wnętrza

salon w stylu skandynawskim (nareszcie skończony!)

Nie pokazałam nigdy oficjalnie naszego salonu w całości, nie opisałam go równie szczegółowo, co pozostałe pomieszczenia. Fragmenty przewijały się już w wielu postach, ale nigdy szersza perspektywa. Powód był prosty – brakowało detali, dopiero z nimi pojawił się bardziej wyrazisty charakter tego wnętrza, zrobiło się przytulnie i domowo, a wszystko połączyło się w czytelną, spójną całość. Najdłużej zeszło nam z kwestią stosunkowo prostą – galerią obrazków na dużej ścianie. Szczerze mówiąc bałam się tego zadania. Mimo, że od początku planowania salonu to był nasz gwóźdź programu, karmiłam się inspiracjami takich ścian, niezmiennie zachwycona monochromatycznymi kompozycjami z dodatkiem roślin, książek, bibelotów.  Celowo przecież dobraliśmy niskie szafki, żeby stworzyć tę galerię, a potem nie mogliśmy się za nią zabrać przez ponad trzy miesiące 😉 Uśpiło nas trochę rozwiązanie tymczasowe, które przeciągnęło się za długo – ustawienie ram na szafkach. Wyglądało to całkiem spoko, więc nie czułam naglącej potrzeby wieszania grafik i zdjęć. Zwlekałam, bo martwiło mnie, czy uda się zrobić tak ładnie, jak w moich fotkach na Pintereście. Wizja podziurawienia nowopomalowanej ściany jak szwajcarski ser nie ułatwiała zadania. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na przyklejenie ram taśmą montażową, co też było lekko stresujące, bo skubana jest mocna i ramki zazwyczaj odchodzą wraz z farbą i tynkiem. Aby uniknąć wtopy, najpierw ułożyliśmy wszystkie ramy na podłodze i dopiero po znalezieniu satysfakcjonującego układu, przenieśliśmy go na ścianę.

Nie miałam pojęcia, jak bardzo zmieni się pokój, ile zyska po tym zabiegu. Od kilku dni jakbym mieszkała gdzie indziej, mąż mi mówi, że przesadzam, ale ja cieszę się jak dziecko. Za sprawą tej ściany wszystkie elementy nabrały sensu i połączyły się w całość, to ewidentnie było brakujące ogniwo. Podobnie czułam się, gdy kupiliśmy kilka roślin doniczkowych – różnica była ogromna, + 1000 punktów do przytulności za sprawą kilku kwiatków. To uświadomiło mi potęgę dodatków – piękne meble mieliśmy przecież od początku, jednak w dużym, pustym, białym pokoju ich uroda nie mogła zaistnieć w pełnej krasie. Połączone ogniwem plakatów, poduszek, ramek i wazoników tworzą wnętrze przez duże W, nie pokój z eksponatami. Dodatkom poświęcę osobny post, pojawiło się u nas parę nowości w ostatnich miesiącach, dziś skupię się na tej bazie – same dekoracje bez klimatycznych sprzętów też przecież nic by nie zdziałały.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z salonu w tym kształcie, a szczególnie z naszych meblowych wyborów, co nie oznacza, że nie mamy już kilku krytycznych obserwacji. Powiem tak – z pewnością nie jest to układ na zawsze, mamy kilka uwag, które wypłynęły w toku codziennego użytkowania. Możecie spodziewać się drugiej odsłony salonu jeszcze w tym roku, zbieramy się do nowej aranżacji przy użyciu obecnych mebli, bo te są bez zarzutu. Tylko jakoś chęci brak – jeszcze cztery miesiące temu byliśmy w remoncie po pachy, na wiosnę czeka nas urządzenie tarasu. Mankamenty obecnego układu nie są tak duże, żeby się z tym spieszyć, ale znam siebie i wiem, że pewnie wcielę nasze pomysły w życie w ciągu kilku miesięcy 😉 Tymczasem zapraszam na wycieczkę!

Wnętrze salonu z jadalnią urządziliśmy we współpracy ze sklepem sfmeble, który oferuje ogromny wybór mebli, dodatków i oświetlenia w różnych stylach, w tym mnóstwo w moim ukochanym – skandynawskim.

4

19

5

6

13

39

41

36

Do naszej jadalni wybraliśmy (klik w nazwę otwiera link):

STÓŁ ROZKŁADANY MINKO

Nie był dla nas oczywistym wyborem, początkowo myślałam o całym w bieli. Spodobały mi się w nim te drewniane, solidne nogi, uznałam, że akcenty drewna ocieplą wnętrze. Jego minimalistyczny kształt idealnie pasuje do naszego salonu, a bukowy stelaż i czarne druty dodają mu charakteru. Po rozłożeniu bez problemu mieści wszystkich naszych gości na rodzinnych imprezach. Trochę się bałam laminowanego blatu po naszych doświadczeniach z białym stołem z Ikei, ale po trzech miesiącach nie ma na nim śladu użytkowania – nie rysuje się, nie plami, ani nie obłazi, bardzo solidny mebel, jesteśmy z niego bardzo zadowoleni.

KRZESŁA KRISTIE LA FORMA

Ten klasyczny, lekko retro kształt marzył mi się od dawna. Od lat wiedziałam, że niezależnie od tego, jak i gdzie będę urządzać swoje mieszkanie, musi się w nim znaleźć miejsce dla takich krzeseł. Podobają mi się we wszystkich kolorach, długo wahaliśmy się, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na szary, żeby nie przegiąć z zestawieniem czerni i bieli. Takie krzesła pasują zarówno do klasycznych, jak i bardziej skandynawskich aranżacji, równie dobrze wyglądają przy stołach prostokątnych co okrągłych. Klasyka designu, ponadczasowa i prosta, myślę, że jeszcze długo mi się nie znudzi. La Forma to hiszpańska marka, oferująca meble, dodatki i oświetlenie w stylu nowoczesnym, skandynawskim i loftowym, niektóre bardziej designerskie (choć wciąż projektowane z umiarem), inne klasyczne i uniwersalne.

METALOWE LAMPY INEZ LIGHT&LIVING

Sytuacja identyczna, jak z krzesłami, nie musieliśmy się długo zastanawiać nad wyborem. To była tylko kwestia wskazania modelu i koloru, bo wiedzieliśmy dokładnie, że nad stołem muszą zawisnąć dwie, ciemne, loftowe lampy. Kochałam takie długo zanim nadszedł na nie boom, kocham je wciąż po tym, jak szał powoli mija. Fabryczna lampa stała się klasyką stylu skandynawskiego, wyrazista i z charakterem, szczególnie fajnie prezentuje się w parach. W sfmeble dostępna jest w kilku pastelowych i bardziej zdecydowanych kolorach.

8

11

9

26

30

28

27

12

15

16

31

18

20

32

23

7

Do części wypoczynkowej wybraliśmy z sfmeble (klik w nazwę otwiera link):

SOFA SCANDINAVIA INVICTA INTERIOR

Od początku wiedzieliśmy, że szukamy prostej, szarej, niedużej sofy na drewnianych nóżkach – takiej trochę retro, lekkiej, którą (w przeciwieństwie do narożników) można będzie dowolnie ustawić. Ponieważ zakładaliśmy różne warianty ustawienia, ważne było, żeby mieściła się w kilku miejscach pokoju i dobrze wyglądała z każdej strony. Poszukiwania idealnej trochę zajęły, większość sof tego typu jest przestylizowana i za mała (max.185 cm długości, czyli ponad 10 mniej niż ma mój mąż 😉 ), nie znaleźliśmy też żadnej innej, która by się rozkładała (nie był to warunek konieczny, ale dodatkowy bonus, dający możliwość przenocowania gościa). Scandinavia idealnie wpasowała się w nasze oczekiwania, z dodatkowym atutem w postaci ciemnej, melanżowej tapicerki, która świetnie sprawdza się przy dzieciach. Jesteśmy z niej bardzo zadowoleni, choć należy zaznaczyć, że nie stanowi ona sama w sobie mebla do rodzinnego wylegiwania się. Z takim założeniem i świadomością była jednak wybierana, więc nie czujemy się rozczarowani. To mebel głównie do siedzenia, wyciągnięcia nóg przez jedną osobę, nie wielkie sofiszcze do grupowej kotłowaniny. Jedną ze zmian, które rozważamy, jest dodanie do niej drugiej – dwuosobowej sofki w podobnym stylu, ale to tylko po przemeblowaniu, aktualnie się nie zmieści.

FOTEL KARE ANGEL’S WINGS

Zaplanowaliśmy jasnoszary, pikowany, retro fotelik na nóżkach, ja marzyłam o takim bardziej klubowym, z niskim oparciem, mój mąż jednak stanowczo żądał dużego, wygodnego fotela z długimi “plecami”. Kiedy zobaczyłam ten fotel, od razu byłam gotowa na zmianę koncepcji – jego oryginalny kształt i ciemne, wełniane obicie przykuwają wzrok – fotel stanowi mocny akcent wzorniczy, nadający charakter wnętrzu. Jednocześnie dzięki swoim obłościom i miękkiej, miłej tapicerce jest bardzo przytulny, jakby zapraszał, by się w nich schować z kubkiem herbaty. Jest wygodny, choć muszę przyznać, że nie aż tak, jak mi się wydawało. Brakuje nam pasującego podnóżka – jego kształt wymusza takie ułożenie sylwetki, że aż się prosi, żeby unieść nogi wyżej i w pełni korzystać z wygody półokrągłego, wysokiego oparcia.

LAMPA GLASS BALL BLOOMINGVILLE

(tu wersja przydymiona)

Tej szukaliśmy najdłużej. Miałam problem z doborem oświetlenia tej części salonu tak, by pasowało do reszty lamp i jednocześnie dawało rozproszone światło. Doszliśmy do wniosku, że całość będzie spójna, jeśli oświetlenie podzielimy na dwie grupy – grafitowych, industrialnych lamp (te nad stołem i kinkiet) oraz bardziej neutralnych, choć nadal stylowych – szklanych kul na czarnych kablach. Ta lampa pasuje do naszych kuchennych żarówek nad blatem, jest delikatna, nieinwazyjna, ładnie wtapia się w otoczenie. Jedyny minus to to, że mój mąż wciąż uderza w nią głową, kiedy wstaje z sofy i czekamy tylko na dzień, kiedy szklany klosz (lekko tylko osadzony na metalowych pręcikach) spektakularnie spadnie na podłogę 😉

KINKIET JOB FRANDSEN

Uwielbiam metalowe, industrialne lampki, takie przypominające oświetlenie kreślarskie. Początkowo planowaliśmy nad barkiem dwie mniejsze lampy wiszące, ale na szczęście w porę się opanowaliśmy, zauważając, że będzie ich za dużo. Przekopałam pół internetu w poszukiwaniu kinkietu w tym stylu, znałam ten kształt z moich skandynawskich inspiracji pinterestowych, ale okazało się, że u nas nie są tak popularne. Przypadkiem wpadła mi w oko w sfmeble i na szczęście udało się ją jeszcze dodać do zamówienia. Pasuje nam w tym miejscu idealnie, bardzo ją lubię.

25

21

29

43

33

34

35

37

38

14

A kto doczytał to samego końca, dostanie nagrodę 🙂 Mam dla Was rabat 15% na wszystkie nieprzecenione produkty w sfmeble na hasło: mrspolkadot15.

Kod będzie działał do końca lutego.

W tym poście zobaczycie moje inspiracje i pokój przed urządzeniem.

Dodatkom w salonie poświęcę osobny post, za dużo by było dobrego na dziś 😉

przypomnę tylko, że nasza biała podłoga to deska trójwarstwowa z Barlinka – Jesion Lemon Sorbet Grande

a takie salony z wielkimi oknami to tylko w Wolnym Mieście 😉