Ciasta

wielkanocne profanum i mazurek czekoladowy bez pieczenia

Starzeję się. Bo już nie tylko z rozrzewnieniem wspominam dawne Święta, ale nawet i to, czego w nich nie lubiłam. Jakoś w tym Wielkim Tygodniu włączył mi się taki sentymentalizm spod znaku “nigdy nie będzie takiego lata”. Dziś już nie tylko po to chętnie cofnęłabym się w czasie, żeby ganiać z kuzynką po lesie, zbierać zawilce, stroić nimi koszyki na święconkę, by później chichrać się z nią na tym święceniu tak, że panie w beretach posyłały nam niewybredne spojrzenia. Nie tylko do widoku dziadka na końcu stołu, który po obiedzie wyciągał swoją sławną cytrynówkę i zaczynał opowiadać anegdoty. Dziś cofnęłabym się nawet do tych znienawidzonych rezurekcji, na które ojciec zrywał nas o piątej rano, za co przeklinałam go w duchu nie raz. Do tego szybkiego marszu w rześki poranek, na czczo, przez puste ulice, kiedy było słychać tylko jak nasze odświętne buty stukały o chodnik i – w miarę zbliżania się do celu – także kościelne dzwony. Do zapachu kadzidła i do tego patosu, kiedy huk wystrzałów pod kościołem garnizonowym budził pół Gdańska. No, miało to jakiś swój mistyczny, podniosły urok. Złościł mnie ten jego (mojego ojca) rygoryzm, kiedy wzywał nas wszystkich do postu, karcąc wzrokiem każdego, kto w Wielki Piątek śmiał skosztować pasztetu. Serniki nadgryzane w Wielką Sobotę stawały w gardle, przynajmniej mi, bo ja to zawsze byłam podatna na takie niewerbalne karcenie. I wyobraźcie sobie, że za tym też tęsknię. Bo rzeczywiście, tak jak kadził kiedyś ojciec – na głodniaka to wielkanocne śniadanie zdecydowanie lepiej smakowało.

Dziś, w przededniu Świąt bez rezurekcji, bez jajek w kaszubskie wzorki, tuż przed Wielkim Piątkiem, w który na pewno spróbuję pasztetu, staram się jakoś po swojemu, ale w głębi duszy brakuje mi tego misterium, i tych jajek (oraz nawet zapachu kociego moczu, który wydostawał się z wazonu z bukszpanem). I choć rzeczywiście, tak jak pisałam ostatnio, potrzebuję przed Świętami mniejszej spiny niż panowała w moim rodzinnym domu, brakuje mi niektórych zwyczajów i tej utraconej gdzieś po drodze wraz z religijnością odświętności. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że te moje eksperymentalne mazurki i malowane akrylową farbą jajka są jak “komunistyczna choinka”, jak kiedyś nazwał drzewko bez tradycyjnych ozdób, z samymi tylko lampkami mój wujek (i odmówił spędzania Świąt w otoczeniu takich herezji). Nigdy nie byłam nadmiernie przywiązana do tradycji, z przyjemnością łamałam konwencje, wymyślając “komunistyczne” (czyt. nowatorskie, nietradycyjne, świeckie) dekoracje i potrawy. Stąd ta refleksja o starzeniu, bo włączają mi się jakieś takie tęsknoty i trochę doskwiera mi ta wydmuszka funkcjonowania jedynie w profanum. Cóż, skoro “już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, takiej coca coli, takiej musztardy i takiego mleka”*, to ja profanuję dalej i wymyślam mazurek bez pieczenia.

*Świetliki “Finlandia”

2

3

5

6

8

10

12

13

14

16

17

20

Urocze papierowe koszyczki – zajączki możecie pobrać do druku z bloga Zu Galerie (użyjcie grubego papieru 250-300g). Wystarczy wyciąć i złożyć, to banalnie proste.

Zajączek dziewczynka

Zajączek chłopiec

15

Mazurek czekoladowy bez pieczenia

Profanum, nie profanum, komunistyczny czy nie, ale ten mój eksperyment trzeba uznać za niezwykle udany. Jeśli więc nie starzejecie się i nie straszne Wam wielkanocne innowacje, zróbcie koniecznie. Jeśli posiadacie malakser, przygotowanie będzie błyskawiczne. To tylko kilka składników, chwila roboty, a efektem jest czekoladowe, dość intensywne, lecz nie przesadnie słodkie ciasto na chrupiącym spodzie, który dobrze się kroi, z lekko wilgotnym, lecz także łatwym “w użyciu” kremem.

Składniki:

spód:

  • 200 g herbatników (użyłam holenderskich, półsłodkich)
  • 150 g gorzkiej czekolady
  • 70 g masła

krem czekoladowo-orzechowy:

  • 200 g daktyli
  • 200 g orzechów laskowych
  • 150 g gorzkiej czekolady
  • 1/3 szklanki mleka

Przygotowanie:

  • daktyle wsyp do miseczki i zalej gorącą wodą, żeby zmiękły
  • w międzyczasie przygotuj spód: herbatniki zmiel lub utłucz na pył (w malakserze lub przesyp do torebki foliowej i zgniataj wałkiem)
  • czekoladę i masło rozpuść w kąpieli wodnej, a następnie przelej do herbatników i wymieszaj dokładnie masę do połączenia składników
  • foremkę (tortownica o średnicy ok. 23-25 cm) wysmaruj cienko masłem i wylep masą czekoladowo-ciasteczkową, wstaw do lodówki, by stężało
  • teraz pora na krem: daktyle odcedź na sitku, orzechy podpraż na suchej pateli
  • 1/3 orcazechów odłóż, resztę wsyp do misy robota (malaksera z ostrym nożem) i utrzyj na pastę, dodaj daktyle i mleko, miksuj aż składniki połączą się
  • czekoladę rozpuść w kąpieli wodnej, dodaj do masy daktylowo-orzechowej
  • pozostałe orzechy pokrój niedbale na spore kawałki, wsyp do kremu i wymieszaj
  • by nadać kremowi truflowy smak, można dodać łyżkę – dwie mocnego alkoholu (np. whisky lub brandy)
  • krem wyłóż na schłodzony spód, wstaw mazurek z powrotem do lodówki i tam go przechowuj, najlepszy jest po kilku godzinach

Jajeczka czekoladowe

z daktyli i amarantusa

Można używać ich do dekoracji ciast lub jako osobną przekąskę dla dzieci, to zdrowsza alternatywa dla kupnych jajeczek. To takie trufle, uformowane po prostu w kształt jajek. Można wypełnić je amarantusem lub mielonymi migdałami czy orzechami.

Składniki:

(na ok. 15 jajeczek)

  • 200 g daktyli
  • 2 łyżki gorzkiego kakao w proszku
  • 2 łyżki oleju kokosowego (ew. masło lub jakiś bezwonny olej, jeśli lubicie może być też masło orzechowe)
  • 1 szklanka ekspandowanych ziaren amarantusa (można użyć wiórków kokosowych, zmielonych migdałów lub orzechów)

Przygotowanie:

  • daktyle zalać gorącą wodą i odstawić na ok.20 minut aż zmiękną
  • odcedzić daktyle, dodać do nich olej kokosowy i kakao i zmiksować blenderem (lub w malakserze)
  • do pasty wsypać amarantus (wiórki/migdały), wymieszać dokładnie i lepić jajeczka
  • można obtoczyć je w wiórkach, mielonych migdałach lub kakao
  • przed jedzeniem schłodzić, trzymać w lodówce