inspiracje

wiosenno – letnie hity, marzenia i chciejstwa

Muszę Wam coś wyznać. A w zasadzie to może nawet i dwa wyznania poczynię. Sekret numer jeden jest taki, że w nadchodzącym tygodniu obchodzę urodziny, lat kończę trzydzieści i cztery, tym samym zbliżam się nieubłaganie do wieku, w którym kobiety do niedawna określałam grubiańsko: “stara baba”. No trudno, trzeba to będzie przyjąć z godnością. Niedługo zostanę starą babą i będę musiała jakoś z tym żyć. Poszukiwania godności w wieku dojrzałym przybierają u mnie niestety niebezpieczne formy. Nie, nie zaczęłam się tatuować ani narkotyzować (chociaż to pierwsze dość często mi chodzi po głowie). Nie skręciłam też i w drugą stronę – nie zażywam lecytyny, nie wybieram się też na wczasy do sanatorium. Żyję sobie jak dawniej w zasadzie, może tylko ciut częściej zasypiam w ciuchach na kanapie, ciut rzadziej mam ochotę na wieczorne wyjścia, może odrobinę tylko więcej korektora pod uczy zużywam. Ja natomiast, drogie Panie, nieco innych wyborów konsumenckich dokonuję w obszarze mody i urody. Ściślej mówiąc – ja wiekiem swym, tym nieuchronnie zbliżającym się końcem młodości, tym zmierzchem naturalnej, młodzieńczej aury, uzasadniam rozrzutność.

I tu zbliżamy się do wyznania drugiego. Powiem krótko: sknerzyłam. Mimo iż od zawsze pociąg miałam do ubiorów i mazidełek, z powodu ograniczonych zasobów, a także nabytej skromności, poszukiwałam w przeszłości opcji low budget’owych. Nie dla mnie kolekcjonowanie fikuśnych butów, skórzane torebki, markowe płaszczyki, luksusowe kremy. Wyprzedaże, lumpeksy, aukcje internetowe – królestwo taniości, to był mój żywioł. Uchodziłam swojego czasu za mistrza wykopywania z czeluści internetów gustownych perełek za przysłowiowe trzy grosze. Miałam bowiem nosa do trendów, ale i jednocześnie radar na okazje. Najmodniejsze sandały za trzy dychy – proszę bardzo. Letnie sukienki, wielgachne torbiszcza, stylowe kopertówki, balerinki we wszystkich kolorach tęczy, wszystko poniżej trzech dyszek – voila! Najczęściej nowe, ale i używane, nieważne, liczył się wygląd oraz różnorodność. Nad jedną parę skórzanych butów bardziej ceniłam trzy cuchnące plastikiem, lecz w różnych kolorach, dające wrażenie obfitości oraz możliwość tworzenia wielu zestawów. Nie, żebym dar ten dziś w sobie potępiała, o nie, zwłaszcza, że wiem, że był to wówczas smak konieczności, stawałam bowiem niejednokrotnie w swoim życiu przed wyborem: nowe dżinsy czy rachunek na gaz? Kozaki czy czynsz? Zdarzało mi się wybierać to pierwsze, nie przeczę, lecz zazwyczaj jednak i tak po taniości.

Co w tym złego? Ano nic, z wyjątkiem tego, że najmodniejsze sandały za trzy dychy rozpadały się w połowie wakacji, uprzednio zamieniwszy moje stopy w krwawą miazgę. Że ekobaleriny po kilku wilgotnych użyciach cuchnęły tak, że nie mogłam ich więcej założyć, a stylowe torby gubiły sprzączki, paski, odrapywały się ze swych sztucznych skórek, nadając się po kilku tygodniach na śmietnik. O, tak, wtopiłam, wielokrotnie. Fortunę wydałam łącznie na wszystkie te tanie okazje. Smarowałam się kremami po pięć złotych, podkładami po dychu – młoda byłam, to mogłam, pewnie nawet i gdybym się oliwą smarowała, wyglądałabym ok, młodość to jest młodość jednak, nie potrzebuje wiele. I nie, nie jest to opowieść o mojej wewnętrznej przemianie w kobietę luksusową pod wpływem blogowego high life’u oraz szerokiego strumienia kasy i darów losu, płynących od sponsorów. Po pierwsze dlatego, że nie uprawiam high life’u, a strumień ostatnio widziałam w górach, ale przede wszystkim dlatego, że daleko mi do kobiety luksusowej. Znacznie bliżej jest już wspomniana stara baba, a ta jest już trochę zmęczona, z lekka pomarszczona, nieco bardziej dzieciata, a zatem – bardziej wymagająca.

Moje zainteresowania konsumenckie skręcają od jakiegoś czasu coraz mocniej w bardziej kosztowne rewiry, nie tyle z zepsucia, co z wygody. Z wygody noszenia rzeczy, które nie sprawiają mi bólu, w których mogę kroczyć swobodnie nie kulejąc, nie pocąc się, nie przeklinając w duchu. Z komfortu rzadszego kupowania i dłuższego użytkowania. Rację przyzna mi każdy, kto choć raz umościł cycki w cudownie wyprofilowanych miseczkach eleganckiego, przylegającego do mostka stanika od brafiterki (takiego z tych, za które można rodzinę wyżywić przez pół miesiąca, a przed którymi każda gospodarna pani domu broniła się latami do czasu, kiedy biust zaczął zasłaniać jej pępek). Zrozumie ten, kto w przypływie optymizmu gospodarczego szarpnął się na kosztowny podkład i odkrył, że można mieć gładką, jednolitą cerę przez cały dzień, zamiast w południe zbierać resztki makijażu z brody. Wreszcie – każdy, kto jak ja cierpiał niewygody w butach ze sztucznych tworzyw, krwawił i pocił się w nich, aż wreszcie kupił sobie takie z mięciutkiej skórki i nie mógł uwierzyć, że droga do pracy może być tak przyjemna. Jakoś krótko po trzydziestce poczułam, że dość mam spódnic kurczących się po pierwszym praniu, które z fasonu maksi po jednym cyklu były do pół łydki, japonek, z których pasek wypadał w najbardziej niestosownym momencie (jak podczas biegu z siatami do autobusu – true story), gryzących sweterków i innych pseudooszczędności.

A poza tym – umówmy się – starobabieństwo rządzi się innymi prawami, z wiekiem coraz trudniej zrobić wrażenie samym swoim ciałem, świeżością spojrzenia, urokiem osobistym, właściwym młodzieży. Niewiele luksusowych doświadczeń mam na kocie, zdarzyły mi się jednak drobne grzeszki i niestety, ale z tej ścieżki ciężko będzie wrócić do dawnych przyzwyczajeń. Pociąg mam coraz silniejszy do ekstrawaganckiego, lecz jednocześnie wygodnego obuwia, dobrych tkanin, kosmetyków z wyższych półek. Dziś wolę zaczekać, odłożyć, sprzedać coś starego i kupić jedną solidną rzecz. Dziś, zamiast miliona drobiazgów, wolę dostać na urodziny jeden, wymarzony ciuch czy kosmetyk. Dość mam zagracania chałupy, wypełniania szaf toną rzeczy, z których większości coś dolega, ale szkoda wyrzucić, bo przecież są prawie nowe, nie chcę już łazienki wypchanej kosmetykami, z których żaden mi nie odpowiada, ale trzymam, bo co zrobić. Gust mam już ustabilizowany, moje fascynacje i tęsknoty są już dosyć trwałe. Podzielę się dziś z Wami moimi odkryciami, rzeczami, o których marzę i tymi, które już mam, i wiem, że warto było za nie zapłacić.

uro1

1 – zegarek Komono Estelle pastel rose – PanPablo

2 – buty skórzane Anniel stars – Kafkakoncept

Chodziły za mną już jakieś dwa – trzy lata, szukałam ich w zagranicznych sklepach, ale nigdy jakoś nie skusiłam się, żeby je zamówić. Za drogie – same buty i jeszcze ta przesyłka. Dojrzewałam do tego wydatku bardzo długo, dopiero, kiedy czułam, że to pewne uczucie i pojawił się zastrzyk gotówki, skusiłam się…i nie żałuję! Co za wygoda, jaka lekkość, to wykonanie! No i szał, niewątpliwie, taka ze mnie glamour-babka jak z przysłowiowej koziej dupy trąba, to chociaż obuwie mam ekstrawaganckie do tych moich dziurawych dżinsów 😉

3 – spódnica Numero 74 pudrowa – Miss Lemonade

Moja choroba na nią trwa od ubiegłego lata, nie udało mi się jeszcze upolować w wymarzonym kolorze, ale mam tunikę tej marki i wiem, co to za materiał – lekki, przewiewny, naturalnie wygnieciony, no i pachnie! Mogłabym mieć wszystkie rzeczy z Numero, podoba mi się absolutnie każda, kupuję ten styl niechlujnej sukmany jak mało co.

4 – Chloe Love Story woda toaletowa – Sephora

5 – chusta muślinowa Wayda Toulouse  – Cocoshki

Mam jedną i jest przecudowna – miękka, puszysta, pięknie się układa, marzę o innych kolorach do kolekcji. Ma je też w swojej ofercie Amazing Decor.

6 – mleczko do ciała Ideal Body – Vichy

Mam na nie chrapkę, odkąd pierwszy raz użyłam kremu do twarzy Idealia – dostałam go kilkukrotnie na różne okazje i absolutnie uwielbiam. Używałam też kiedyś innego balsamu tej marki i był to najlepszy i najcudowniej pachnący kosmetyk do ciała ever!

7 – spódnica Tutu Mist By The Moon – Mouse House

8 – bransoletka z kamieni księżycowych – Mokobelle

9 – półbuty skórzane Indian Summer w kolorze rosa – Mrugała

Buty Mrugała to moja miłość, od kiedy zaczęły je nosić moje dziewczyny. Nie udało mi się dotychczas załapać na damskie (bardzo krótkie serie) i bardzo tego żałuję, widzę, jak świetnie noszą się te dziecięce, jak solidne i trwałe są, jaką mają wybitną wzuwalność i jak wygodnie im się w nich biega.

 

uro22

1 – półbuty brokatowe Anniel Indian Soft – Kafkakoncept

2 – sandały Birkenstock Yara – Sarenza

Birkenami zachwycałam się już w zeszłe wakacje, są naprawdę ultrawygodne. Choć w tym sezonie będę donaszać ubiegłoroczne, marzę o kolejnej parze w nieco innym fasonie. Jeszcze liczę na wyprzedaże (albo jakiś strumień ;)).

3 – żel do brwi Gimme Brow Benefit – Sephora

4 – długotrwały podkład w płynie Estee Lauder Double Wear – ekobieca.pl

Cudo! Musiał swoje odczekać w łazience, aż się nieco opalę, wybrałam niestety zbyt ciemny odcień. No i teraz mogę go wreszcie ocenić – niewiarygodne, co robi z twarzą, wszystkie niedoskonałości znikają pod nim momentalnie jak wycierane gumką, i efekt ten utrzymuje się kilka godzin. Bardzo wydajny, zdecydowanie wart swojej ceny.

5 – puder brązujący Beach Bunny Bronzer Too Faced – Sephora

6 – paleta cieni do powiek Naked 3 Urban Decay – Sephora

7 – sandały Salt Water Tan – Mofflo

 

uro3

1 – japonki Havaianas slim steel grey – PanPablo

2 – krem przeciw oznakom starzenia Lancome Genifique – Sephora

3 – sukienka Nobonu Bontone w kolorze charcoal – Amazing Decor

4 – odżywczy krem do rąk Meraki – zpotrzebypiekna.pl

5 – sukienka Mia Numero 74 – MissLemonade

6 – tenisówki Bensimon grey – Amazing Decor

Najwygodniejsze, jakie kiedykolwiek miałam, zero obtarć, świetnie się noszą. To moja druga para, te kupione ubiegłego lata wciąż są w dobrym stanie, na te wakacje dobrałam sobie inne – wsuwane zamiast sznurowanych.

7 – Clinique Even Better, krem redukujący przebarwienia – Sephora

8 – buty Maruti Gimlet Frog – Mofflo

Moja pierwsza ekstrawagancja obuwnicza, wymarzone trzewiki włóczykija z futrzastej, nakrapianej skóry. Długo biłam się z myślami, oblazłam całe miasto w poszukiwaniu tańszych butów na wiosnę, ale nic mi się nie podobało, tylko one. No i to była miłość od pierwszego włożenia, niesamowita wygoda, szaleję za nimi po prostu.