hity miesiąca

polkowelove – moje hity listopada

Listopad miał być wytchnieniem po męczącym, wypełnionym urodzinowymi imprezami październiku. Nie byłabym jednak sobą, gdybym ot tak, jak normalni ludzie, po prostu odpoczęła, zatrzymała się, przestała wiecznie coś kombinować i zmieniać. Zamiast leżeć do góry brzuchem i napawać się przytulnością późnojesiennych wieczorów, malowałam ściany, odmieniałam sypialnię, przygotowywałam z wyprzedzeniem świąteczne przepisy na bloga. Bo tak – postanowiłam być wreszcie roztropna i jeszcze przed końcem listopada zamówiłam większość prezentów pod choinkę i na Mikołaja, skompletowałam upominki do kalendarza adwentowego, pichciłam, fotografowałam, przygotowałam największy prezentownik dla dzieci w dziejach bloga i rozpoczęłam kolejny – dla dorosłych. Bo tak – choć wzbraniałam się przed tym latami, doświadczyłam w ubiegłych latach dotkliwie, że zostawianie wszystkiego na grudzień nie wychodzi mi na dobre. Nigdy nie udawało mi się przeżyć tego miesiąca w spokoju, zwykle bowiem planowałam za dużo, zarówno we własnym domu, jak i na blogu. A więc drżyjcie – jestem przygotowana jak nigdy dotąd, to będzie bardzo obfity w moje pomysły miesiąc 😉 A tymczasem – pięć rzeczy, które oczarowały mnie w listopadzie:

CHMURRRA BURRRA

Rodzimych marek dla dzieci jest sporo, wiele z nich oferuje naprawdę wyjątkowe wzornictwo i jakość. Tym bardziej podziwiam odwagę dwóch mam – Kasi i Natalii, które stworzyły kolejną. Podziwiam i – mimo sporej konkurencji na tym rynku – nie martwię się o nie. Ich koncept jest bowiem wyjątkowy i oryginalny, bardzo przemyślany, zachwycił mnie wzornictwem i dbałością o detale. Marka Chmurrra Burrra ma świetną identyfikację wizualną, która jest obecna w każdym szczególe i spójna z ich kolekcjami. Te są jedyne w swoim rodzaju, ponieważ ilustracje, które są nadrukami na ubrankach, są projektowane przez najlepsze polskie ilustratorki. Każda z dwóch linii ma swój motyw przewodni – dotychczas powstała Chmura, zaprojektowana przez Aleksandrę Cieślak i Kosmos – narysowany przez Joannę Rusinek. Cudownym pomysłem są książki z ilustracjami obu pań, będące uzupełnieniem kolekcji ubrankowych. Kupuję ten pomysł z nieukrywanym zachwytem i wróżę dziewczynom wielki sukces! I tylko pytam – kiedy Ola Woldańska – Płocińska? 😉

 sukienka kosmonauci (klik)

bluzka niedźwiedzica (klik)
spódniczka chmury

książeczki Chmurrra Burrra:
“U fryzjera” Aleksandra Cieślak
“Kosmiczna sonda uliczna” Joanna Rusinek

EMU

Kultowa sprawa takie buty. Żadna to nowość niby, ale i tak o nich napiszę, na wypadek, gdybyście jak ja – wiedziały o ich istnieniu, ale nigdy nie oszalały na punkcie tych rozczłapanych kapci na tyle, żeby wydać na nie dość sporo forsy – jak na kapcie, rzecz jasna. Tak się jednak złożyło, że trafiły do nas pod strzechę, a gdy odpakowałyśmy je z pudeł – piszę w liczbie mnogiej, bo zostałyśmy wyposażone w nie wszystkie trzy – zachwytom nie było końca. Uczucie jest nieprawdopodobne – kiedy stopy zatapiają się w grubej, miękkiej i niesamowicie ciepłej warstwie wełnianej wyściółki, człowiek mruczy jak kotek. Jaki komfort, co za przyjemność! Oszalałyśmy wszystkie. Nie zamieniłabym na nic innego tej wygody trzysekundowego wzuwania, tego ciepła nawet w mrozy, uczucie jest naprawdę fantastyczne. My z Zosiną wybrałyśmy model Stinger w odcieniu charcoal – te buty są odporne na wilgoć, natomiast Hanutowe Brumby to absolutny hit w kategorii obuwia dziecięcego – nie tylko całkowicie wodoodporne, ale też – skumajcie to – ze świecącymi w ciemności serduszkami! I tak, wiem, że dość drogie, ale jeśli możecie sobie na nie pozwolić, gorąco polecam. Ciepłe i wygodne jak żadne inne, które nosiłam i na lata – podobno, bo póki co tylko słyszałam.

Buty EMU Australia kupicie je m.in. w butsklep.pl

CIEMNOŚĆ  WIDZĘ!

Faza białego na białym, z dodatkiem bieli, skończyła się u nas definitywnie. Nie tylko od dawna już przełamuję ten nasz początkowo sterylny klimat zielenią, drewnem i bambusem, ale też ostatnio poszliśmy o krok dalej. Po pierwsze – sypialnia. Ale to już wiecie. Nie wiecie jednak, że wcale nie musiałam nic w mieszkaniu malować, żeby napisać o wyzwaniu marki Magnat, zdecydowałam się na to, zarówno, żeby upewnić się, że produkt, który polecam, jest tego wart, ale też, żeby zrealizować tlący się od jakiegoś czasu pomysł na ciemne ściany. I tak – piszę w liczbie mnogiej, ponieważ na jednej się nie skończyło. Rozochoceni efektem, jak również zachęceni prostotą użycia tej farby, poszliśmy za ciosem i dwa dni po malowaniu sypialni mieliśmy już (prawie) czarną ścianę w przedpokoju 😉 Nazwa naszego koloru to Odważny Onyks i de facto wygląda ona jak czerń. Jestem zachwycona zarówno głębią tego odcienia, jak i kontrastem, jaki pojawił się w przedpokoju – pięknie odcina się od tej ściany zarówno biel, jak i drewniana rama lustra czy zieleń roślin. Nie byłabym sobą, jakbym nie miała w głowie pomysłów na kolejne ciemniejsze ściany, ale na razie pas, byle do wiosny 😉

ŻEL NAWILŻAJĄCY DRAMATICALLY DIFFERENT, CLINIQUE

Po ostatnim wpisie kosmetycznym pytacie mnie licznie o krem na dzień. Czuję się więc w obowiązku donieść, że oprócz wspomnianej w nim emulsji stosuję od kilku tygodni także lekki nawilżający żel z kultowej serii Clinique – Dramatically Different Hydrating Jelly. To nowa formuła, galaretkowa wersja słynnego kremu w żółtej buteleczce. Ten bezbarwny i bezwonny preparat jest idealny pod makijaż – silnie nawilża bez absolutnie żadnej lepkości czy tłustości – wchłania się momentalnie i zostawia skórę matową, można więc natychmiast nakładać podkład. To jest jego niezaprzeczalna zaleta, którą zapewne doceni wiele, zwłaszcza tych spieszących się z rana kobiet. Ja nie codziennie muszę się malować od samego rana i dlatego czasem wolę używać kosmetyków, które zostawiają jednak lekki poślizg i bardziej długotrwałe uczucie nawilżenia. Bardzo fajne jest jednak niezaprzeczalnie wrażenie odświeżenia, jakie następuje po użyciu. Jego formuła ma dodatkowo zatrzymywać wilgoć w skórze, jednocześnie chroniąc ją przed zanieczyszczeniem powietrza – to więc krem typowo miejski. Kolejną jego zaletą jest wydajność – opakowanie jest bardzo duże, a żelu wystarczy niewiele, by posmarować całą twarz, generalnie więc – bardzo fajny kosmetyk.

 

THE KOMINSKY METHOD

Przypadek sprawił, że kliknęłam pierwszy odcinek i – o rety – jakiż to był cudowny przypadek! “The Kominsky Method” to niesamowicie zabawny, choć nie zawsze wesoły serial. Mądry, ciepły, chwilami wzruszający, momentami bawił mnie do łez. Genialna para aktorska Douglas & Arkin w niezwykle błyskotliwych, zgryźliwych, pozbawionych politycznej poprawności dialogach. Za tymi świetnymi rozmowami dwóch starszych już panów – niespełnionego aktora i jego wieloletniego agenta, kryje się mądra opowieść o przyjaźni, ale też rodzinie, ojcostwie oraz realiach starzenia się w świecie, który hołduje pięknu, sukcesowi i młodości – Los Angeles. Połknęłam ten serial na jednym oddechu, uważam, że ma tylko jedną wadę – jest stanowczo za krótki.