felietony

co z Ciebie za matka?

Bo ze mnie – podobno – podła. Okrutna i zła. Nie dojrzałam do roli, a dzieci obwiniam o własne niepowodzenia. Które? Tego nie wiem. Czy o bloga, który ma pół miliona wejść miesięcznie i pozwala na godne życie, czy o książkę wydaną, czy tę przygotowywaną aktualnie może? Jakieś porażki sromotne muszę mieć ewidentnie na koncie, skoro śmiałam napisać, że dzieci mnie czasem ograniczają. Najwyraźniej mam męża nieroba, wyrodną matkę i leniwą teściową. Widocznie przemęczona ze mnie bidulka, zapuszczona i opuszczona, skoro napisałam, że przy dzieciach brakuje mi okresowo czasu dla siebie. Że niezorganizowana to już więcej niż pewne, wszak matki z dziećmi na rękach zdobywają korony ziemi, a co dopiero mówić o regularnych wizytach w siłowni, u kosmetyczki, o byciu dyrektorką oddziału banku mimo powicia trójki. To jest, moje drogie, dla współczesnych kobiet bułka z masłem. Bułeczka z masełkiem, chciałoby się powiedzieć. Z całą pewnością też nie udało mi się w życiu nosa poza Kaszuby wyściubić, skoro śmiem twierdzić, że odkąd mam dzieci podróżuję rzadziej, bo drogo. Trzeba mi się było wyszaleć, wybawić i nawyjeżdżać przed ciążą – bo to wszak można zrobić na zapas, żeby już do końca życia człowiekowi wrażeń starczyło. Z całą pewnością też – jeśli w swej bezduszności dzieci zygotami nazywam, to chyba jasne jest, że ich nie kocham. Skoro rozumiem tych, co dzieci mieć nie chcą, co mają inne pomysły na życie, skoro im czasami zazdroszczę oczytania, zwiedzania świata i możliwości pracy w godzinach nie zdeterminowanych grafikiem klasówek, to przecież widać gołym okiem, że o miłości nie może być mowy.

I tak, znów wylewam swoje frustracje. Tym razem jednak nie dzieci mnie do tego doprowadziły, a inne matki. Trzy tygodnie się biłam z myślami, już byłam nawet gotowa odpuścić. Nie reagowałam na zaczepki, obelgi, złośliwości. Myślałam – przejdzie mi, nie będę się wszak przejmować linczem jakichśtam instahien, które gówno o mnie wiedzą, ale jednak owczym pędem, nakręcane jedna przez drugą, postanowiły mnie ocenić. Nie dam się sprowokować wojowniczce, broniącej macierzyńskich ideałów, której, całkiem przypadkiem, udostępniane hejty w ciągu jednego dnia nabiły kilka tysięcy obserwujących. Tak nisko nie upadłam, żeby się gównoburzą ubabrać. I serio – wbrew pozorom wciąż babrać się nie zamierzam, jest dokładnie odwrotnie – ja się muszę oczyścić. Mogą sobie twierdzić co większe chojraki, że obraźliwe teksty spływają po nich jak woda po kaczce, ale ja się zgrywać nie zamierzam – słowa potrafią zaboleć, a w dłuższej perspektywie także zablokować twórczo. Co się bowiem po moim ostatnim wpisie macierzyńskim wydarzyło, to (oprócz setek podziękowań, udostępnień i dziesiątek tysięcy odsłon) bardzo przykra fala nienawistnych komentarzy, które zdemaskowały kilka ważnych zjawisk z całą doniosłością.

1. MATKOM NIE WYPADA NARZEKAĆ

Nie narzekaj, matko, etos siłaczki jest wciąż żywy. Zawsze znajdą się takie, które twierdzą, że mają gorzej, a nie narzekają. Mają więcej dzieci/mniej pieniędzy, nie mają męża/mamy/teściowej, a nie narzekają. Oraz – cios poniżej pasa – dzieci chore i niepełnosprawne. Bo jak masz zdrowe, to jak śmiesz narzekać, jak śmiesz być zmęczona, niezadowolona, jak śmiesz marzyć o chwili dla siebie? Serio? To jakby mówić komuś z otwartym złamaniem, żeby nie wył, bo to nie rak. Tych z jedną nogą, żeby się z niej cieszyli, bo przecież mogliby nie mieć ich wcale. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, moje drogie. I jak podziwiam i współczuję, tak nie mogę myśleć o jakichś obcych chorych dzieciach, kiedy mnie robota wokół moich własnych okresowo wymęczy. Każdy ma prawo do gorszego dnia, ponurych myśli od czasu do czasu, nawet jeśli jego problemy są dla innych marzeniem. Zawstydzanie kobiet opowieściami o mitologicznych babciach, co chodziły w pole z sześciorgiem, wyśmiewanie ich problemów poprzez przywoływanie dramatów innych ludzi – to jest cios poniżej pasa i ja się na tę logikę nie zgadzam. Może i inni mają gorzej, ale mi się przelało tu i teraz, mimo że mam zdrowe dzieci i kilka krajowych. Każdemu jest czasem źle i naprawdę nie musimy niczego udawać, przyklejać sobie uśmiechów i pozować pod palmą. Ja dodatkowo mam misję, by o tym mówić otwarcie, bo to pomaga tysiącom kobiet zaakceptować swoje emocje. Tobie nie? Krzyżyk na drogę, peace & love!

2. UTOPIA MACIERZYŃSKIEJ ORGANIZACJI

Ja to na wszystko mam czas – mówi mi jedna z drugą – kwestia organizacji. I ja Wam z tego miejsca, miłe panie, serdecznie gratuluję. Ale pytam się – co dla Ciebie znaczy “wszystko”? Co wiesz o mojej pracy, która nie kończy się w piątek o szesnastej? O moich ambicjach, które wykraczają poza utrzymanie etatu? Może moje “wszystko” to więcej niż Twoje? Być może nawet chcę trochę za dużo, być może dlatego czasem nie daję rady tego upchnąć w grafik, a nie dlatego, że jestem pierdoła? Bo wiesz, mi nie chodzi o te kawy z psiapsiółkami, kiedy mówię o rezygnacji z siebie, ja po prostu

” Tak bardzo się boję, boję
że jestem drzewem, co rośnie wątłe
W szczelinie wąskiej płyty chodnikowej
Gdy mogłam być dumną sekwoją
(…)
Tak bardzo się boję, boję
że jestem koniem pod Morskim Okiem
że ciągnę brykę pełną dup pod górę
A mogłam galopować po stepie” *

Organizacja dobra rzecz, ale nie mów mi, kochana, że Twoje życie z dziećmi pozwala na nieskrępowane realizowanie własnych potrzeb i ambicji, bez żadnych kompromisów. Że masz karierę, kasę, wysportowane ciało, doskonałe paznokcie, gładkie pięty, dom bez grama kurzu, idealny związek, a z dziećmi spędzasz cztery godziny dziennie na zabawach edukacyjnych. Tuż po tym, jak ugotujesz im dwudaniowy, wegański obiad z organicznych warzyw i kosmicznego pyłu. Kogo chcesz oszukać? Jeśli chodzisz na siłownię, to nie czytasz w tym czasie książek, a kiedy jesteś z dziećmi, zwykle nie udaje się jednocześnie być na briefingu – twoja doba ma dokładnie tyle samo godzin, co moja. Mówi się, że matki to najlepiej zorganizowani pracownicy, mistrzynie efektywności, domowe boginie Kali o ośmiu rękach. Może i wielozadaniowość to nasze drugie imię, ale nie mów mi, że nigdy nie masz zadyszki, kiedy tak gonisz. A największą zadyszkę mają zwykle te, co oprócz ogarniania życia i dzieci, próbują jeszcze czasem galopować po stepie. Tylko nie mów mi, że trzeba się było wybiegać przed ciążą!

3. MIT MATKI – HEROSKI

Jakie to jest szkodliwe! Jaką to robi sieczkę z mózgów, jak ciągnie w dół wszystkie kobiety, które czasem nie mają już siły, ale nie mają się komu przyznać! I tak – mówię tu o wszystkich tych treningach z dzieckiem przy nodze, o każdym powrocie do pracy miesiąc od porodu. Mówię o każdej matce, która twierdzi, że macierzyństwo nic nie utrudnia, że ona przecież wspaniale ogarnia i że kto jak nie my, bo przecież mamy mają moc. Mówię o każdej z Was, która wstaje o piątej rano, żeby zdążyć wyprawić i rozwieźć dzieci, potem pracuje osiem godzin, by wrócić na drugi etat do domu. Po całej litanii prań, porządków i obiadów na drugi dzień, pada zmęczona i ryczy w poduszkę, bo nie takiego życia przecież chciała. Ale ciągnie to, ciśnie dalej bez słowa, bez żadnego, najcichszego choćby “hej, a co ze mną?”. Nie ma się komu wyżalić, nie ma jak się z tego wyrwać, bo przecież dookoła tylko matki, teściowe, które wszak miały gorzej, bo nie było pralki ani pieluch jednorazowych. Gwiazdy, celebrytki, które twierdzą, że dziecko w ich życiu nic nie zmieniło, więc dalej pozują na ściankach z płaskim brzuchem. I koleżanki, sąsiadki, inne mamy – prawdopodobnie tak samo zmęczone i wypalone – one też nie mają się komu przyznać. Boją się odezwać, bo przecież usłyszą, żeby przestały narzekać, że inni mają gorzej albo że ta z telewizji przecież jakoś chodzi na fitness z niemowlakiem. Więc wszystkie udajemy, że jesteśmy heroskami, a kiedy raz na jakiś czas ktoś przełamie tabu – to część jest jej wdzięczna, a reszta ciska jajami. Może i mamy mają moc, ale mitologizowanie jej, utrzymywanie tej wielkiej, zbiorowej fikcji, jaką jest wiara w nadprzyrodzone moce dzieciatych kobiet, nikomu nie służy.

4. ŚWIAT POSTACI CZARNYCH I BIAŁYCH

Co ze mnie za matka zatem? Taka, która po ciężkim dniu wdycha zapachy swoich córek jak narkotyk. Karmi się nimi łapczywie. A czasem ściąga je z siebie, czuje się przytłoczona, czasem nie ma ochoty na łokcie i kolana, co wbijają się w żebra. Taka, która biegnie przez korytarz hipermarketu, pchając wózek z dwiema piszczącymi z dziewczynkami. Na końcu szybki obrót wózka wokół własnej osi, “jeszcze raz, mamo!”, więc kręci raz jeszcze, oczami wyobraźni robi zdjęcie, żeby nigdy nie zapomnieć tych szerokich uśmiechów i błyszczących oczu. Ze mnie jest taka matka, która czyta niemal co wieczór. Po dwie książki, trzy albo cztery, siedem razy poprawia kołdrę, pięć razy podaje piciu, pół godziny głaszcze po włosach. A czasem klęczy przy tym łóżku, podpiera się nosem i chciałaby być gdzieś indziej. Czasem wskakuje starszej pod kołdrę i gada z nią o koleżankach, o pani od matmy i skąd się biorą pryszcze. A czasem tylko głaszcze szybko po głowie, bo robota czeka. Albo koc i serial, o których marzyła od południa, bo zły dzień. Ze mnie jest matka, która czasem mówi głosem sowy z bluzki, której nie chce ubrać młodsza. A czasem wścieka się za jej poranne fochy, każe się ubrać, koniec i kropka. Jestem matką od przytulania i opowiadania świata, która czasem ma dość bałaganu. Matką od wożenia ze szkoły i szykowania kolacji, która czasem wolałaby ciszę od siostrzanych kłótni. Taką od rozmów, spacerów, głupawek i pieczenia ciasteczek. Matką, która czasem siedzi za dużo przy komputerze. Czasami jest smutna, czasem jej się nie chce, zdarza jej się złościć. Innym razem pęka z dumy albo wzrusza się do łez.

Czy to oznacza schizofrenię? Czy to zaburzenia dwubiegunowe? Nie, to życie. Czasem słońce, czasem deszcz. Czasem czułość, czasem gniew. Czasem siła, czasem słabość. Nie ma matek złych i dobrych, czarnych ani białych, doskonałych i podłych. Macierzyństwo jest jak karuzela – w trakcie jednej przejażdżki zachwyt miesza się z przerażeniem, raz jesteś na górze, a za moment na dole. Czasem widoki są tak piękne, że brakuje ci tchu, innym razem – jesteś pewna, że nie wyrobisz na zakręcie. Czasem po prostu chce się już zejść na ziemię. A czasem to nawet rzygać.

5. W INTERNECIE MOŻNA WSZYSTKO

O, nie. Wolność słowa nie oznacza, że możesz wejść w czyjąś wirtualną przestrzeń i mu tam nasrać. Oznacza natomiast, że ludzie mogą opisywać swoje doświadczenia i poglądy, nawet jeśli się z nimi nie zgadzasz. A jeśli się nie zgadzasz, ale nie odróżniasz pogardy od polemiki, nie oburzaj się, że twój komentarz zniknął. Publikowanie niektórych słów to jakbym zgadzała się, by ktoś pluł mi w twarz i jeszcze zachęcała kolejnych, żeby się na mnie wyżyli.

Ach, i jeszcze jedno – zanim nazwiesz kogoś chorym psychicznie i pożyczysz, by mu odebrano dzieci – naucz się rozpoznawać takie językowe środki wyrazu jak hiperbola, wyolbrzymienie, ironia. Zwróć uwagę, że kiedy bloger opisuje jakieś zjawisko, nie oznacza to, że każdy jego wycinek dotyczy go osobiście. Serio.

Zanim rzucisz w kogoś kamieniem – daj sobie chwilę na głęboki oddech. Przypomnij sobie, że po drugiej stronie ekranu stoi żywy człowiek, który odczuwa. Kobieta, której nie znasz, nic o niej nie wiesz, a diagnozujesz ją, nie mając żadnych danych. Nie oceniaj, nie pogrążaj, przestań odbierać jej siły w chwili, kiedy ma jej mało.

Co z ciebie za matka? Jestem pewna, że najlepsza, jaką mogło mieć twoje dziecko. To weź spróbuj być choć w połowie tak fajna dla innych mam. Weź nie hejtuj.

Ostatecznie wszystkie jedziemy na jednym wózku.

*Katarzyna Nosowska “Boję się”