hity miesiąca

co dobrego w maju – ulubieńcy miesiąca

Mój maj to był emocjonalny roller-coaster, przeplatała się w nim ekscytacja, duma, radocha, frustracje i rozczarowania. Minione tygodnie spędziliśmy po uszy w najważniejszym od czasów “Polki przy garach” projekcie, w podobnym jak wówczas, właściwym dla wszystkich pierwszych razów stanie – niepewności, strachu, w wątpliwościach. Spędziliśmy je na spinaniu, dopinaniu, poprawianiu, dopieszczaniu, ponaglaniu, załatwianiu – miliona spraw, naprawdę, setek detali i drobiazgów. I to były tygodnie, kiedy radość z pierwszych owoców wielomiesięcznej pracy przeplatała się ze zmęczeniem i odbierającymi siłę fakapami. Wtedy też dopiero dotarło do nas z całą mocą, na co się porwaliśmy, bo też i rozmiar przedsięwzięcia w jego finalnej fazie mocno dał się nam we znaki. Wpadłam bowiem na taki pomysł na siebie, żeby stworzyć markę umilaczy codzienności, upiększaczy życia, żeby swój sklep poszerzyć o zestaw małych, domowych radości – zacząć produkować i sprzedawać własne produkty do domu i kuchni. Takie z mojej głowy, z mojego świata, w palecie barw wyjętej z mojej wyobraźni. Idea ta tliła się we mnie od dawna, jednak dopiero, kiedy pisałam “Rok w krainie garów” skrystalizowała się, przybierając sezonową formę – bo moje wiosny i lata wyglądają, smakują i pachną zupełnie inaczej niż jesienie i zimy. Inne wybieram wówczas kolory, inaczej dekoruję wnętrza, otaczam się adekwatnymi do pory roku przedmiotami, używam stosownych do aury perfum i przypraw. Właśnie takim, wielozmysłowym zanurzaniem się w sezony, chciałam Was zacząć zarażać, dostarczając akcesoriów do celebrowania codzienności, złożonej z serii drobnych rytuałów: od porannej kawy po wieczorny relaks. Chciałam zarażać soczystymi kolorami i najpiękniejszymi zapachami natury, umilać ludziom życie masą pięknych drobiazgów: naczyń, tekstyliów, kuchennych dodatków i papierników. I robię to, niech mnie dunder świśnie – robię razem z Polkowskim, już od pół roku! I choć dziś znów ktoś się spóźnił z dostawą i kolejny termin się znowu przesunął, a ja – cała w emocjach ostatniej prostej co drugi dzień rzucam to wszystko w cholerę – to jednak muszę Wam wreszcie opowiedzieć kawałek tej historii. Żyjemy nią już od stycznia, ale w maju to przedsięwzięcie zdominowało nasze życie totalnie.

POLKA.

Czyli marka moich produktów. MARKA MOICH PRODUKTÓW! – niech mnie ktoś uszczypnie, to się dzieje naprawdę! Nasze biuro zamieniło się w magazyn przypraw, świec, bransoletek, bibułek i tkanin. Kiedy piszę do Was te słowa, drukują się moje notesy, wycinają kartoniki na słoiczki z ziołami, w małej, kaszubskiej fabryce właśnie są szkliwione filiżanki, doniczki, dzbanuszki i ceramiczne pojemniki, a w małej szwalni pod Gdańskiem pani Magda właśnie kroi turkusowo – koralowe torby. I to wszystko jest wspaniałe, absolutnie, patrzeć, jak spełniają się marzenia, czuć tę ekscytację i to jakieś takie gilganie w trzewiach. Cudownie jest oglądać te etykiety, naklejki, logotypy, patterny, nad którymi spędziło się długie miesiące pracy najpierw umysłowej, kreatywnej, później żmudnej logistyki, planowania, testowania, poprawiania prototypów, miesiące telefonów, maili, załatwiania, podejmowania decyzji – od samego myślenia o tym, co przeszliśmy od stycznia, jestem już zmęczona. Ale już blisko, to już ostatnia prosta, trochę nerwowego czekania na dostawy, trochę fizycznej harówki porządkowania biura, ustawiania kartonów, oklejania i pakowania. Jeszcze tylko zdjęcia i trochę sklepowej dłubaniny i ruszamy – pod tym samym adresem, co dotychczas, jednak w nowej odsłonie, z bogatą ofertą kolorowych cudeniek marki POLKA. (sic!). Będą sojowe świece o zapachach rabarbaru, piwonii i skoszonej trawy, cudowna kawa, zestawy aromatycznych przypraw, jakościowe notesy, kolorowa ceramika, wzorzyste tekstylia…Konkretną datę rozpoczęcia sprzedaży podam Wam już niebawem, zwroty akcji zdarzają się bowiem ostatnio codziennie niemalże, nauczyłam się już nie przywiązywać do własnych planów. Serie są krótkie, produktów kilkanaście, jednak w niedużych na początek nakładach. Wszystko polskie, w większości lokalne, z małych manufaktur i fabryk, w kolorach i wzorach projektowanych przez nas z Martą (graficzką) przez długie, zimowe tygodnie, aż przybrały formę z moich marzeń. Będzie totalnie po mojemu – pysznie i pięknie, turkusowo, koralowo i wzorzyście, muszę tylko przetrwać tę końcówkę w dobrym zdrowiu, opanować drżenie rąk i to rozedrganie, w którym jestem, podejmując największe chyba w moim życiu ryzyko. A potem wstrzymać oddech i czekać, co będzie.

JAK FIKAM I PEDAŁUJĘ

W tym miejscu nie mam dla Was żadnej efektownej ilustracji fotograficznej swoich poczynań, bo też i ich efekty dalekie są jeszcze od efektownych. Stają się wprawdzie z każdym dniem coraz przyjemniejsze dla oka – zarówno dlatego, że przybywa mi formy i gracji, jak również za sprawą legginsów kompresyjnych, co to je sobie ostatnio sprawiłam – ale nie o wizualnym aspekcie chciałam tu dzisiaj napisać. Ja raczej chciałam przekonać nieprzekonanych – każdą z Was, która chciałaby zacząć się ruszać, ale nie może podnieść tyłka z kanapy, nie ma kompletnie kondycji, wstydzi się, czy ma jakiekolwiek inne opory. Chciałam podzielić się tym, jak czuję się dziś, kiedy ćwiczę już regularnie, prawie codziennie – albo treningi z YouTube’a, albo na rowerku. Otóż: czuję się wspaniale, jak już dawno się w swoim ciele nie czułam. Choć pierwszych kilka razy bolało, mimo że początkowo rzadko mi się chciało i musiałam się zmuszać, dziś porcja ruchu jest już moją potrzebą, nawykiem higienicznym, bez którego czuję niedosyt. Kiedy ćwiczę, mam dobry humor i dużo energii, chce mi się żyć, schodzi ze mnie stres, smutki i nerwy wypacają się – z moją głową dzieją się wówczas same dobre rzeczy. Z ciałem, rzecz jasna, takowoż: sukcesywnie wysmukla się, szczupleje, skóra napina się i wygładza, sylwetka nabiera lekkości. I wiecie co? Trening to dziś moja czekolada, moja kanapeczka, moje ciastko – czyli to, po co sięgam po ciężkim dniu, żeby poczuć się lepiej. Nie sądziłam, że to się kiedykolwiek uda i marzę, żeby tak zostało, a tymczasem fikam i pedałuję po zdrowie ciała i ducha, do czego i Was zachęcam, bo to jest inna jakość życia.

SZPARAGI I RABARBAR

Czyli majowe rzeczy najpyszniejsze! Szparagami objadam się bez wyrzutów już od paru tygodni – w sałatkach, omletach albo z jajkami sadzonymi. Rabarbar serwuję rodzinie w weekendy w formie ciast albo drożdżówek i tak sobie osładzaliśmy ten zimny maj ulubionymi smakami, na które sezon trwa stanowczo za krótko. Maj to dla mnie co roku powrót tych wytęsknionych sezonowych pyszności, który rozbudza kulinarną wyobraźnię, przywraca frajdę z gotowania i pieczenia, nieco wyblakłą już pod koniec zimy. Jeśli szukacie pomysłów na zanurzenie się w wiosennych smakach, to dzielę się moimi pomysłami w ebooku “Wiosna w krainie garów”, w którym znajdziecie trzydzieści pięć przepisów na pyszne rzeczy z rzodkiewkami, botwinką, szparagami, młodymi ziemniakami, rabarbarem i truskawkami.

TARAS: EDYCJA 2021

Wprawdzie spędziłam tu znacznie mniej czasu, niż bym sobie tego życzyła, ale na listę majowych radości muszę wciągnąć też taras, bezdyskusyjnie. Udało nam się bowiem, za sprawą bujanego fotela, nowych dywaników (allegro), kwiatów, lampek oraz kilku puszek kolorowej farby, wyczarować tu całkiem fajny klimat. Zależało mi na tym, żeby na sezon ubarwić nieco tę szaro-czarną przestrzeń, upodobnić ją bardziej do wnętrz, które przez ostatni rok nabrały mocno kolorów. Kupiliśmy farby na zewnątrz (Viva Altax Garden), ja sobie je jeszcze trochę wymieszałam celem uzyskania “moich” odcieni, a potem odnowiliśmy stary bambusowy fotel, zniszczone lampiony i doniczki. Dokupiłam do tego kolorowe dywaniki na Allegro i zrobiło nam się takie małe Bollywood, soczyste i przytulne zarazem. Marzę, by wreszcie posiedzieć tu dłużej bez dygotania z zimna i okrywania się kocem. Jakby się to jakimś cudem w tym sezonie udało – jestem gotowa 🙂

“MARE Z EASTTOWN” HBO GO

Maj serialowo upłynął mi pod znakiem kolejnych sezonów tytułów, które już wcześniej Wam polecałam: przede wszystkim “Opowieści podręcznej”, której czwarty sezon wciąż trwa, ale też “Breeders” i “The Kominsky Method”. W miniony weekend jednak skusiłam się na szeroko chwaloną nowość HBO GO – “Mare z Easttown” i oficjalnie przyłączam się do zachwytów. Ależ to było dobre! Doceniam tu zarówno dobrze poprowadzoną, trzymającą w napięciu narrację ze sporą dawką zaskoczenia, jak i nieco senną, mroczną atmosferę małego miasteczka – taki znany z filmów, fajny klimat amerykańskiej prowincji. Jednak słowa najwyższego uznania należą się Kate Winslet, odtwórczyni głównej roli policjantki Mare – kobiety poranionej, doświadczonej przez życie, jednocześnie szlachetnej i bardzo ludzkiej. Nie tylko bowiem jest to postać pełna wad, ale i zwyczajna w swojej fizyczności – z workami pod oczami, nieefektowną fryzurą, niedoskonałą figurą i niedbałymi strojami. Winslet awansowała tą rolą do aktorskiej pierwszej ligi, serwując nam fenomenalną grę i dając nam postać z krwi i kości – pełną trudnych emocji, wrzuconą przez los w tragiczne dylematy moralne. “Mare z Easttown” to naprawdę świetny, bardzo wciągający serial kryminalny z zachwycającą pierwszoplanową postacią i bogatym katalogiem ciekawych, barwnych, dobrze zbudowanych bohaterów drugoplanowych, absolutny must-see.