felietony

(zdechnąć) czekając na potem

Kiedyś ciągle czekałam, wiecie? Na różne rzeczy. Na wiosnę zimą i na słońce, kiedy padało. Czekałam na wypłatę i na wieczory, żeby wreszcie mieć chwilę na siebie. Czekałam na piątek, na urlop i na Święta.  Czekałam aż odrośnie mi grzywka, aż schudnę i na nowe buty. Czekałam na wyprawę do Ikei i na paczki z allegro. Wstrzymywałam oddech, wciskałam pauzę. Czułam, że szczęście czai się tuż za rogiem. Tylko dostanę pracę, tylko się przeprowadzę, tylko zajdę w ciążę, tylko urodzę, jak tylko mi dziecko podrośnie – wtedy już będzie cudownie. A potem znowu je odraczałam, przekładałam na później – to szczęście, co jakoś wciąż mimo pracy, przeprowadzki, ciąży, porodu oraz paczek z allegro jakoś nie chciało przychodzić. Nie tylko większość z tego, na co czekałam, okazywała się rozczarowująca, ale też wciąż pojawiały się nowe powody do wstrzymywania oddechu. Czekałam więc dalej: na podwyżkę, na remont, na prawo jazdy, na drugą ciążę, a potem następny poród, na kolejną wiosnę. Czekałam na powroty męża, bo samej to żyło się jakoś tak na pół gwizdka. Szczęście było tuż za rogiem, zazwyczaj brakowało do niego niewiele. Gdy już, już miało się zdarzyć, kiedy wyciągałam po nie rękę, wtedy – bach, jeszcze nie, jeszcze niech tylko dziecko przestanie płakać, a potem posprzątam, pomaluję paznokcie i wtedy to już na pewno.

Moje szczęście kiedyś wiecznie było jakimś planem, nigdy tym, co miałam. Jakąś lepszą wersją życia, nie tym, co “tu i teraz”.

Nie wiem dokładnie, kiedy ani jak, ale wreszcie zdałam sobie sprawę, że mnóstwo czasu zmarnowałam czekając. Że chyba sporo mnie ominęło, kiedy skupiałam się na tym, czego nie mam. Ilu miejsc i momentów nie doceniłam, bo byłam w nich tylko ciałem? Ilu rzeczy nie zrobiłam, bo odkładałam je ciągle na potem: aż wróci mąż, aż schudnę, aż zrobię prawo jazdy, aż przyjdzie wiosna?  Jak długo wyimaginowane braki zasłaniały mi widok na wszystkie te małe szczęścia, które przytrafiały się po drodze?

Nadal często nie mogę doczekać się różnych rzeczy: powrotu męża, nadejścia wiosny czy choćby paczki z butami. Ale już nie wstrzymuję oddechu, nie odkładam szczęścia na potem. I choć nie zawsze jestem obecna myślami, to zasadniczo umiem być “tu i teraz”. Jeśli wciskam pauzę, to już nie po to, żeby przeczekać teraźniejszość, ale zatrzymać to, co dobre, choć na chwilę. Bo tyle cudownych rzeczy dzieje się w niepogodę. W tyle miejsc można pójść w starych butach i tyle mieć doskonałych momentów low-budget, tuż przed wypłatą. Tyle pięknych zim i chwil fantastycznych mimo nietwarzowej grzywki, nadwagi, deszczu czy ciąży.

Może to dlatego, że dzieci tak szybko rosną. Przychodzi taki moment, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że to “potem” nie może być lepsze. Że teraz albo nigdy. Że można zacząć wreszcie cieszyć się z tych wszystkich drobiazgów, które podsuwa nam życie, albo zdechnąć, czekając na potem.

19265146_10158715790670018_1161799091_n

19478174_10158715794770018_844600297_n

19478176_10158715801525018_440117521_n-tile

19489250_10158715796550018_184457946_n

19489255_10158715793585018_2122605065_n

19489317_10158715792250018_731310476_n

19489329_10158715805060018_1330083743_n

19489338_10158715801700018_279277554_n

19489413_10158715791450018_185517426_n

19489640_10158715800040018_544847540_n

19489679_10158715791125018_963271685_n

19511646_10158715798400018_1780381038_n

19511696_10158715790810018_2094232383_n

19511864_10158715805910018_2118636639_n

19512074_10158715805305018_524626981_n

19512395_10158715806690018_891172791_n

19550987_10158715798740018_883526011_n

19551031_10158715807920018_1406872414_n

19551196_10158715789885018_1936491155_n

19553093_10158715796790018_1641577990_n-tile