hity miesiąca

polkowelove – co dobrego grali w kwietniu

Kiedy w majówkę podziwiałam spod koca grad oraz inne, równe obrzydliwe, zjawiska meteorologiczne, musiałam się naprawdę wysilić, żeby wpaść na to, co w minionych tygodniach zdarzyło się w moim życiu, a co zasługuje na miano hitu. Zasadniczo bowiem jestem ostatnio na skraju, na zakręcie, można powiedzieć. Od rzucenia wszystkiego w pizdu i wyjazdu na Zanzibar dzieli mnie jedna kłótnia moich dzieci, jeden deszczowy dzień, jeden weekend, podczas którego znów leżę z książką, a na dworze marznę do szpiku kości nawet podczas rundy z psem. W kwietniu bowiem nie grali wiosny i ten marazm, związany z jej brakiem, już mocno daje mi się we znaki.

TARASOWE PRZYGOTOWANIA

Cały kwiecień stałam w blokach startowych, gotowa wystrzelić na taras, kiedy tylko zobaczyłam promień słońca. Chciałam sprzątać, ustawiać, szykować, siać i sadzić, ozdabiać i stroić, a potem usiąść tam wreszcie z kawą albo wieczorną lampką wina, by poczuć już przedsmak lata. Posłuchać ptasich treli, poczuć słońce na twarzy i takie tam – romantyczne pierdoły, które zwykle o tej porze roku nakręcają mnie mocniej niż cokolwiek. Co tu dużo gadać – w kwietniu głównie jednak stałam w blokach startowych niźli cokolwiek na tarasie robiłam. W nieliczne znośne dni odrobinę tam ogarnęliśmy po zimie, kupiliśmy i wsadziliśmy trochę roślin. Częściej od wygrzewania się w moim nowym fotelu – kokonie, gapiłam się na niego przez szybę niczym dziecko na cukierki, ze łzami w oczach dosłownie. Pod koniec miesiąca w ruch nawet poszły farby i tekstylia, dzięki czemu dziś już naprawdę z dużą przyjemnością oglądam swój taras przez okno. Kto wie, może niedługo nawet na nim posiedzę, a wtedy na pewno pokażę Wam tegoroczną odsłonę 😉

NOWOŚCI KOSMETYCZNE YONELLE

W kwietniu w mojej łazience pojawiło się trochę nowych produktów, testuję sporo kosmetyków, bo jestem łasuch na nowości – nie będę się wypierać. Mam w planach post, w którym zrecenzuję te co lepsze, lecz potrzebuję jeszcze chwilę, aby upewnić się, które są warte polecenia. Jednak już dziś mam dla was dwa hity, absolutne pewniaki z Yonelle. Niewiele jest takich marek, których każdy kolejny nowy produkt jest strzałem w dziesiątkę, a Yonelle bezdyskusyjnie się do nich w moim osobistym rankingu zalicza. I to właśnie ich nowości były w kwietniu podstawą mojej pielęgnacji. Uprościłam ją maksymalnie, bo za dużo się ostatnio działo na mojej buzi – czasem zdarzy mi się przekombinować, przesadzić ze złuszczaniem, używać zbyt wielu kosmetyków na raz. Po kuracji retinolem i mocnym serum z kwasami potrzebowałam regeneracji i tu momentalnie pomógł mi krem na noc z melatoniną i kwasem hialuronowym z serii Fortefusion. Jest gęsty i bogaty, lecz nie przesadnie tłusty, bardzo komfortowy, kojący, jak plasterek – moja skóra się momentalnie uspokoiła, jest gęsta i nawilżona. Zauważyłam, że po nocy z nim znikają z buzi suche skórki, uczucie ściągnięcia i przesuszenia, rano czuję się nowo narodzona!

Mój kolejny hit to prawdziwy magik – zmieniający kolor krem na dzień z SPF30, także z serii Fortefusion. W kontakcie ze skórą staje się z białego cielisty, dopasowuje się do odcienia cery, ujednolicając jej koloryt, wspaniale nawilżając i dając ochronę przeciwsłoneczną. Twarz momentalnie wygląda znacznie młodziej, świeżo i zdrowo. Ten krem nie daje takiego krycia jak podkład, jest raczej dla osób, które malują się delikatnie albo na dni bez makijażu, kiedy chcemy, aby skóra wyglądała lepiej, lecz bardzo naturalnie. Innowacją jest tutaj tarcza ochronna z antyoksydantami, która filtruje szkodliwe promienie UV oraz światło niebieskie emitowane przez ekrany komputerów i smartfonów.

Innowacją w produktach z serii Fortefusion jest zawartość kwasu hialuronowego forte, który nazywa się „bankiem wody” dla skóry. Badania in vitro wykazały, że zawarta w nim nowatorska biomolekuła wychwytuje i wiąże nawet 5000 cząsteczek wody (!), dając rekordową siłę nawilżania. A nawilżona skóra jest napięta, ujędrniona i wypełniona, to taka podstawa ładnego wyglądu cery.

SPORTOWE POWROTY

Szukam na siebie sposobu. Bo to nie jest tak, że ja sportu nie lubię, przeciwnie – uwielbiam to uczucie pozytywnego zmęczenia po ćwiczeniach, kiedy endorfiny zalewają mózg i wydaje mi się, że mogę wszystko – kiedy przez moment czuję się jak królowa życia po prostu. Ruch dodaje energii, a przekraczanie własnych ograniczeń wzmacnia nie tylko ciało i to jest jasne. Sport to czysta głowa, najlepsze odreagowanie stresu, uczucie wolności i różne inne pociągające stany. Jednak nie jest łatwo człowiekowi z balastem nadmiarowych kilogramów, jak również ciężarem własnego zawstydzenia, ot tak, wcisnąć się w lycrę i wyskoczyć na jogging. Naprawdę ciężko jest wrócić na sportową ścieżkę – wie każdy, kto w legginsach wygląda niczym radziecka miotaczka kulą, ma sypialnię o pół metra większą od własnego łóżka i ani jednej pary obuwia do biegania. A ja nie chciałam na chwilę, nie chciałam pofikać nóżką tylko do lata, a potem znów na kanapę. Ja chciałam się z ruszaniem przeprosić i mieć z niego frajdę, tak by zostało już ze mną, weszło na stałe do repertuaru rzeczy, które robię, jak czytanie książek czy poranna kawa. Zaczęłam więc od cardio dance z You Tube’a i gęba cieszyła mi się bardziej niż podejrzewałam, że będzie. Potem Chodakowska, znówu dance, następnie własna ścieżka treningowa na Spotify, bo już wiem, przy jakim bicie dociskam mocniej. No a potem pojawił się on – mój wybawiciel, kiedy nie znajduję w sobie namiętności na tańce, gdy nie chce mi się organizować w salonie sali treningowej. Wprawdzie myślałam, że częściej będę pedałować i jednocześnie słuchać podcastów, oglądać coś, no tak piec dwie pieczenie na jednym ogniu po prostu, a w praktyce okazało się, że multitasking jest nie dla mnie, że nie integruję tych dwóch bodźców (serial – jazda) i muszę z muzyką. Nie rzuciłam się na niego z entuzjazmem neofity, by po tygodniu zamienić go w wieszak na ubrania, nie – ja domowe pedałowanie polubiłam umiarkowanie, w sam raz by co kilka dni trochę się spocić. Zwykle wtedy, kiedy nie mam czasu czy zapału na więcej. I tak, wiem, rowerek stacjonarny niespecjalnie upiększa nasz salon, ale kiedy tu stoi, przypomina mi o tym, żeby się ruszyć. A ja się wtedy ruszam, w wyniku czego dobrze się czuję i tak kontynuuję ten proceder od paru tygodni.

“DZIEWCZYNA, KOBIETA, INNA” BERNARDINE EVARISTO

Pierwszy rozdział mnie zaskoczył i trochę też zasmucił – nie zobaczyłam w nim tej wciągającej, nagradzanej książki, którą sobie kupiłam na weekend. Kiepsko się to czytało, nie tylko z powodu formalnego eksperymentu zignorowania interpunkcji i wielkich liter – z tym ostatnim miałam problem do końca, jednak w historie kolejnych bohaterek wciągnęłam się bez reszty i ostatecznie połknęłam tę książkę na trzy posiedzenia. I choć do ostatniej strony irytował mnie brak tradycyjnie zaznaczonych dialogów (odebrałam jednak te zabiegi jako pretensjonalne, taka oryginalność na siłę), to jednak muszę przyznać, że dawno już nie czułam takiego smutku, kiedy kończyłam książkę. Jest w niej bowiem coś pociągającego, mimo, że nie jest to jedna opowieść, żadna trzymająca w napięciu narracja, a dwanaście opowiadań, bardzo ciekawie ze sobą powiązanych. Każde to historia innej kobiety – postaci, która pojawiła się w poprzednich rozdziałach, czasem pierwszo-, a czasem drugoplanowych. Składa się to w bardzo spójną całość, w książkę o kobiecym wykluczeniu, niesprawiedliwości, upokorzeniu i dyskryminacji. To zbiór najróżniejszych doświadczeń – kobiet w różnym wieku, różnych ras, żyjących w różnym czasie, o różnym pochodzeniu, kapitale kulturowym czy seksualności. Bo to po prostu jest książka o kobiecości, którą świetnie się czyta, niezależnie od tego, jak bardzo utożsamiamy się z problemami bohaterek. Te zmieniają się w czasie i przestrzeni, jednak łączy nas pewna wspólnota doświadczeń, niezależnie od koloru skóry czy orientacji seksualnej.

“KLANGOR” CANAL+

“Klangor” to krzyk żurawi, zwiastujący nadejście wiosny, symbol nadziei. To ona trzyma przy życiu głównych bohaterów, popycha ich do działania w – wydawałoby się – beznadziejnej sytuacji. Z odcinka na odcinek coraz bardziej zagmatwanej, wielowątkowej i tragicznej. Ten serial to kryminał i dramat psychologiczny w jednym, osadzona na mrocznych świnoujskich rozlewiskach zagadka zniknięcia nastolatki, które demaskuje samotność i ubóstwo więzi jej rodziny. Ostaszewska i Jakubik (zwłaszcza ten drugi) w rolach rodziców zaginionej to mocny atut serialu. Podoba mi się tu też bardzo autentyczność, wszystkiego w zasadzie: podwórek, wnętrz, ubrań – wszystkie elementy scenografii i kostiumów bardzo dobrze oddają nasze realia, zarówno te prowincjonalnej dyskoteki, jak i nowobogackich domów. “Klangor” jest pociągająco bury, na wskroś polski, tą zimową polskością odrapanych kamienic, zakładów karnych, zardzewiałych nabrzeży- jest w nim szaro, mokro, ludzie mają brudne paznokcie, brzydkie twarze i mroczne tajemnice. Na osłodę dostajemy sporo ładnych ujęć – tajemniczych i pięknych przygranicznych, nadmorskich terenów. Jestem bardzo ciekawa zakończenia tego serialu, mam wielką nadzieję, że twórcy szykują coś mocnego na koniec.

Wpis zawiera lokowanie produktów.