podróże

tak bardzo warto

Przestępowanie progu mieszkania po najkrótszym choćby urlopie to dla mnie zwykle chwile największej ambiwalencji. Stoi człowiek z tymi walizkami i niby trochę ulga po ośmiu godzinach odpowiadania na pytanie “kiedy będziemy?”, ale jednak serce rwie się do ucieczki. Rzuciłoby się te siaty, te nieubrane ani razu kurtki i kalosze, niedojedzone, zmaltretowane kanapki i uciekło do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych. W niepozornej scenerii zawalonego butami i plecakami przedpokoju rozgrywa się prawdziwy konflikt tragiczny głównego bohatera. Cieszyć się na myśl o własnej wannie, czy wyć nad stertą brudnych łachów, co to wiadomo o niej, że topnieć będzie przez kolejny tydzień? Radować się na widok – jakby nie patrzeć – najdroższego miejsca na świecie, czy tęsknić do wszystkich innych miejsc?

Umówmy się – powroty to jednak najsłabszy punkt programu. Niepozorne polskie przedpokoje w ostatnich dniach długich weekendów są tłem tysięcy niemych jęków. Wiele matek i ojców, wielu mężów i tysiące żon zapewne stało w identycznym rozkroku i nie wiedziało – śmiać się czy płakać. Uwalić się z ulgą do własnego łóżka czy ronić łzy nad urlopem, który jak zwykle skończył się szybciej, niż się zaczął?

Mimo że te tak zwane “powroty do rzeczywistości” (tak jakby się, wyjeżdżając, poza nią wykraczało) bywają twardym lądowaniem, to jednak nie da się ukryć, że podróże to najlepsze, co można zrobić z czasem  i pieniędzmi.

Jakkolwiek by nie bolało na widok sąsiedniego bloku po tygodniu gapienia się na góry, warto choć na chwilę zmienić perspektywę. Zamienić północ na południe, Bałtyk na Pieniny, miasto na wieś. Tak bardzo warto uwalić się całą bandą w trawie i chichotać do bólu brzucha. Iść przed siebie, z wiatrem we włosach i w nosie mieć, co ten czyni z fryzurą. Zamienić się w dresiarę na całe siedem dni. Pozwalać dzieciom jeść lody pod korek i brudzić się do woli. Biegać, latać, skakać, pływać, grzebać patykiem w wodzie i zbierać kamyki. Nosić je na barana, bo tak jest nam dobrze. Spłynąć Dunajcem i zachwycić się widokiem. Przejechać dwadzieścia pięć kilometrów na rowerach i spocić się jak świnia. Oddychać pełną piersią. Wzruszyć się zachodem słońca. Zdmuchnąć wszystkie dmuchawce na łące. Rozczulać się widokiem czworga pięknych dzieci, które bawią się jak najlepsi kumple mimo że widzą się dwa razy do roku. A kiedy już zasną, wypić dużo wina z przyjaciółką i tańczyć z nią w kuchni do hitów sprzed piętnastu lat.

Tak bardzo warto.