dzieciaki

szczerozłota

Jest tylko jeden człowiek na świecie, który gdy mnie budzi, widzi mój uśmiech, zawsze. (Pozostali tyle szczęścia nie mają i najczęściej na dzień dobry otrzymują złowrogie burknięcie.) Ten człowiek ma na imię Hanna, ma pięć miesięcy, dwa zęby i zakochaną matkę.


Zaczynam dzień jej cudownym śpiewem u boku – koncertem gugania tak śmiesznego i rozkosznego, że nawet po nieprzespanej nocy uśmiechnęłabym się. Do kompletu dwie ciepłe rączki, które nauczyły się dotykać mojej twarzy, łapać za nos, wczepiać się w moje ramię. Budzi mnie ta ciepła kuleczka, mięciutka taka, śmiesznym, pachnącym puszkiem na głowie gilga mnie w twarz. Budzi się raz w środku nocy, biorę ją do naszego łóżka, karmię i zasypiamy razem. I wiecie co? Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale ja lubię te pobudki. Lecę po nią zaspana i gdy tylko biorę w ramiona, cieszę się, że wstałam i mogę ją sobie podotykać i obwąchać. Lubię ją karmić, rozpływam się, jak się tak we mnie wczepia i jej głodowe postękiwanie ustępuje błogości. Ubóstwiam gilgotki, chichoty i gdy mruży oczy od pierdzioszków w szyję. Śmieszą mnie te jej wygibasy na macie, jak się przemieszcza przez pół pokoju podczas jednego mojego siku. I jak się cała ufajda jabłuszkiem. Jak bulgocze, piszczy, furczy i charczy. Za każdym razem, gdy biorę ją na ręce, podczas każdego przelotu z łóżeczka do leżaczka czy z podłogi na przewijak całuję ją milion razy, nie mogę przestać, wdycham ją i zjadam, starając się zapamiętać to na zawsze. Kocham ją tak, że to aż nieprzyzwoite. Niewiarygodne też, że tak mały człowiek może, zupełnie niechcący i przy okazji, każdą swoją miną i dźwiękiem, dawać na co dzień tyle szczęścia. Uwielbiam ją niezdrowym uwielbieniem szurniętej matki.

Nie sądziłam, że nią kiedykolwiek zostanę. Dotychczas byłam matką kochającą, ale krytyczną. U której miłosne uniesienia przeplatały się ze zmęczeniem, zniecierpliwieniem, nierzadko złością. Przytulaski i pierdzioszki na przemian z rozczarowaniem, że macierzyństwo jest takie trudne, a dzieci takie skomplikowane. Przy Hani nie zastanawiam się, czy jestem dobrą matką, nie myślę o sobie źle ani nie cierpię. Pierwsze miesiące jej życia, w przeciwieństwie do początków z Zośką, zapamiętam jako pasmo wzruszeń. Okropne? Być może, ale prawdziwe. Czy kocham ją bardziej? Nie, chcę wierzyć, że nie. Ja ją po prostu tylko kocham, nasza relacja pozbawiona jest negatywnych odczuć. Czy nie jest mi przykro? Jest, jak cholera. To jedyne, co kładzie się cieniem na tej słodyczy – wyrzut sumienia, to uczucie, jakbym zdradzała Zosię. Jakbym dostała drugą szansę na łatwiejsze macierzyństwo i z ochotą z niej korzystała, pławiła się w tej nowej miłości, trudy pierwszej pozostawiając w tyle. I to mnie ratuje, bo gdy tak poczuję, to kocham Zosię jeszcze bardziej – ten pogubiony w swoich emocjach huragan. A ona wciąż testuje moją cierpliwość po sto razy dziennie, więc ciężko powiedzieć, żebym zawsze ją lubiła. Przy Zośce zbyt często czuję irytację, frustrację, zniecierpliwienie, bo ją o wszystko trzeba prosić sto razy, na wszystko czekać, znosić jej humory, wrzaski i rozbrajać jej miny. Za wychowywanie takich dzieci powinni dawać nagrody. Ja swoją dostałam, jest szczerozłota – ma na imię Hanna, ma pięć miesięcy, dwa zęby i zakochaną matkę.

Jest kilka nowości w pokoiku – w Hanulowej części:

plakat Ważka – Kalaluszek

zawieszka Dream Big – Skandynawska Weranda

kocyk latawce – Mumla

poduszka hello – Toto Design