felietony

świat się zatrzymał

Za miastem świat się zatrzymał. Życie zamarło. Wszystko zastygło w bezruchu. Świat zasnął, przestał produkować, płodzić, ustał pracowity gwar przyrody, opustoszały gniazda, ucichły wszystkie dźwięki. Jak w zamkniętej fabryce, jak fajrant, przerwa, weekend, co potrwa kilka miesięcy. Plan wykonany: zboże skoszone, plony zerwane, można wyłączyć guzik, odłączyć prąd i udać się na spoczynek. Życie tli się już tylko w niezerwanych jabłkach, ostatnich kwiatkach, które nie zdążyły zwiędnąć, albo którym się coś pomyliło i na nowo zakwitły, w zmulonej krowie, która spędza ostatnie dni na łąkach. Ludzie też włączają inny rytm, który ustalają im pory roku.
Ja naprawdę nie jestem leniwa ani nienormalna, twierdząc, że to wbrew ludzkim predyspozycjom i możliwościom, że życie w mieście toczy się tym samym rytmem przez cały rok. Że trzeba wstawać o tej samej porze w listopadzie i w maju, że pracy jest tyle samo, a może nawet więcej, kiedy człowiek powinien wraz z resztą przyrody oddać się sennej kontemplacji. Ja rozumiem mechanizmy gospodarki, które sprawiają, że takie spowolnienie jest niemożliwe. Spowolnienie to zło, trzeba cisnąć, rozwijać się, wyrabiać normy i wykonywać plany. 
A we mnie wszystko się buntuje, a ja czuję, że nie mogę, chcę zastygnąć w bezruchu, zasnąć, przestać produkować, wyłączyć guzik.