hity miesiąca

polkowelove, czyli co lubiłam w listopadzie

To był całkiem niezły listopad, muszę powiedzieć. Jak na listopad oczywiście, bo wciąż daleko mu było do przeciętnego nawet lipca. Okazał się jednak znośny, a miejscami nawet przyjemny, a to za sprawą mojego podejścia, jak mniemam: zminimalizowania oczekiwań wobec siebie i świata, dzięki zgodzie na spowolnienie, akceptacji szarości i skupieniu się na tym, by domowość dawała jeszcze więcej przyjemności. Czułam spokój, oddawałam się jesiennym aktywnościom, powoli myślałam też o grudniu, planując kalendarz adwentowy i upychając po szafach mikołajkowe drobiazgi. Te listopadowe domowe weekendy i drobne celebracje były źródłem licznych małych radości, które dały razem całkiem pokaźną sumę fajnych chwil, dobrych wspomnień i krzepiących momentów.

ŻÓŁTY FOTEL I PRZYTULNA KOLOROWOŚĆ

Nasze listopadowe soboty i leniwe niedziele, wieczory filmowe, sesje czytelnicze i inne domowe rozrywki były tym przyjemniejsze, że odbywały się w adekwatnym anturażu i nieco odświeżonych okolicznościach. Nasz jesienny wystrój wzbogacił się o mój wymarzony fotel uszak, firany, zasłony i masę kolorowych tekstyliów – przeczytacie o tych zmianach tutaj. Salon wypełnił się odcieniami musztardy, miodu, brudnych czerwieni i kolejnych porcji turkusu, ocieplił się światłem świec – stał się po prostu jeszcze bardziej przytulnym i kolorowym miejscem. Było nam w nim ciepło i dobrze i to chyba ochroniło nas przed jakąś większą jesienną zmułą.

MAŁE, JESIENNE RADOŚCI

Czyli moje jesienne, sklepowe nowości – pachnące świece w ceramicznych pojemnikach, zestawy świeczników, muślinowe chusty, kolorowe podomki i torby. Wszystkie one pomogły mi stworzyć cudowny klimat w domu, wypełnić go ciepłym światłem, zapachem szarlotki i leniuchować w wygodnym, szykownym outficie 😉 A wszystko to w mojej ulubionej jesiennej tonacji: w połączeniu miodu, musztardy, odcieni malinowego i ciemnego turkusu. Bardzo się cieszę, że to moje przeżywanie pór roku i filozofia zmieniających się co sezon akcesoriów, trafia na podatny grunt i nasze produkty stają się częścią waszego życia ♥

DOMOWE SPA

Wśród tych emeryckich rozrywek nie mogło zabraknąć także długich kąpieli w pianie, maseczek, peelingów i innych miłych ciału rytuałów. Nie przybyło mi zbyt wielu kosmetycznych nowości, ale mam parę nowinek do polecenia. Przede wszystkim mój zestaw serów z Basiclab: retinol, witamina C i serum pod oczy, wszystkie trzy bardzo fajne, widocznie poprawiły stan mojej skóry. Włączyłam je do jesiennej pielęgnacji już w październiku i po miesiącu widziałam już duże zmiany – czyste, zwężone pory, gładką strukturę skóry, rozjaśnione przebarwienia, ujednolicony koloryt, czyli same pożądane zjawiska. Jeśli chodzi o kremy i nawilżanie, stosuję od paru tygodni całą serię dr Ireny Eris Algorithm i tu też polecanko – lekkie formuły, świeże zapachy, fajne, odświeżające nawilżenie, bardzo skuteczne i komfortowe produkty. Z fajnych drobiazgów mam jeszcze dobre żelowe płatki pod oczy Skin79, które dobrze radzą sobie z opuchnięciem i budzą spojrzenie.

ŚWIĄTECZNE PRZYGOTOWANIA

Mimo że odczuwam silny, wewnętrzny sprzeciw na widok świątecznych falstartów w stylu bożonarodzeniowych wystaw już w październiku czy innych choinek w listopadzie, to jednak nie daje się zaskoczyć grudniowi. Od początku miesiąca przy okazji różnych zakupów, dorzucałam do koszyka drobiazgi do kalendarza adwentowego, zamawiałam mikołajkowe podarki, znosiłam do domu ozdobne papiery i tasiemki, uzupełniałam kuchenne braki w akcesoriach do gotowania i pieczenia. Przygotowywałam się nieśpiesznie, acz systematycznie, stopniowo budując klimat i dawkując przyjemności. Było to wszystko nie tylko bardzo przyjemne, ale i zapewniło mi sporo spokoju w grudniu, kiedy to zdarzało mi się tracić oddech, próbując ogarnąć zbyt wiele świątecznych tematów na raz.

“CZARNY PUNKT”/NETFLIX

Nie mam pojęcia, jak tłumaczom wyszedł “Czarny Punkt” z oryginalnego “Zone Blanche”, które nawet bez znajomości francuskiego wiadomo, co znaczy. Ale mniejsza o tytuł, bo dobre to było! Małe Villefranche, w którym rozgrywa się akcja serialu to takie trochę europejskie Twin Peaks – odizolowane od świata, otoczone ciemnym lasem, tajemnicze i mroczne. Typowe zadupie, z kiluosobową obsadą zapyziałego komisariatu, z jednym barem i maleńką społecznością, w której każdy zna każdego. Trup ściele się tu gęsto, a popełniane zbrodnie tyle makabryczne, co zagadkowe, nierzadko wykraczające poza możliwości racjonalnego wytłumaczenia. Wszystkie drogi prowadzą do olbrzymiego, pradawnego, jakby zaczarowanego lasu, który zdaje się żyć własnym życiem i skrywać wiele tajemnic. Są tu zatem ciekawe zagadki kryminalne, wątki lokalnej mafii, zanieczyszczania środkowiska, ekologicznych aktywistów, a w tle zagadkowy klimat celtyckich wierzeń i zjawiska paranormalne. Zdarzenia metafizyczne przeplatają się tu z realnymi, panuje gęsta atmosfera, a bohaterowie różnorodni i wyraziści, fajnie zarysowani. Ten serial jest niepokojący, mroczny, niesamowicie wciągający – dla mnie naprawdę bardzo dobry.