felietony

tradycyjna rodzina i obiad nasz powszedni

Podkradłam szwagierce pomysł na obiad prosty i sycący, taki, co to się go w piętnaście minut robi i wszystkim smakuje. Genialne – myślę sobie! Wrzucę na bloga, to się kobitki ucieszą. Wiem, że lubicie takie przepisy, co ułatwiają życie. Widziałam już oczami wyobraźni, jak smażycie te moje kotleciki po pracy, już czytałam te komentarze, że super, bo z mięsem, to i mąż zje i nie będzie narzekał, że jakieś placki postne. I wtedy złapałam się za głowę. Bo jak myślę o kobietach, które dwoją się i troją, jak ogarnąć życie, żeby wyjść z pracy jak najszybciej, poodbierać dzieciaki i jeszcze rodzinie o jakiejś sensownej porze ciepły obiad wydać, to mi się robi gorąco. Zawsze było mi słabo, jak sobie myślałam, co też ja wespół z milionami innych kobiet popołudniami za wygibasy wyprawiam, ale ostatnio to już skojarzenia mam najgorsze.

Ciepły posiłek dla pana

Głośno się bowiem zrobiło o oczekiwaniach pewnego męża, który swoją wizję tradycyjnej rodziny lubił egzekwować twardą ręką. Jego donośne i wulgarne “wołanie o miłość” usłyszała ostatnio cała Polska. Do czego to doszło, żeby człowiek musiał się do takich czynów uciekać, żeby dostać to, co mu się należy jak psu buda? Chłop zarabiał, to chyba miał prawo oczekiwać, że żona poda mu ciepły posiłek o wyznaczonej porze, że posprząta i wypierze. A potem umyje się, rozbierze, uśmiechnie zalotnie i “będzie do jego dyspozycji”. Kobieta najwyraźniej reprezentowała inny nurt myślenia o rodzinie, nie potrafiła sprostać tym – jak oczywistym przecież w XXI wieku – oczekiwaniom, do tego stopnia, że trzeba było jej przygotować harmonogram. Ale i to na nic, przez lata nie potrafiła nauczyć się delikatnego budzenia męża i punktualnych powrotów z pracy. Nie opanowała sztuki wczesnego kładzenia dzieci do łóżek i przemiany w kurtyzanę, punkt 21-wsza, niczym Kopciuszek. Lata tresury nic nie pomogły: oporna małżonka wciąż na pierwszym miejscu stawiała pracę i fitness. Śmiała mieć potrzeby inne niż te mężowskie. Wieczorami, zamiast rozkładać nogi przed panem i władcą, wolała wyciągać laptopa i pracować, w głowie się babie poprzewracało. Jak nic ofiara indoktrynacji groźną “ideologią gender”.

No i te obiady nieszczęsne! No nie lubiła gotować, a za to w tradycyjnych rodzinach należy się wpierdol. No i co z tego, sławny radny przecież tylko “wołał o miłość”, jedyną pewnie, jaką znał z domu – wyrażaną schabowym o siedemnastej, wyprasowanymi koszulami i potulnym dawaniem dupy. On przecież tylko chciał wychować prawdziwą chrześcijankę, w jedyny zapewne sposób, jaki znał z domu – pięścią i bluzgiem. Chciał tylko pokazać jej, jak powinna funkcjonować “tradycyjna rodzina”, jedyna prawdopodobnie, jakiej doświadczył – z niekwestionowanym przywództwem męża i żoną w charakterze bezwolnej służącej.

Bo tak się utarło

Żeby mogły rozwinąć się takie patologie, potrzebny jest grunt, na którym wyrosną. Tak zwany klimat umysłowy – w tym przypadku przede wszystkim jakaś wypaczona i chora definicja “tradycji”. Założenie o wyższości mężczyzny nad kobietą oraz że mąż ma prawo przydzielać swojej żonie obowiązki, tworzyć harmonogramy i oczekiwać, że ta nie będzie mieć żadnych ambicji i zainteresowań, innych niż wydanie ciepłego posiłku o wyznaczonej godzinie. I choć mam głęboką nadzieję, że sceny jak w opisywanej rodzinie to jednak margines, to wiem, że wiele z nas tkwi wciąż w niewoli codziennej, samotnej serii obowiązków. Bo jakoś tak “utarło się”, że to kobieta ma dwa etaty, a mężczyzna tylko jeden, bo lepiej opłacany. Czasem wkręcamy się w ten kierat bezwiednie, siłą rozpędu, bezrefleksyjnym odtwarzaniem ról. Ale pewnie wiele kobiet zasuwa, bo musi. Bo szanowny małżonek oczekuje, wymaga, nawraca. Nawet jeśli nie poniża przy tym i nie egzekwuje powinności podduszaniem, to “tak się utarło”, że ten obiad być musi i oczywiste dla wszystkich jest, kto go zrobi. Taki posiłek staje się wtedy przeciwieństwem tego, czym być powinien – wyrazem troski, zanurzeniem się w przytulną domowość, rodzinnym spotkaniem. “Utarło się”, że to ona wszystko potrafi, a on ma dwie lewe ręce. Że to natura predysponowała nas do prac domowych, a ich – do celów wyższych. Do czego, ja się pytam? Do łuskania fasoli – być może, kwestia drobnych dłoni, ale do klepania kotletów, wstawiania prania, do odkurzacza jesteśmy anatomicznie lepiej przystosowane? Ten naturalistyczny, pseudochrześcijański bełkot tworzy atmosferę, która hoduje wszystkich tych chorych Piaseckich, z ich niczym nieuzasadnionym poczuciem wyższości, z ich brakiem szacunku do kobiet, z ich prymitywną męskością.

Tradycyjna rodzina? Nie, dziękuję.

Dziękuję bardzo za ten przywilej bycia ozdobą domu, usłużną i miłą. Dziękuję za święty obowiązek w postaci codziennych dwudaniowych obiadów z kompotem, za pranie, prasowanie i “bycie do dyspozycji”. Posiłki to u nas raczej swobodne i egalitarne przedsięwzięcie, wykonywane o różnych porach, przez osoby płci obojga, razem lub osobno. Nie po to bowiem przyszłam na ten świat, żeby ktoś miał czyste gacie, wyprasowane koszule i zupę na stole. Mam prawo do szczęścia, spełnienia, zainteresowań i odpoczynku. Ja i każda inna kobieta, z panią Piasecką włącznie. Mam obowiązki, jak każdy dorosły człowiek. I mam męża, z którym je dzielę.

“Ale masz dobrze, że on Ci podłogę myje” – wyrwało się ostatnio mojej znajomej i już kiedy kończyła to zdanie, wiedziała, co palnęła, bo to bardzo mądra dziewczyna jest. Tak jej się powiedziało tylko, bo nawet bardzo mądrym dziewczynom się tak czasem zdarza powiedzieć. I choć ona dobrze wie, że ta podłoga jest nasza, tak samo jego, jak i moja, i mimo, że ma dwa fakultety, to jej się to wymknęło. Tak głęboko to siedzi w naszych głowach, nawet tych najinteligentniejszych.

Dziewczyny, nie dajcie się. Nie mówię – poniżać i bić nawet, bo to oczywiste. Ale nie dajcie sobie wmówić, że to tylko wasza działka, wasza podłoga i wasza sprawa. Edukujcie tych dziadów swoich, każdego dnia, bo bardzo możliwe, że z domów wynieśli inne wzorce. I choć to może się wydawać wielu nieprawdopodobne – od tego się zaczyna. Od tego założenia, że jesteście po to, żeby obsługiwać i zasuwać za dwoje. Dziś czekanie za obiad, jutro harmonogram. Dziś foch, jutro cios.

A pan, panie Piasecki, gotuj se sam. Sam się budź delikatnie, choć w sumie to mam nadzieję, że do końca życia będziesz się budził gwałtownie, mokry jak szczur i sam jak palec. I wszyscy inni Piaseccy tego świata – życzę Wam, żebyście się podławili tymi schabowymi, punkt siedemnasta, co do jednego.

(A pozostałych zapraszam po przepis na chrupiące kotlety z indyka z serem i warzywami, co to je można sobie o dowolnych porach szybko i sprawnie szykować – po pracy albo w weekendy, błyskawicznie i bezproblemowo, egalitarnie, nieortodoksyjnie, w tych bardziej i mniej tradycyjnych rodzinach. Serwować można komu się chce w zasadzie. Zupełnie nietradycyjni konkubenci, partnerzy i kochankowie też się ucieszą, może nawet bardziej.)

kotlety z indyka z warzywami

chrupiące kotleciki

pomysł na szybki obiad

szybki obiad

9

kotleciki dla dzieci

co na obiad

kotlety z warzywami

kotlety z indyka

Szybkie kotlety z indyka z warzywami i serem

Przygotowanie takiego obiadu zajmuje około kwadransa, nie trzeba do niego łuskać fasoli, zatem z jego wykonaniem poradzi sobie każda (umiarkowanie) dorosła osoba płci dowolnej. Wierzę, że jest to propozycja, która ma potencjał uszczęśliwiania całych rodzin – to mięso i warzywa w jednym, szybkim, tanim daniu. Nie jest to wariant z drobiem zanurzonym w cieście naleśnikowym – zlepiaczy jest tu tylko tyle, by skleić składniki ze sobą, bazą jest mięso, a smak jest bardziej kotletowy niż plackowy. Tak przygotowane kotleciki są chrupiące z zewnątrz, w środku znajdziecie soczyste kawałki indyka, ciągnący ser i ulubione dodatki. Poznałam je w przepysznej wersji z papryką i cebulką, przetestowałam też własne – z pieczarkami i dymką, z porem i zielonym groszkiem. Świetnie pasuje tu wszystko, co jest niezbyt wodniste i daje się kroić w małe kawałeczki – będę próbować dodawać do nich świeży szpinak, cukinię i brokuły, warto pewnie poeksperymentować także z serami albo jakimś jogurtowym dipem. Można podać z ryżem, kaszą czy tak jak u nas – z samymi warzywami – gotowanymi, sałatą lub surówką.

Składniki:

(na ok. 15 sztuk)

  • 600 g filetu z indyka (może być też kurczak, ale ja się go już boję, używam indyka)
  • 50 g sera żółtego
  • 2 jajka
  • 2 łyżki mąki
  • 2-3 łyżki mleka
  • sól, pieprz
  • dowolne warzywa, surowe, drobno posiekane: u nas wariant 1: pieczarki (kilka sztuk, 6-7 powiedzmy) i dymka, wariant 2: kawałek zielonej części pora i garść mrożonego groszku, wariant 3: czerwona i żółta papryka + cebula
  • masło klarowane do smażenia

Przygotowanie:

  • mięso opłukać i pokroić w kostkę (ok. 2 cm – nie za grubo, ale też nie ma być to sieczka)
  • oprószyć solą, pieprzem, dodać rozbełtane jajka, mleko i mąkę, wymieszać
  • ser zetrzeć na tarce, dodać do mięsa, wymieszać
  • dodać drobno posiekane pieczarki z dymką lub inne warzywa (na tym etapie można podzielić mięso z dodatkami na dwie części i przygotować różne warianty kotletów)
  • rozgrzać patelnię, rozpuścić masło klarowane lub olej i wykładać porcje mięsa z dodatkami łyżką, rozpłaszczając je lekko, formując kształt placka
  • smażyć na złoto z obu stron (raczej na sporym gazie, żeby były chrupiące, ale bez przesady – to musi chwilę zająć, żeby mięso nie było surowe)