolili nimi przez minut 6, pięćdziesiąt trzy sekundy. Nie bolało, było pięknie. Tylko mnie się szpachla wieczorowa naruszyła dość mocno.

.

SORRY BOYS “MIASTO CHOPINA”

Trochę mi już przeszedł początkowy szał na ten album (“Roma”, dokładnie rzecz biorąc), ale kiedykolwiek leciał w tle moich Instastories, dostawałam milion pytań o muzykę. No to macie, ja już się wzruszam umiarkowanie, traktuję bardziej jak miłe plumkanie w tle, ale nadal go lubię. Trochę tylko się czuję jak debil, że klipu nie kumam, ale zakładam, że nie ja jedna. Przekombinowana ta metafora, ale nutki zacne.

PABLOPAVO “MISTRZU”

Odbieram ten kawałek przez pryzmat tragicznych wspomnień, więc dużo nie napiszę. Mnie boli.

Jeden z moich ulubionych męskich głosów, szorstki i hardy. Prezentuje męskość z gatunku podwórkowo-honorowych, wciąga w miasto pełne jąkałów, kupujących bułki z makiem (dwie), staruszków w bordowych kapciach i cuchnący wódką świat mordobić . Świetne teksty mądrego, miejskiego poety. Smutne, ale świetne. Pablopavo jest z tych, który by to dobrze spisał.

JULIA PIETRUCHA & DAWID PODSIADŁO “WE CARE SO MUCH”

Trochę mi ją obrzydziło słuchanie przez kilka tygodni non stop parę miesięcy temu, a trochę doniesienia, jakoby przywłaszczyła sobie kawałki byłego chłopaka. Trochę chyba też czar prysł, kiedy usłyszałam jak gada między piosenkami na koncercie – nie powinna za dużo gadać zasadniczo, lepiej niech śpiewa. Jej efemeryczna głębia znika, kiedy tylko otwiera usta, próbują wtrącić trzy zabawne zdania między kawałki, rozczarowująco nieudolnie niestety. Nie mniej jednak – jej czy chłopaka – kawałki są pyszne, może nie jakieś killery, ale nostalgiczne takie, ładne bardzo. Wszystkie z gatunku takich, że masz wrażenie, że już gdzieś je słyszałaś. Ten utwór, pewnie w dużej mierze ze względu na obecność Dawida, który, jak wiadomo – czego się nie dotknie, to zamienia w złoto, jest naprawdę wyjątkowy.