dzieciaki

strefa (dys)komfortu

Lubię patrzeć na nią w ruchu. Jest szybka i zwinna, jazdy na rowerze nauczyła się w jedno popołudnie, na rolkach – może ze trzy. Na trampolinie z uprzężą po minucie kręci w powietrzu salta do tyłu. Wspina się na drzewa, łazi po poręczach, skacze, zwisa, świruje. Ze swoją lekką nadaktywnością na placu zabaw jest w swoim żywiole, baseny, hulajnogi, piłeczki, zjeżdżalnie – najlepsza zabawa.

Lubię patrzeć na nią w ruchu, robię to z dumą, ale i nutką zazdrości. Z pewnością nie po mnie odziedziczyła tę swoją sprawność. Lubię patrzeć, choć zawsze żałuję, że na patrzeniu się kończy. To nie ja uczę ją pływać i jeździć na rolkach. O ile jeszcze pływak ze mnie niezły, to już na basen nie pójdę, bo się wstydzę. Na rolkach nie pojeżdżę, bo nie umiem, łyżwy, hulajnoga – odpadają z tego samego powodu. To ojciec zabiera ją na trampoliny i do kuleczek, on z nią pływa i jeździ na desce. Choć nie uprawia już regularnie żadnego sportu, zachował jeszcze jakoś tę swoją chłopięcą zwinność i wciąż imponuje jej sprawnością.

Sama nie wiem dokładnie, kiedy to się stało. Już od lat jestem na bakier ze sportem, choć nie byłam nigdy grubym dzieckiem – pierdołą. Wybitnym sportowym talentem też nie. Ale były piątki z wuefu, eskaesy z siatkówki, kiedyś jakiś basen, cały sezon rower, podwórko – jak wszyscy. Tyle mogłam sama, niestety nikt mnie nie nauczył jeździć na łyżwach ani nie zabierał na narty. W sumie jedyne sportowe wspomnienia z rodzicami to gra w badmingtona na wczasach. To i nie ma co się dziwić, że jako nastolatka czy studentka miewałam tylko czasem nieregularne zrywy z aerobikiem i nigdy jakoś nie weszło mi to w nawyk na dłużej. A potem to już z górki, każde kolejne pięć kilo na plusie oddala od sali fitness o lata świetlne. Papieros, wino i beka, jak to sport zdrowym niepotrzebny, a chorym niewskazany. I że jak biegałam dziś rano, słyszałam oklaski…a nie, to tylko moje uda mnie dopingowały. Oraz ups, nie zdążyłam dziś na siłkę – to już będzie piąty rok z rzędu, cholera.

Dziś już nie chce mi się śmiać. Ja już nawet nie o tym, że to niezdrowe. I że mogłabym wreszcie osiągnąć tę swoją wymarzoną chudość, gdybym tylko podniosła dupę z fotela. Najbardziej smutno mi, że nie świecę przykładem, że nie jestem dobrym wzorcem dla dziewczyn. Że nie spędzamy razem czasu na sportowo, że ja tylko stoję i patrzę. Że od sportu jest tata, a ja od wspólnego pieczenia ciastek i ozdób na choinkę. Że dostaję zadyszki na sankach i migam się od berka. Że cała Polska biega i tańczy, a ja wciąż jakoś nie mogę się ruszyć. Staram się niby z tym zdrowym gotowaniem, ale i to u nas szwankuje ostatnio przez wakacje.

To może głupie, to wydaje się pewnie większości takie proste, a ja marzę o tym, żeby pojeździć z córką na rolkach. I na marzeniach się kończy, ze smutkiem, jakby to było coś niewykonalnego. To wymagałoby wyjścia poza strefę komfortu, narażenia się na śmieszność, niezdarność, na pot i koślawe upadki. Wstydzę się tego, że nie umiem i że jestem bez formy, nie wspominając o tym, jak moje uda wyglądają w legginsach. To musi być świetne uczucie – ten wiatr we włosach i tak sobie sunąć po ścieżce razem, moja córka i ja. Tak sobie myślę, kiedy stoję z boku i robię te zdjęcia. Tylko coś ta moja strefa coraz bardziej staje się przestrzenią dyskomfortu. Dojrzewam do tego, żeby wcisnąć uda w legginsy i narazić się na śmieszność. Już nie dla siebie, dla nich. Może taka motywacja podniesie mnie z fotela?

6

18

13

10

16

5

 

17

11

9

3

8

7