codzienność

tkanka miejska

Jestem mieszczuch. Przy całej mojej sympatii dla plenerów i wiosek, muszę przyznać, że jednak najlepiej się czuję w urbanistycznym ładzie. Nie mylić z nieładem rzecz jasna i tu zaczyna się mój problem z Gdańskiem, miastem pociętym i poszatkowanym brutalnie przelotówkami, w którym wyspy handlu i usług wyrastają spomiędzy martwych ulic. Miastem z historycznym centrum, które wyrasta pośród miejskiej sieci ulic i estakad jak skansen otoczony asfaltem i betonem. Mimo pewnych przemian wciąż bardziej przypominającym cepelię niż tętniące życiem serce metropolii. Ono ledwo bije niestety, odizolowane od reszty miasta, muzealne takie.

A ja tęsknię do sieci ulic ze zwartą zabudową, wypełnionych sklepikami i knajpkami, takich jakie ma Berlin czy Paryż. Takich, jakie ma Wrocław, Warszawa czy tuż za miedzą Gdynia nawet, a w Gdańsku nie uświadczysz praktycznie. Mieszkam w dzielnicy bloków, choć zielonej i przyjaznej, to jednak pozbawionej kawiarni, urokliwych uliczek, tej tkanki miejskiej stworzonej z kamienic, w których na dole usługi, a na górze mieszkania. Żyję tu, bo muszę, lecz marzę, by się wyrwać tam, gdzie w sobotę można w kamienicy obok zjeść śniadanie na chodniku albo wziąć kawę na wynos i przejść się do pobliskiego parku, witając się po drodze z zaprzyjaźnionymi sklepikarzami. To jest taka jakość życia w mieście, jaką poznaliśmy w Londynie i Kopenhadze, a jakiej brakuje nam w Gdańsku, mieście galerii, zamiast ulic handlowych. Szczęśliwie rewitalizują się u nas powoli pewne fragmenty starszych dzielnic, dając nadzieję na choćby kwartały tętniące życiem z handlem i gastronomią alternatywną dla tej galeryjnej.

Jesteśmy u progu życiowych decyzji o zmianie mieszkania, nie wiemy jeszcze kiedy, za co, ani dokąd, ale czujemy, że nam ciasno i dojrzeliśmy do tego, żeby wejść w kolejny etap życia. Oferty deweloperów kuszą nowoczesnymi rozwiązaniami, tarasami na dachu i zapachem nowości, odstraszając jednocześnie otoczeniem. Kamienice przyciągają wizją tych weekendów między kawiarniami a parkiem, lecz straszą ogrzewaniem gazowym, kapitalnymi remontami i zasikanymi klatkami. Przyglądamy Ci się, Gdańsku. Wnikliwie. Rozglądamy się wokół i szukamy, czy masz gdzieś dla nas, mieszczuchów z krwi i kości, idealne miejsce do życia.

5

 

2

8

7

13

10

15

11

22

28

16

24

23

42

36

41

33

34

40

30

43

38

20

21

18

Nasze plecy okazały się tak fotogeniczne, że do współpracy zaprosiła nas kolejna plecakowa marka – kultowy szwedzki Fjallraven, producent rodziny Kanken, w kooperatywie z którym powstał ten wpis. Nasze plecaki to:

Zosia: Kanken Classic – Frost Green

tata: Kanken Big – Forest Green

ja: Kanken Laptop – Pink (tu: Classic w moim kolorze nr 312)