dzieciaki

ziemskie centrum dowodzenia

No dobra, wzięło i mnie. Zaczynam jednak trochę przeżywać tę pierwszą klasę. Do tej pory jakoś na luzie do tego podchodziłam, bo przecież szkolna zerówka bardzo nas już oswoiła z tym miejscem. Ale im bliżej wrzesień, tym więcej w głowie pytań i wątpliwości, im więcej kredek i zeszytów upycham po szafkach, im dłużej szukam butów na zmianę, tym bardziej jakoś wkręcam się w tą całą akcję “pierwsza klasa”. No bo to jednak jest big deal, jakby nie było. Początek końca podobno i nim się obejrzysz już nie masz pachnących szczerboli, tylko pyskate, pryszczate małpiatki.

Początek szkoły to też nowe wyzwania dla rodziców. O ile czuję się całkiem mocna w sferze wyprawkowej, dosyć kompetentna jestem też w tej kreatywno – towarzyskiej (kinderbale, stroje karnawałowe, ciasta na wigilię szkolną), dobrze idzie mi obszar żywienia uczennicy, to niestety zaczynam mieć problemy z pamięcią. A szkoła to dla niej prawdziwe wyzwanie. Kiedy przynieść doniczkę i nasiona, a kiedy kawałek sznurka i jajko na twardo? Kiedy ubrać się na zielono i do kiedy zapłacić za wyjście do muzeum? Sądziłam, że całkiem zorganizowana ze mnie kobieta…dopóki nie zaczęła się szkolna zerówka. To już chyba jakieś przeładowanie danych, bo gubię się notorycznie. A nie ma tygodnia bez wyzwań – urodzin koleżanki, zmiany w planie lekcji, przynoszenia jakichś doniczek, sznurków i jajek. A teraz dojdą jeszcze prace domowe i zajęcia pozalekcyjne, jakieś usprawnienia w sferze rodzinnej logistyki to zatem konieczność. Chciałabym też coraz większą odpowiedzialność za swoje sprawy przenosić na Zosię, powoli i stopniowo, ale jednak wolałabym, żeby wreszcie zaczęła kumać, jaki jest dzień tygodnia z wszystkimi tego konsekwencjami. Muszę tę pannę już ściągnąć z obłoków na ziemię, przygotowałam jej już nawet ziemskie centrum dowodzenia.

Od kiedy napisałam, że oddaję swoje białe biurko Zosi, podpytujecie mnie o efekty. Nie będę więc dłużej budować napięcia, przypomnę tylko, że wcześniej jej przedszkolny kącik rysunkowy wyglądał TAK. Stało tu małe biurko, złożone przed laty z resztek kuchennego blatu i upolowanych na allegro, toczonych nóg. Było jednak ciut za wysokie, by siedzieć przy nim dłużej wygodnie i bez uszczerbku dla postawy. Miało drewniany blat, który był wiecznie upaćkany kredkami i mazakami, kiedy więc przyznałam się sama przed sobą, że nie korzystam z mojego biurka, uznałam, że dobrze będzie je wstawić do Zosi. To duży (150×60), biały blat  z Ikei na emaliowanych kozłach, na tyle szeroki, że mieści mnóstwo przyborów, a za jakiś czas będzie można tam posadzić też i Hankę z jakimś pędzlem czy kredką. Zośka jest zachwycona, widzę, że wygodniej się jej tu siedzi i może rozłożyć się z całą masą kolorowanek, kredek i innych gadżetów. Ostrzy kredki, układa te swoje notesiki i karteczki, taka mała i duża zarazem w tym swoim królestwie, uczennica moja kochana. No i może wreszcie zaczniemy ogarniać, kiedy ubrać się na zielono, a kiedy przynieść doniczkę.

17

36

44

39

20

27

30

19

33

43

46

49

16

23

22

 

25

28

31

18

 

40

45

Ścianę nad biurkiem i słoiki malowaliśmy najnowszymi farbami tablicowymi Tikurilla LIITU , które można zabarwić na ponad 13 tysięcy odcieni (!) w systemie mieszalnikowym. Dzięki temu można stworzyć tablicę, nie malując jednocześnie ściany na czarno, bo przecież nie zawsze nam to pasuje, czasem niepożądane jest zaciemnienie i zmniejszenie optyczne niewielkich pomieszczeń. Nie wspominając już o tym, że małe dziewczynki zazwyczaj są z czernią na bakier i chcą, żeby wszystko było intensywnie kolorowe.

Ja wybrałam odcienie: L498 (szary), H366 (jasnoturkusowy), H323 (jasnoróżowy) i farbę magnetyczną Tikurilla Magnetic, bo w przypadku takiej tablicy nad biurkiem bardzo fajną opcją jest dodatkowo możliwość przyczepiania notatek magnesami (te także przygotowałam sama, przyklejając ozdobny papier i naklejki do samoporzylepnych arkuszy magnetycznych, które kupiłam na Allegro).

1

2

Aby zrobić taką tablicę na notatki należy najpierw wyznaczyć obszar malowania – odmierzyć granice, zaznaczyć ołówkiem i połączyć te punkty, sprawdzając jednocześnie poziomicą, czy są równe. Po wyrysowaniu prostokątów ołówkiem, przykleiliśmy w tym miejscu taśmę papierową (taką malarską ze sklepu budowlanego) i powstałe w ten sposób powierzchnie malowaliśmy najpierw dwukrotnie farbą magnetyczną (cienkie magnesy i kartki trzymają się świetnie, nieco gorzej jest z grubszymi kartonikami, myślę, że trzecia warstwa by jednak nie zaszkodziła). Nie bój się tej czerni – tablicówka, nawet jasna, świetnie pokryje warstwę magnetyczną kolorem. Dla pewności nakładaliśmy te tablicową LIITU także dwukrotnie. Po wyschnięciu wystarczy delikatnie odkleić taśmę i voila – kolorowa magnetyczno – tablicowa ściana gotowa! Najlepiej jednak odczekać tydzień zanim zacznie się po niej pisać. My używamy do tego markerów kredowych do tablic, dobrze kryją i łatwo się zmywają. W przeciwieństwie do tablicowej szafy i ściany w kuchni, po napisach i obrazkach nie ma śladu, co jest dla mnie wielką ulgą, bo bałam się, że po paru użyciach będą przebijać różne stare mazgaje – nic z tych rzeczy, schodzi idealnie.

8

7

10

Słoki na przybory biurkowe z efektem vintage pomalowałam farbami Tikurilla LIITU bez żadnych podkładów czy dodatkowych ceregieli – wystarczy dobrze je umyć i osuszyć. Najlepiej malować je na zewnątrz szerokim pędzlem, ślady włosia zniwelują i wygładzą się podczas schnięcia, jedna warstwa wystarczy. Po wyschnięciu, wypukłe napisy ścieramy delikatnie papierowym pilnikiem i gdzieniegdzie “przybrudzamy” słoiki białą kredą, rozcierając ją tam, gdzie to potrzebne.

3

5

11

12

14

Dodatkowe inspiracje i informacje o malowaniu farbami tablicowymi i magnetyczną znajdziecie na blogu Tikurilla Potęga Kolorów (klik).

Jeśli spodobały się Wam kolorowe tablice, możecie teraz wygrać dla siebie farby Tikurilla Liitu w instagramowym konkursie (klik). Zasady są proste, warto spróbować!

słoiki mason jar znajdziecie tu