felietony

to nie wyrodne, to ludzkie

Miałam być dziś na śniadaniu ze znajomą, lecz ostatecznie spędziłam dzień w domu, przy dźwiękach kaszlu i kucyków Pony. Miałam być później na kawie i na zakupach e-bookowych gadżetów, ale byłam w przychodni. Nie wiadomo do końca, co z jutrem, lecz wielce prawdopodobne jest, że kolacja i wino ze znajomymi także się nie odbędą. Czy jest mi smutno? Troszeczkę. Bo w moim położeniu spotkania z ludźmi są na wagę złota i zwykle czekam na nie z utęsknieniem. Czy jestem zaskoczona? Bynajmniej. Jestem matką, heloooł! Rezygnowanie z własnych planów i przyjemności to moje drugie imię.

Być może i do tego przywykłam, ale nie oznacza to wcale, że jestem pogodzona z losem. Nazwijcie mnie egoistką, ale w takich chwilach rozumiem wszystkie kobiety, które świadomie zdecydowały się nie rozmnażać. Rozumiem i szanuję ich wybór. Do dziś nie jestem pewna, co takiego pcha ludzi do tego wieloletniego pasma dawania i poświęceń, jakim jest rodzicielstwo. Co sprawia, że pewnego dnia stwierdzają, że wcale nie potrzebna im wolność, równowaga psychiczna i pieniądze, więc postanawiają w przypływie samarytańskich odruchów: “hej, powołajmy na świat jakiegoś człowieka, któremu moglibyśmy to wszystko oddać!”? Zróbmy sobie człowieka, przy którym przestaniemy spać i chodzić na imprezy, zdegradujemy się zawodowo i przez kolejną dekadę nie będziemy w stanie spędzić niedzieli pod kocem, hell yeah! A najlepiej – kilkoro ludzi, tak dla pewności, że każdy wyjazd na wakacje będzie kosztował tyle, co dobry samochód. Tak dla pewności, że nie będziemy mieć świętego spokoju aż do emerytury, a później też nie, bo wnuki, wiadomo. Zróbmy ich więcej, żeby przypadkiem kariery nie zrobić, żeby się czasem nie nudzić, żeby nie móc wyskoczyć spontanicznie do kina, bez zaklepania niani z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Dwoje lub troje przynajmniej, bo przy jednym, po roku – dwóch jeszcze się znowu wyśpimy, a plan był przecież inny. Plan był taki, żeby oddać wszystko, co się lubi, a to przy jedynaku może się tak łatwo nie powieść, zwłaszcza, jeśli z tych mniej wymagających się dzieciak okaże. A więc róbmy, płódźmy, powołujmy na ten świat ludzi i oddawajmy im swoje sypialnie, oszczędności, zainteresowania! Rezygnujmy dla nich ze znajomych, z wyjazdów, szkoleń, z szans i spotkań, z wolnych wieczorów i weekendów.

Miewam takie okresy, kiedy się serio zastanawiam, co ja sobie myślałam. I pewnie nie bez powodu myśli te naszły mnie tuż po tym, jak opłaciłam przedszkole, zajęcia dodatkowe, półkolonie, aparat ortodontyczny, siatkę ubrań i dwie pary nowych butów. Nie jest przypadkiem, że piszę te słowa w dniu, który miałam spędzić na przyjacielsko-zawodowych śniadaniach i kawach, ale niestety – odgłosy kaszlu i kucyków Pony. I choć wiadomo, że jak się już wyklują te kurczaki, to człowiek kocha na zabój i oddaje wszystko, co ma, zwykle się nawet nad tym specjalnie nie zastanawiając, to ja naprawdę rozumiem ludzi, którzy nie chcą mieć dzieci. Bo przecież zanim te się wyklują, są tylko jakimś wirtualnym bytem, pomysłem, jakimś potencjałem, który wszak ciężko pokochać. A co dopiero oddawać wszystko komuś, kogo się jeszcze nie zna.

Mimo że wiele matek się do tego w życiu nie przyzna, ja czuję, że wychowywanie dzieci kosztuje czasem za dużo. Za dużo wolności, czasu, energii i pieniędzy, za dużo niewykorzystanych szans i okazji. Zbyt wiele godzin, spędzonych na negocjacjach o mycie zębów, zbyt wiele znajomości, które się rozpadły z ciągłego braku czasu, zbyt wiele wieczorów, podczas których można by stworzyć dzieło życia, gdyby nie to, że człowiek pada na twarz od sprzątania bajzlu, który te czynią dzień w dzień. Czasem czuję, że dzieci biorą więcej niż chciałabym im dawać. Czasem się duszę, wiodąc życie podporządkowane planowi lekcji, zajęciom akrobatyki i baletu, powtarzaniu słówek, kupowaniu chleba na kanapki i szykowaniu ubranek do przedszkola. Czasem męczy mnie to okupione wyrzutami sumienia wyrywanie czasu dla siebie. To “teraz nie mogę!” z sypialni, gdzie próbuję po cichu pisać. Albo “dzisiaj pracuję”, wymawiane w niedzielę, bo nie da się stworzyć książki w dni robocze do szesnastej jedynie. I każde “później”, “kiedy indziej”, “za rok” albo “gdy podrosną”, powtarzane w głowie na myśl o wyjeździe do Londynu, Rzymu czy Nowego Jorku, bez dzieci. Nie jeżdżę, bo dziewczyny, bo wspólne wakacje, bo przecież one też by chciały.

Nie jeżdżę, bo to jest ten poziom myślenia o sobie, na jaki jeszcze nie weszłam i nie wiem, czy kiedykolwiek wejdę. Nie jeżdżę i wielu innych rzeczy nie robię, bo mam mocne poczucie obowiązku. I empatii również. Nie jeżdżę, a potem żałuję. I jak przychodzi taki dzień, który ja sobie celowo i z premedytacją zaplanowałam “na mieście” i wśród ludzi, a potem – sorry, ale trzydzieści osiem i pięć, to mi się troszkę przelewa. I tak, wiem, matce nie wypada powiedzieć, że ma z tym problem. Bo matki powinny, wraz z zamieszkaniem zygoty w macicy, utracić wszystkie potrzeby i ambicje. Cały egoizm wydalić z siebie wraz z wyciśnięciem płodu. A potem już zawsze tylko rezygnować, oddawać, wykrwawiać się, bez piśnięcia, że boli. Tak jakby porodowy wyrzut oksytocyny napełniał przy okazji mózg hormonem heroizmu na resztę życia.

Coś u mnie nie zadziałało najwyraźniej z tym napełnianiem, bo siedzę i piszę te słowa, troszkę sfrustrowana, że mój Londyn poszedł na kilka kosztownych drutów, że śniadanie znów zjadłam przy kuchennym stole i że mi się tu kręcą obie, co chwilę o coś pytając, podczas gdy ja tak bardzo chciałabym zebrać myśli. Właśnie teraz, w ciszy. I mówię o tym, choć być może nie wypada, ale myślę sobie, że to nie wyrodne, to ludzkie po prostu. I że to nie umniejsza rozmiaru mojej miłości, kiedy czuję, że trochę za dużo ze mnie wysysają Ci ludzie, których sobie urodziłam, nie deklarując przecież wszem i wobec, że oto wszystko inne przestaje mnie teraz interesować.

Ja nie mówię – mieć wszystko tylko dla siebie, pławić się w tej wolności do porzygania. Do znudzenia zajmować się sobą tylko. Nie mieć żadnych dzieci i żyć po swojemu zupełnie, nie dawać niczego, nikomu. Ale żeby ta równowaga troszkę prostsza była do zachowania, żeby tak dało się łatwiej stawiać granice, dzielić po równo, zręczniej żonglować.

Wierzę, że to nie wyrodne, to ludzkie po prostu.