Magiczna Sri Lanka – nasze ferie na Cejlonie

Palmy na plaży

Minęły dopiero trzy tygodnie, od kiedy prosto z gorącego Cejlonu wylądowaliśmy w zimnej ojczyźnie, w dodatku w zupełnie nowej, przerażającej i smutnej rzeczywistości społeczno – politycznej. Niemal prosto z turkusowych wód Oceanu Indyjskiego, z wyspy pełnej ananasów i tuk tuków, w szare, przedwiosenne realia. Z beztroski w strach i przygnębienie. Twarde było to lądowanie, a nasze rozkoszne tygodnie na Sri Lance wydają się dziś jakby bardziej odległe, niż wskazywałby na to kalendarz. I kiedy jest mi szczególnie źle, gdy przestaję dźwigać to, co się dzieje, przeglądam telefon, wracam do tych zdjęć i filmów, do kolorów i dźwięków, które tak nas ukoiły, przyniosły tyle cudnych wrażeń i zachwytów. Do miejsc i chwil, o których marzyłam od bardzo, bardzo dawna, a które dały mi masę wzruszeń, odpoczynek, naładowały zielenią, witaminą D, śpiewem egzotycznych ptaków i wszystkim tym, za czym najbardziej tęskni się podczas polskiej zimy. I co tworzy najpiękniejsze wspomnienia.

Dlaczego Sri Lanka? Bo od podróży do Tajlandii marzyliśmy o powrocie do Azji, do jej cudownego klimatu, pięknych plaż, pozytywnych ludzi i pysznego jedzenia. A jednocześnie – szukaliśmy celu możliwie najbliższego; kraju, który będzie niedrogi, bezpieczny, z dobrą infrastrukturą na rodzinny wypoczynek. Nie bez znaczenia były też covidowe ograniczenia – brak kwarantanny czy jakichś stresujących testów na miejscu. I last but not least – pojawiło się nowe, bezpośrednie połączenie LOT-u z Warszawy do Kolombo, którym można całkiem wygodnie dolecieć do celu już w 8 godzin. Kiedy więc w dodatku do wszystkich tych okoliczności, przytrafiła nam się w styczniu jakaś „szalona środa” z dość korzystną ceną biletów, klamka zapadła i zaczęło się: planowanie trasy, czytanie przewodników, szukanie noclegów, zbieranie ekwipunku, dopełnianie formalności…trochę było i tej papierologii, i tych wieczorów na Booking-u, ale każda chwila spędzona na przygotowaniach okazała się tego warta. Bo na Sri Lance było po prostu wspaniale!

NASZA TRASA PO SRI LANCE

Tradycyjnie już nie będzie to arcyszczegółowy post, na wakacjach głównie chłonę, przeżywam i odpoczywam, nie zapisuję knajp, zapominam nazwy hoteli i ceny jedzenia. Chcę podzielić się dziś z Wami z grubsza naszymi doświadczeniami, zostawiam też wizualizację trasy, jaką przemierzyliśmy, chcąc posmakować różnych krajobrazów. Założenie przed wyjazdem było bowiem takie, że owszem, potrzebujemy odpoczynku i błogiego plażowania, ale chcemy też zobaczyć plantacje herbaty, góry, świątynie, parki narodowe, przejechać pociągiem przez góry, poznać lankijskie miasta i pobyć gdzieś w dziczy. I to była bardzo optymalna trasa na taki rodzinny wyjazd – przez ponad pół podróży przemieszczaliśmy się co 2-3 dni, od Negombo, przez okolice Kandy, samo Kandy, później Ellę, Udawalawe, aż po Tangalle, gdzie ostatecznie postanowiliśmy zatrzymać się na sześć relaksujących dni, lekko już spragnieni spokoju. Naszą trasę wieńczyło półtora dnia w Kolombo, skąd po 17 dniach na Sri Lance wróciliśmy do Warszawy.

NEGOMBO

To umiarkowanie urokliwe, spore miasto portowe i rybackie, które znajduje się bliżej lotniska niż Kolombo, jest więc dla wielu naturalnym punktem startowym w dalszą podróż po Sri Lance. Nie traktowałabym go jako miejsce wypoczynku, dwa dni na odespanie jet-lagu i złapanie klimatu to absolutne maksimum. Plaża jest brudna, miasto bez szału, warto więc znaleźć tam ładny hotel z przyjemnym basenem, odsapnąć, zrobić tour po świątyniach, wybudowanych przez Holendrów w XVII wieku kanałach, przejechać się na targ rybny i spadać dalej, co też i my uczyniliśmy. Taksówkarz, z którym jechaliśmy z lotniska do hotelu, zaproponował nam przejazd z Negombo do Kandy i po szybkiej weryfikacji cen, przystaliśmy na jego propozycję, by na drugi dzień po przylocie wyruszyć z nim w góry.

OKOLICE KANDY – PLANTACJE HERBATY I SPEKTAKULARNE WIDOKI

Kolejnym punktem programu było Kandy, a w zasadzie jego okolice, zarezerwowaliśmy sobie bowiem pokój w hotelu, który mieści się w totalnej dziczy, na kompletnym odludziu, wśród wzgórz porośniętych krzakami herbaty, pnączami pieprzu, goździkowcami i mangowcami, wśród parujących lasów, pełnych egzotycznych, kolorowych, rozśpiewanych ptaszków. To było miejsce, z którego widok po prostu zapierał dech w piersiach, poranki i wieczory spędzałam gapiąc się jak zaczarowana, ze łzami w oczach, słuchając niesamowitych dźwięków dżungli, próbując zapamiętać te chwile na zawsze. Old Frankland, bo tak nazywa się plantacja i mały hotelik, to miejsce jak nie z tego świata, z cudownymi gospodarzami, przyjazną obsługą i fajną, rodzinną atmosferą. Nie czuję jednak, że powinnam je jakoś szczególnie polecać ze względu na liczne zaniedbania – zniszczone meble, zagrzybiałe łazienki, popękane kafle w basenie, przez które nasze dziewczyny pokaleczyły sobie nogi. Wprawdzie właściciele zarzekali się, że po tej akcji położą nowe kafelki, jednak generalnie standard był tam dość niski, dlatego polecam szukanie w tej okolicy innych hoteli w podobnych okolicznościach przyrody. Samo Kandy bowiem (jak w sumie wszystkie tamtejsze miasta) nie zachwyca, oprócz pięknej, dużej świątyni zęba Buddy, położonej malowniczo nad jeziorem, znajdziecie tam gigantyczny zgiełk, smród spalin i niewiele więcej. Dla nas był to tylko punkt na jedną noc, z którego jechaliśmy pociągiem do Elli i tak polecam traktować to miasto, zdecydowanie lepiej zatrzymać się na jego obrzeżach, by doświadczyć tych niesamowitych widoków i dźwięków.

ELLA

Ta podróż pociągiem z Kandy do Elli to było moje marzenie od lat – to spektakularna trasa przez góry, pośród plantacji herbaty, przez ściany zieleni, po stromych zboczach i wysokich wiaduktach. Totalne must-do na Sri Lance, znajdziecie więc w internecie masę pięknych zdjęć pięknych ludzi, jadących w otwartych drzwiach z rozwianymi włosami, z cudowną, dziką przyrodą w tle. Dla mnie niestety ta podróż była największym rozczarowaniem wyjazdu ze względu na splot niesprzyjających okoliczności, nie trasę czy pociąg sam w sobie. Long story short: jechaliśmy w największym tłoku, jakiego w życiu doświadczyłam, przez trzy godziny stojąc z plecakami w przejściu, martwiąc się, czy do końca siedmiogodzinnej podróży uda nam się usiąść. A kiedy w połowie trasy wreszcie poluzowało się i zdobyliśmy miejsca siedzące, pogoda zepsuła się tak, że przez mgłę niewiele widzieliśmy z tych słynnych widoków. Dodatkowo deszcz odebrał nam możliwość kontemplowania scenerii w otwartych drzwiach, czyli w zasadzie wszystko poszło nie tak, jak to sobie wymarzyłam. Warto kupić bilety (6 zł od osoby!) na skład, który zaczyna swój bieg w Kandy, warto sprawdzić, czy w planowany dzień nie wypada żadne lokalne święto, podczas którego ludzie masowo się przemieszczają. Warto też sprawdzić pogodę, jeśli ktoś mocno nastawia się na to doświadczenie. Na pewno warto też pojechać do Elli, choć idealnie – w słońcu i wygodzie.

Sama Ella jest niedużym, dość turystycznym, całkiem fajnym miasteczkiem z wieloma hotelami zarówno w centrum, jak i na obrzeżach. Wzdłuż głównych ulic jest masa knajp i sklepików, to dobre miejsce, żeby znaleźć się blisko takiej infrastruktury, warto więc rezerwować nocleg blisko miasta, najlepiej z widokiem na góry. My byliśmy ciut na uboczu, w odległości krótkiej przejażdżki tuk tukiem za kilka złotych, jednak fajniej chyba byłoby nocować w odległości spaceru od miasta, a jego okolice zobaczyć podczas objazdowych wycieczek. My zrobiliśmy dwie – jedną tuk tukiem, drugą z kierowcą, dużym samochodem. Oprócz słynnego Nine Arch Bridge (niesamowity Most Dziewięciu Łuków), warto pojechać serpentynami do którejś z okolicznych fabryk herbaty, przejechać się po okolicznych wodospadach i świątyniach, rozdziawiając po drodze buzię z zachwytu widokami. Okolice Elli są spektakularne, droga biegnie wśród wzgórz, plantacji herbaty, przez nieprawdopodobną wręcz zieleń, pełno na niej małp – coś wspaniałego!

SAFARI NA SRI LANCE – UDAWALAWE

Po niemal tygodniu w górach, gdzie pogoda jest różna – bywa deszczowo, mgliście, wieczorami chłodnawo, bardzo chciało nam się już niczym nie zmąconego ciepła, codziennych kąpieli i czystego relaksu. Zanim jednak osiedliśmy na plaży, zatrzymaliśmy się na dwa dni w Udawalawe, które znajduje się mniej więcej w pół drogi z Elli nad ocean. Jest tam wielki park narodowy, do którego wybraliśmy się na safari, z głowami pełnymi marzeń o bliskim spotkaniu ze stadem słoni i innymi dzikimi zwierzętami. Park jednak różnił się od naszych, wyniesionych pewnie z obrazków afrykańskich sawann, wyobrażeń – nie było w nim całkiem otwartych, trawiastych przestrzeni, a wysokie, gęste krzaki, spomiędzy których wychodziły do nas pojedyncze słonie lub ich niewielkie rodziny. Było to oczywiście niezapomniane przeżycie, choć szczerze mówiąc spodziewaliśmy się trochę więcej. Poza słoniami w parku Udawalawe można spotkać krokodyle, bawoły, kolorowe ptaszki i zatrzęsienie pawi, samo safari jednak – z wyjazdem z ośrodka jeeepem jeszcze przed wschodem słońca – było wielkim przeżyciem, mimo lekkiego rozjechania oczekiwań i rzeczywistości. Nasz pobyt w tej miejscowości był w ogóle świetny – w bardzo przyjemnym, oddalonym od centrum ośrodku Mastodon z fajnym basenem i kilkunastoma drewnianymi domkami. Byliśmy w nim sami (sic!), oprócz safari i pływania, lubiliśmy tam chodzić przez wioskę i las do głównej drogi na śmiesznie tani street food. Poznaliśmy tam przesympatycznych ludzi i spędziliśmy super czas.

PLAŻE SRI LANKI – TANGALLE

Gdy tuż po przyjeździe zostawiliśmy bagaże w okrągłym, drewnianym domku, położonym w środku pięknego ogrodu i pobiegliśmy na plażę, poryczałam się. Było idealnie, dokładnie tak, jak chciałam – woda była dziko turkusowa, piasek delikatny, nieduża, malownicza plaża była z obu stron domknięta skałami i palmami, było na niej kilka knajpek i leżaki z bambusowymi daszkami. Siedliśmy w jednej z nich na świeże krewetki z chrupiącą, kwaśną surówką, frytki z listkami curry i zimne piwo, a ja nie mogłam przestać się wzruszać. Tak bardzo tęskniłam za gorącym morzem i takimi widokami! I choć mieliśmy zostać tam trzy dni, a potem poznać jeszcze dalszą część wybrzeża, to już po chwili byliśmy w recepcji, przedłużając pobyt do niemal tygodnia 🙂 Po 10 dniach w drodze, wszystkich zmianach planszy i przygodach, potrzebowaliśmy już resetu, czasu bez pakowania walizek i przemieszczania się, leniwych dni w słońcu i wodzie. I dostaliśmy to w przepięknym wydaniu, w bardzo fajnym ośrodku Palm Paradise przy Goyambokka Beach, niedaleko Tangalle. Spędziliśmy tam absolutnie cudowne dni, wypełnione skokami przez fale w gorących wodach Oceanu Indyjskiego, błogimi kąpielami w basenie, nad który przychodziły stada małp i pawie, obiadami i kolacjami ze świeżutkich owoców morza i masą podobnych wakacyjnych uciech. By się nie zanudzić, wypożyczyliśmy na dwa dni tuk tuka, którym dzielny Polkowski obwoził nas po okolicy z wprawą starego wyjadacza i użytkownika szalonych, azjatyckich dróg. Oglądaliśmy żółwiki, kraby, latarnie morskie, piliśmy zimne piwko i wodę kokosową, zajadaliśmy się owocami morza – to była pełnia szczęścia i idealny relaks!

KOLOMBO

Po tej plażowej sielance zderzenie z hałaśliwym Kolombo było cokolwiek oszałamiające. Co tu dużo gadać – nie urzekło nas nic w tym mieście. Choć bezdyskusyjnie fascynujący jest ten azjatycki vibe – kolorowy tłum, klaksony, wrzaski sprzedawców, tuk tuki, w tle jakieś śpiewy ze świątyń, to jednak Kolombo naszym zdaniem pozbawione jest większego uroku. Odwiedziliśmy dzielnicę Pettah, która jest jednym wielkim bazarem, jednak jej zgiełk nie pozwalał na poczynienie jakichś zakupów – przejście tymi ulicami i targowiskami to jak walka o przetrwanie i próba nie zgubienia dzieci. Odwiedziliśmy największe świątynie, pojeździliśmy tuk tukami z kierowcami, którzy tam (jak nigdzie wcześniej) mieli skłonności do bajerowania, naciągania i wywożenia nas nie tam, gdzie chcieliśmy. Rozczarował nas brak fajnego street foodu i jakiś taki pozbawiony klimatu charakter miasta – nie poświęcałabym więcej niż jeden dzień na zobaczenie go, po przylocie lub przed odlotem ze Sri Lanki. Najjaśniejszym momentem naszego półtoradniowego pobytu w Kolombo było obserwowanie słonia, który był szorowany łupiną kokosa na chodniku przy świątyni, generalnie w środku miasta 🙂

KUCHNIA, CENY I PRAKTYCZNE INFO O SRI LANCE

Jeśli chodzi Wam po głowie podróż na Sri Lankę, ale martwicie się o jakieś praktyczne szczegóły – przemieszczanie się, bezpieczeństwo, jedzenie, cokolwiek – możecie przestać. Podróżowanie po Sri Lance jest proste, ludzie są przemili, czuliśmy się tam bezpiecznie, a wszystko, co chcieliśmy kupić, załatwić czy zrobić, okazywało się proste. Niemal każdy mówi tam po angielsku (to pomocniczy język urzędowy na Sri Lance, obok syngalskiego i tamilskiego), z łatwością można załatwić tani transport po miejscowości albo z miasta do miasta, na każdym kroku kupić zimną, butelkowaną wodę i coś do jedzenia. W knajpach oprócz pikantnych dań typu curry czy dahl, można zamówić także łagodny smażony ryż czy makaron z wybranymi dodatkami, często też różne zachodnie potrawy czy dodatki, nad oceanem – świeżutkie ryby i owoce morza. Ceny jedzenia są generalnie niskie – od umiarkowanych (ciut niższych niż w Polsce) w restauracjach, bo zupełnie śmieszne w barach czy przydrożnych standach (np. 10 zł za cztery porcje smażonego ryżu i cztery napoje ;)). Przejażdżki tuk tukiem czy bilety na pociąg kosztują po kilka złotych, zakupy spożywcze to także groszowe sprawy (po 10-20 zł za dwie duże siaty napojów i przekąsek, różne lody i duperele). Większe wydatki to podróżowanie między miastami prywatnym samochodem z kierowcą (ok. 200 zł za kilkaset kilometrów w klimatyzowanym vanie, z przystankami na atrakcje czy jedzenie, więc też bardzo spoko). No i noclegi – ale wyłącznie wtedy, jeśli celuje się w wysoki standard. Na bookingu można znaleźć pokoje rodzinne od 20 zł za noc, ale są oczywiście także takie za 10 tysięcy 😉 Hotele czy domki w średnim standardzie to koszt ok. 300-500 zł za dobę za rodzinę.

Pozostałe praktyczne informacje:

  • szczepienia zalecane – przyjęliśmy te na dur brzuszny i zapalenie wątroby typu A, jednak nie są one obowiązkowe, to spory dodatkowy koszt dla 4 osób
  • należy chronić się przed komarami mocnymi środkami typu Mugga, na Sri Lance występuje denga (malaria od lat już nie)
  • na Sri Lance jest gorąco i wilgotno (w lutym mieliśmy 28-30 st.), jednak w górach często pada, a temperatura może spadać do 15 st, należy wziąć ze sobą cieplejsze ubrania, pełne buty i cienkie kurtki przeciwdeszczowe
  • ochrona przeciwsłoneczna na Sri Lance to nie są żarty – słońce pali jak złe, bardzo łatwo o oparzenie, trzeba chronić głowy i wielokrotnie w ciągu dnia nakładać filtr SPF 50
  • jadąc na Sri Lankę najedzcie się ananasów, malutkich, kwaskowatych bananków, świeżych ryb i owoców morza – to największe kulinarne hity
  • alkohol jest relatywnie drogi (7-14 zł za butelkę piwa, drinki od kilkunastu zł) i trudniej dostępny niż u nas – nie da się go kupić w sklepie spożywczym, a wyłącznie w specjalnych sklepach monopolowych, nie ma ich wiele

Jeśli macie jakieś dodatkowe pytania o kwestie logistyczno-organizacyjne, postaram się na nie odpowiedzieć w komentarzach 🙂

Jakbym miała krótko podsumować te niemal trzy tygodnie, które spędziliśmy na Sri Lance, powiedziałabym: „WOW!”. Było cudownie – egzotycznie, różnorodnie, pozytywnie, kolorowo, wesoło. Mieliśmy tam świetny czas jako rodzina – dużo odpoczynku, śmiechu, zabaw w wodzie, wygłupów i ciekawych rozmów. Niemal wszystko było tam proste – przemieszczanie, jedzenie, organizacja czasu, komunikacja z ludźmi, serio pełen luz. Przyroda była zachwycająca, ludzie przemili, jedzenie smaczne – w wielkim skrócie niemal wszystko nam się tam podobało (największym wyjątkiem są liczne zaśmiecone i zapuszczone miejsca). Choć nie każdy moment pobytu udał się zgodnie z planem czy oczekiwaniami, mimo że mieliśmy parę rozczarowań i drobnych trudności, były to absolutnie wyjątkowe i niezapomniane wakacje. Będę tęsknić za tą zieloną wyspą i niezmiennie marzyć o kolejnej podróży do Azji ♥ 

Co o tym myślisz? Zobacz komentarze lub dodaj własny komentarz

Leave a Reply