felietony

wielka strata

Ironicznie bywa nazywane odpieluszkowym zapaleniem mózgu, ja wolę o nim mówić – macierzyństwo totalne. Czyli takie, kiedy wraz z narodzinami matki umiera kochanka, żona, przyjaciółka czy córka. Już nie księgowa, urzędniczka, fryzjerka – od teraz już tylko opiekunka, karmicielka, strażniczka domowego ogniska. Wszystkie inne role społeczne i zawodowe odchodzą na dalszy plan, bo dziecko. Znika dla świata, oddaje się jedynej, słusznej sprawie.

Dziś o niej, ku przestrodze.

POSKŁADAĆ UKŁADANKĘ

Tworzenie nowej tożsamości po urodzeniu dziecka to skomplikowany proces. Trzeba poskładać siebie na nowo, jak układankę, w której pojawia się nagle za dużo kawałków i, mimo wysiłków, nie dają się wszystkie upchnąć, brakuje miejsca po prostu. Nie sposób tej nowej roli włożyć od razu do odpowiedniej szufladki, obok tej z napisem “członkini wspólnoty mieszkaniowej” czy “właścicielka ogródka działkowego” i żyć spokojnie dalej. Macierzyństwo to nie funkcja skarbnika w klasowej trójce. Ono wdziera się do życia z siłą wodospadu i wywraca wszystko do góry nogami. Jest jak uzurpator w walce o władzę nad pozostałymi życiowymi funkcjami. Przychodzi i odbiera: rozum, czas, zainteresowania. Zgarnia wszystko, co masz w głowie i w sercu ewolucyjnie wypracowaną, skuteczną strategią zalania człowieka hormonami od stóp do głów. Mało kto potrafi się temu oprzeć w pierwszych miesiącach życia dziecka. I nie wiem, czy powinien w zasadzie, bo to ciekawe doświadczenie – takie życie w świecie skurczonym do rozmiarów noworodka, w miłosnym zaczadzeniu, nieporównywalnym do innych, tak wszechogarniającym, że człowiek jest jak na haju. Niewiele mamy w życiu możliwości wciskania pauzy. Kiedy, jak nie po porodzie, można zatrzymać świat na chwilę i mieć w nosie wszystko oprócz tego ciepłego zawiniątka? Kiedy jednak zawiniątku zaczyna sypać się wąs, a świat kobiety nadal jest skurczony do rozmiarów jednego człowieka, wtedy należy zacząć się martwić.

RYZYKOWNA INWESTYCJA

Kiedyś nie cierpiałam staruszek, wiecie? Nie rozumiałam, czemu starsi panowie często są tacy łagodni i rozczulający, z tymi swoimi zamglonymi oczami i dłońmi upstrzonymi brązowymi plamkami. Oni tacy mili, uśmiechnięci, a starsze kobiety takie zgorzkniałe. Sfrustrowane, rozmarudzone, moralizatorskie. Już dawno zauważyłam tę dysproporcję – podczas gdy dziadki zaczepiały życzliwie w autobusie, babcie ciskały gromy, rzucały złowrogie spojrzenia. Pozytywne staruszki to rzadki widok i ja długo tego nie rozumiałam. Wiecie, co dziś o tym myślę? Że te kobiety miały totalnie przesrane w życiu. Harowały jak woły w domu i w pracy. W pokoleniu naszych dziadków niewielu było facetów, którzy potrafili gotować, zajmowali się dziećmi czy zhańbili swoje męskie dłonie myciem naczyń. To właśnie to pokolenie kobiet siłą powojennej propagandy ruszyło do fabryk i na traktory, ku chwale ojczyzny rodziło dzieci, a potem ogarniało samodzielnie cały ten bajzel.  I co z tego mają? Głodową emeryturę i samotność. To i tak więcej niż te, które całe życie poświęciły zajmowaniu się domem – one nie mają nawet głodowej emerytury. Nie mają przyjaciół, zainteresowań, doświadczeń, osiągnięć czy wspomnień innych niż cztery ściany, gary i stosy prania. Są stare, schorowane i smutne, a nagrody za poświęcenie najlepszych lat życia jakoś nie widać. Niektóre mogą liczyć na odwiedziny dzieci i wnuków, podwózkę do lekarza czy nowy telewizor. Inne nie mają tego szczęścia, ich życie dobiega końca w poczuciu niesprawiedliwości i porażki. Dzieci to ryzykowna inwestycja.

CZY WARTO?

Wiem, że nie uwierzysz w to teraz, patrząc w szczere oczy swojego Krzysia, Antosia czy Basi. To ufne spojrzenie nie wygląda, jakby mogło ci to kiedyś zrobić. Nie mieści ci się w głowie, że kiedyś może wypiąć się na ciebie to twoje cudo, któremu wszystko oddałaś. I ja ci z całego serca życzę, żeby tak nie było, ale pytam mimo wszystko: czy warto?

Czy warto rezygnować na wiele lat z pracy, nawet kiedy jedna pensja wystarcza? Czy nie lepiej na pół etatu, z domu albo jakoś inaczej – elastycznie, po swojemu? Czy warto zatrzymywać swój rozwój na dłużej niż ten macierzyński i nie szukać nowych kierunków rozwoju? Czy warto życie towarzyskie ograniczyć do pobliskiej piaskownicy? Czy warto odciąć się od świata i ulokować całą swoją energię w jednej aktywności?

Czy warto zamienić małżeńskie łóżko na spanie z dzieckiem aż do zerówki? Oddać namiętność i bliskość dla tych paru lat trudnej do zakończenia symbiozy? Czy warto skupiać się tak na każdej kupie, minie i beknięciu, żeby nie dostrzegać czyichś zmartwień, potrzeb, czyjejś samotności? Czy warto stracić kochanka, przyjaciela, partnera, może już bezpowrotnie? To dla mnie największy paradoks rodzicielstwa, gdy widzę, jak jak dwoje ludzi zostaje pożartych przez owoc własnej miłości. Nie dosłownie – to nie owoce chcą pożreć małżeństwa, dzieci chcą mieć przecież szczęśliwych rodziców. To niestety my, kobiety mamy skłonność do zatracania się w tej roli. To nam częściej ta miłość zdaje się wystarczać za wszystkie inne. Widuję takie matki, które już nie trzymają swoich facetów za ręce, mają je tylko dla dzieci. Ich usta ograniczyły się do jedynie macierzyńskich buziaków. Ciała potrafią dać miłość, lecz już tylko tę opiekuńczą.

Ach, te ciała…to cały wielki, osobny temat. Choć po porodzie służą głównie karmieniu i tuleniu, choć nie wyglądają tak samo jak dawniej, wierzę, że nie powinny być tylko dla dzieci. Nie warto odbierać im innych funkcji, niech będą też dla nas. Niech dają radość z czerwonych paznokci, tatuaży, błyszczących włosów i szalonych seksów. Relacja z własnym ciałem bywa skomplikowana, czasem trudno swoje piersi traktować inaczej niż dające mleko wymiona. Czasem ciężko kręcić zalotnie biodrami, kiedy człowiek czuje się jak inkubator. Brakuje czasu na te paznokcie, maseczki i fryzury, brakuje sił na amory, a za dwulatkiem wygodniej gania się z barchanach niż w koronkach. Ale czy nie warto powalczyć o siebie, żeby oprócz matki zobaczyć też w lustrze zadbaną kobietę, żeby poczuć się czasem ognistą kochanką?

Czy nie warto zrobić miejsca – w sercu i w głowie – dla innych osób i spraw?

BYĆ WSZYSTKIM PO TROCHU

Ja wiem, że nikt nam nie wróci tych pierwszych lat życia dziecka. Tyle jest wtedy wzruszeń, kroków rozwojowych, tyle cudownych wspomnień, że chciałoby się skupić na nich, żeby nic nie przegapić. Ale nikt też nie wróci czasu, odebranego innym sprawom. Nie da się po dziesięciu latach zadzwonić do osoby, która była kiedyś twoją przyjaciółką i zostać nią od nowa, mimo, że przez dekadę nie interesowałaś się, co u niej. Złamane małżeństwa ciężko posklejać do kupy, kiedy drugi człowiek jest już tylko kolesiem, z którym mieszkasz. A kiedy ZUS przeliczy ci emeryturę, nie da się cofnąć czasu i załatać tej dziury w zawodowym życiorysie, która sprawia, że nie masz za co wykupić leków.

Długo buntowałam się przeciwko temu uczuciu, że teraz muszę być wszystkim. Nienawidziłam tej presji, która sprawiała, że wciąż byłam w rozkroku. Nie chcąc rezygnować z rozwoju, kariery, dobrego wyglądu, rozrywek i ogólnej życiowej aktywności, zakręciłam się kiedyś dość mocno i dostałam zadyszki. Dziś wiem, że nie muszę być wszystkim i że nie będę idealna w żadnej z tych ról. Wiem, że jedyne, co możemy zrobić, żeby żyć pełnią życia i nie zwariować, to być wszystkim po trochu.

KOBIETA, ŻONA, OBYWATELKA

Dziś czasem nadal bywam w rozkroku, za rzadko dzwonię do przyjaciółki, nie jestem perfekcyjnie zadbaną, idealną żoną ani duszą towarzystwa. Czasem proza, codzienna orka, stres oraz dres. Ale walczę o swoje marzenia, a w szufladzie mam kilka par koronkowych majtek. Czasem chodzę na koncerty, maluję paznokcie i, choć to trudne, zdarza mi się uciekać od macierzyństwa, żeby nie zapomnieć, kim jeszcze jestem. Ostatnio nawiewam wieczorami – pakuję dzieci do łóżek, a do torebki świecę, zamykam za sobą drzwi i jadę być kimś innym niż matką. Gdy stoję z flagą pod budynkiem sądu, nie myślę o dzieciach. Nie martwię się o pranie, którego nie zrobię, ani o czystość łazienki wystawioną przez moje wyjście na szwank. Choć myśl o przyszłości moich dzieci z pewnością jest dużym motywatorem, to nie stoję tam jako matka, ale – nomen omen – Polka. Jestem kobietą, matką, żoną i obywatelką. I serio, nie wiem, czy w dobrej kolejności wymieniłam te określenia, ale przynajmniej czuję, że jestem tym wszystkim po trochu. Żongluję tożsamościami niczym wytrawny kuglarz.

Dziewczyny – niech dzieci nie przysłaniają nam świata, kiedy ten nas potrzebuje. Macierzyństwo totalne to wielka strata dla mężów, przyjaciółek, zakładów pracy, dla ludzkości.

To wielka strata dla matek totalnych.