Napoje

zielony kierunek

Mój mąż do niedawna miewał tylko naprawdę nieliczne i bardzo krótkie zrywy, podczas których chciał rzucać palenie, ćwiczyć, biegać lub zostać bardzo zdrowym człowiekiem. Zachęcany przez różnych ludzi (ze mną włącznie) do zapisania się na siłownię czy dołączenie do kopiących piłę kumpli, wypowiadał zazwyczaj swój przezabawny pogląd, jakoby sport był bez sensu: zdrowym niepotrzebny, chorym niewskazany.
Bardzo wysoki i naturalnie szczupły, nigdy nie musiał martwić się dietą, generalnie sprawny, więc też jakoś nie przejmował się mocno tą presją ćwiczeń i zdrowego trybu życia. Popijał zatem kolejne piwka i butle coli, odpalał kolejnego papierosa, aż któregoś dnia mu zbrzydło. Że niby przepalił się, palił większość życia i mu wreszcie zbrzydło. Nie pali, cieszy się tym jak dziecko, liczy dni i oszczędzone pieniądze, jest dumny i czuje się wolny.  Poza tym pływa, ćwiczy i biega (dorobił się nawet tym razem tych obciachowych rajtuz). Sprawa jest tyle poważna, co rozwojowa. 

Ja także zawsze działałam zrywami, moje były jednak bardzo liczne, odkąd skończyłam 15 lat nie ustaję bowiem w wysiłkach, by zostać chudym człowiekiem. Niektóre z moich zrywów były nawet całkiem długie oraz stosunkowo skuteczne, kilka razy w życiu zbliżyłam się istotnie do bycia chudym człowiekiem. Jak wszystkie zrywy, niestety i te moje kończyły się i zaprzestawałam ćwiczeń oraz diety, wracałam na kanapę z butlą wina, talerzem serów i papieroskiem.  Mi też już zbrzydło. No, może te papieroski to tak nie do końca, może mnie ciut bardziej ciągnie, ale nie palę. Mi zbrzydła czekolada, ciasteczka, nocne żarcie serów do wina. Nie jem więc, cieszę się z tego jak dziecko, odliczam dni i jestem dumna. Nie czuję się wolna, nie mam przecież pewności, że to nie kolejny zryw. Wprawdzie już dawno przerzuciliśmy się na razowe makarony, ciemne ryże, od zawsze jest u nas mnóstwo kasz, owsianek, warzyw i owoców, ale było też ciasto, słodycze, tosty na kolację, pizza na telefon, wieczorne piwka, winka i do nich przekąski, no i te papierochy.
Teraz jest plan, jest podwójna potrzeba i wielka determinacja, by się ruszyć. Biegać, latać, skakać, pływać. Jest głód witamin i wstręt do niezdrowego. Jest też nowy blender. Od miesiąca miksuję wszystko, co mi wpadnie w ręce. Na śniadanie dla Zośki: jogurt naturalny i owoce (banan/truskawki/gruszki/kiwi/mango, zero cukru). Na obiad kremowe zupy, ale przede wszystkim i najbardziej wciągnęło mnie miksowanie owoców na smoothies – gęste soki/rzadkie przeciery, bezmleczne, bezcukrowe, sycące i pyszne koktaile. Próbowałam już większości dostępnych obecnie lub mrożonych owoców, przedstawiam Wam nasze ulubione.

Owocowe smoothies 
(składniki na 2-3 porcje)

Wszystkie przygotowujemy identycznie – wrzucamy do naczynia obrane i pokrojone owoce, wlewamy wodę i miksujemy, pijemy od razu. 

Zielone

1 avocado
3 dojrzałe kiwi
sok z 1 limonki
1 gruszka do wersji łagodnej lub 1 pomarańcza do cytrusowej
dwie garście świeżego szpinaku
150 ml wody mineralnej
w opcji cytrusowej lub przy kwaśnych kiwi – łyżeczka miodu

Czerwone

250 g mrożonych truskawek
pół świeżego ananasa
1 dojrzała gruszka
100 ml wody mineralnej

Pomarańczowe

1 dojrzałe mango
2 słodkie pomarańcze
1 cytryna
łyżeczka świeżego imbiru, startego na drobnych oczkach
100 ml wody mineralnej

Nie martwcie się, ortodoksji nie przewiduję, wczoraj byliśmy na obiedzie u hindusa, w sobotę piekliśmy pizzę (ale zieloną!). Słodkie przepisy na pewno się tu jeszcze nie raz pojawią, może trochę mniej słodkie, może nieco bardziej zdrowe. Lecz zdrowy kierunek z pewnością da się wyczuć, mam nadzieję, że Wam się to spodoba.
Nie jestem w stanie robić sesji foto każdemu mojemu posiłkowi, nie planuję też podawać Wam przepisów na jogurt z muesli i owocami, więc jeśli chcecie się inspirować na co dzień, przypominam, że jestem na Instagramie.