felietony

strajk nauczycieli – czy powinniśmy go wspierać i dlaczego tak

Pamiętam wielu. Pamiętam, bo zostawili po sobie ślad w moim życiu. Pamiętam tych, którzy siali postrach i tych, z których się śmialiśmy. Ale najlepiej pamiętam tych wyjątkowych. Takich, którzy dodawali skrzydeł, dawali do myślenia, sprawiali, że chciałam umieć więcej. Moje cudowne polonistki z liceum, które naładowały mnie pewnością siebie, jak mało kto w życiu. Profesora od WOS-u, który sprawił, że zamiast na ASP poszłam na socjologię. I te nasze historyce kochane – dojrzałe i dostojne, ze sznurami pereł na bluzkach, budzące respekt panie starej daty, skarbnice najlepszych anegdot. Pamiętam ich wszystkich i często ich wspominam. Pamiętam ich i gorąco im dziś kibicuję. Nie tylko jako pełna wdzięczności eks-uczennica. Nie tylko jako córka polonistki, która jako zyskujące świadomość dziecko, nigdy nie rozumiała, dlaczego mama mało zarabia. Przecież jest wykształcona i oddana sprawie. Dziś kibicuję im jako matka uczennicy. Czasami krytyczna, momentami sceptyczna, ale niezależnie od swoich ocen – głęboko przekonana o zasadności postulatów nauczycieli. Kiedy czytam komentarze pod artykułami o strajku nauczycieli, włos mi się na głowie jeży. Trafia mnie szlag! Skala niezrozumienia i niesprawiedliwości jest tak ogromna, że muszę dać temu opór. Z szacunku i wdzięczności, które – mam wrażenie – odczuwają dzisiaj nieliczni. Bo teksty, które czytam, są po prostu głupie i okrutne.

STRAJK KOSZTEM DZIECI

A czyim kosztem miałby się odbyć? Strajk z definicji musi wywołać niedogodności. Kiedy strajkują lekarze – dotykają one pacjentów, gdy kolejarze – podróżnych. A kiedy rolnicy – przypadkowych mieszkańców Warszawy, którzy akurat na trasie do pracy mijają skrzyżowanie, na którym ci raczyli wysypać jabłka i świńskie łby. To jest argument poniżej pasa! Może i robi się w tym kraju z nauczycieli idiotów od lat, ale nie przesadzajmy – nikt nie jest tak głupi, żeby rezygnować z idealnego momentu, żeby zostać wreszcie wysłuchanym. Kiedy strajkować, jak nie wtedy, kiedy jest szansa na największe nagłośnienie sprawy? Kiedy krzyczeć, jak nie wtedy, gdy zachodzi w końcu prawdopodobieństwo, że ktoś ten krzyk usłyszy? Pewnie w wakacje, co? To jest najsłabszy argument ever, którego celem dodatkowo jest antagonizowanie społeczeństwa, podła gra propagandowa, mająca na celu nastawienie opinii publicznej przeciwko nauczycielom. Że nieodpowiedzialnie tak podczas egzaminów? Nieodpowiedzialna to była reforma edukacji, nieodpowiedzialnością było ignorowanie tej grupy zawodowej, kiedy zgłaszała problemy z “deformą”, olewanie ich próśb o podwyżki. Nieodpowiedzialne to jest rozdawanie kasy na prawo i lewo, dla każdego staruszka i na każde dziecko, a pomijanie tych, których głosy nie wpłyną na wynik wyborów. Teraz to tylko prosta konsekwencja.

TYLKO KASA I KASA, A GDZIE POWOŁANIE?

Z powołania to się idzie do seminarium, co i tak nie powstrzymuje wielu księży przed zuchwałym wyciąganiem łap po kasę. Nauczyciel to zawód. W dodatku – taki wymagający dobrego przygotowania, wyższego wykształcenia, ciągłego dokształcania przez całą ścieżkę kariery. Jasne – przydaje się, jeśli nauczyciel przy okazji lubi dzieciaki, ma w sobie pasję nietuzinkowego przekazywania wiedzy, wychodzenia poza schemat, wspierania talentów. Przydaje się, ale umówmy się – ciężko sprawić, by każdy z pięciuset tysięcy polskich nauczycieli był niestrudzonym entuzjastą wciskania wiedzy do coraz bardziej opornych głów naszej młodzieży. Bo tak, można mieć przed oczami sceny niczym ze “Stowarzyszenia Umarłych Poetów”, ale przyda się też kubeł zimnej wody – pasja i zaangażowanie naszych dzieci jest zazwyczaj znacznie mniejsze niż w tym filmie. To nie tylko czyste karty, piękne potencjały, chłonące wiedzę jak gąbki – to bardzo często rozwydrzone bachory, bez najmniejszych chęci i odrobiny szacunku dla dorosłych. W szkołach, oprócz tej części wychuchanych dzieci, którym rodzice nie szczędzą czasu i uwagi, które prowadza się na zajęcia i kupuje im stosy książek, są także rzesze małych ignorantów, z którymi nauczyciele muszą się użerać na co dzień. Przepełnione sale, za duże klasy, zbyt obszerne, sztywne podstawy programowe. W takich warunkach ciężko o pasję, a mimo to wielu nauczycieli wciąż ją skądś bierze. Nawet jeśli jakimś cudem nadal im się chce – tym chceniem rachunków nie opłacą. Proza szkolnego życia z łatwością gasi największy zapał, ale na szczęście nie jest on warunkiem koniecznym, by poprawnie wykonywać swoją pracę i zasłużyć na adekwatne wynagrodzenie. Nie przypominam sobie, żeby inne grupy zawodowe, opłacane z budżetówki, przechodziły obowiązkowy test podjaru swoją pracą.

CHCIWE NIEROBY

Bo im się zachciało zarabiać więcej niż kasjerki! Jak się nie podoba, to zawód niech sobie zmienią, innej pracy poszukają! Darmozjady! – takie rzeczy się czyta w komentarzach do artykułów o strajku. Tylko że jak oni zmienią, to kto będzie uczył nasze dzieci? Myślicie, że kolejka chętnych ustawia się, żeby się z nimi użerać za 1700 złotych? Otóż – nie ustawia się. Żądania płacowe nie są powodem do obrażania nikogo, żadnej grupy zawodowej, a takie teksty, że jak się nie podoba, to wypad, są poniżej pasa. Nie podoba się 90% nauczycieli – co zrobimy, jeśli wszyscy zrobią wypad?

NIE NALEŻY IM SIĘ, BO ŹLE UCZĄ

Kolejny skandal tej dyskusji. W tym kraju każdy jest ekspertem od edukacji! Każdy kompetentnym ewaluatorem dydaktycznych umiejętności. Źle uczą, bo mój syn nie umie. Źle uczą, bo moja córka musi chodzić na korepetycje. Źle, bo mój Misiu nie rozumie. Hej! – a może to Misiu jest troszkę ociężały intelektualnie? A może twoja córka gada na każdej majzie? Może synek nie umie, bo nie chce umieć? Może przez całe życie podtykano mu wszystko pod nos, a teraz trzeba by troszkę wysiłku włożyć, żeby opanować ułamki? Może co wieczór gapi się w tablet, zamiast czytać książki. To nie nauczyciele są autorami zbyt obszernych programów nauczania, a MEN. Nauczyciele mają przekazać te tony wiedzy w krótkim czasie, dużej grupie dzieci, z których każde ma inny potencjał i możliwości. Sorry, ale to nie nauczyciele tak wymyślili ten system, a z mojej obserwacji wynika, że mimo to starają się, jak mogą. I kiedy moja córka nie umie, to pyta – nauczyciela albo mnie. Swojego ojca, babcię albo dziadka. Bo tak – każdy czasem czegoś nie rozumie, nie da się sprawić, żeby trzydzieści osób w tym samym tempie zapamiętało, który to imiesłów przysłówkowy współczesny, a który uprzedni. Owszem – nauczyciele w pewnym sensie świadczą usługi, opłacane z naszych podatków, ale nie godzę się na tę retorykę. Nie pozwalam na to, żeby bezkrytyczni w stosunku do własnych dzieci ignoranci robili z siebie speców od dydaktyki. To cholerne, polskie “nie znam się, to się wypowiem” jest w tym wypadku wyjątkowo krzywdzące! Być czujnym i krytycznym w stosunku do tego, jak uczone są nasze dzieci – to jedno. Niesprawiedliwie oceniać coś, o czym nie ma się pojęcia – to już inna sprawa.

NIE NALEŻY IM SIĘ, BO MAJĄ WAKACJE

Naczelny argument przeciwników podwyżek dla nauczycieli. A ja sobie myślę, że niejeden nauczyciel oddałby połowę tego wolnego za godziwą pensję. Tak długie wakacje to archaizm i idiotyzm – nie służy ani uczniom, ani nauczycielom, rodzicom tym bardziej. Osobiście jawi mi się jako narzędzie utrzymywania status quo – nikt nie rozmawia o skróceniu wakacji, bo za tym musiałyby pójść podwyżki. Jeśli jednak spojrzeć na średnią europejską liczbę dni pracujących nauczycieli, to ci nasi plasują się mniej więcej w połowie stawki – jest wiele krajów w Europie, w których nauczyciele pracują jeszcze mniej niż te 178 dni i zdaje się, że nie przymierają z tego powodu głodem.

NALEŻY IM SIĘ, BO CIĘŻKO PRACUJĄ

Tak – uważam, że ciężko pracują. I nie przekonują mnie argumenty, że mają godzin dydaktycznych tyle, co połowa normalnego etatu. Może i mają, ale trzeba być głupcem, żeby sądzić, że na tym się kończy ich praca. Bo naprawdę nie trzeba tkwić osiem godzin dziennie za biurkiem, żeby pracować – wiem o tym doskonale po pięciu latach blogowania. Wiem po dwóch dekadach obserwowania mojej mamy. Patrzenia, jak układa, a potem sprawdza klasówki, przygotowuje się do lekcji, uzupełnia dziennik, wypełnia dokumentację, arkusze, całe stosy papierów. Jak przygotowuje gazetki ścienne, akademie, chodzi na zebrania, rady pedagogiczne i próby. Wiem to po dwudziestu latach obserwowania, jak moja mama jeździła z dzieciakami na konkursy i olimpiady, najczęściej w weekendy, autobusami, kasując w nich bilet, za który nikt nigdy nie zwracał jej kasy. Po latach, kiedy jeździła na wycieczki i zielone szkoły, ponosząc ogromną odpowiedzialność na każde z kilkudziesięciorga zerwanych ze smyczy dzieciaków. Praca nauczyciela nie kończy się w klasie – powie Ci to każdy, kto nim kiedykolwiek był albo ma jakiegoś w rodzinie. Bo że ten hałas z korytarzy szkolnych, dziecięce problemy i dramaty przynosi się do domu, to już nawet nie wspomnę. Bo tak – praca nauczyciela to praca z ludźmi, obciążająca psychicznie, jak każdy zawód, w którym ma się do czynienia z przemocą, niedolą, zaniedbaniem. Praca mojej mamy nie kończyła się nie tylko po jej powrocie do domu, który – tak! – czasem miał miejsce o trzynastej nawet. Ona nie kończyła się nawet po wypuszczeniu dzieciaków z podstawówki, bo one wracały – przychodziły do szkoły i do domu, wpadały pogadać, pochwalić się zdaną maturą, dobrą pracą czy narodzinami dziecka. Więc nie mówcie mi proszę, że oni nic nie robią. Robią, robią, tylko nie wszystko widać na pierwszy rzut oka. Aktor też nie pracuje tylko przez godzinę przedstawienia, nie tylko wtedy, kiedy jest na scenie – za jednym spektaklem kryją się zwykle miesiące prób i przygotowań.

NALEŻY IM SIĘ, BO CHCEMY W SZKOŁACH NAJLEPSZYCH

Nie rozumiem kompletnie, skąd to pełne idealizmu przekonanie, że nauczyciele powinni sobie flaki wypruwać dla naszych dzieci za półdarmo. Bo tak wypada, bo tak zwykło się postrzegać ten zawód – że oto dla nich sukcesy dydaktycznie powinny być wystarczającą nagrodą. Że jak tabliczkę mnożenia wbiją do głów, jak dwóch olimpijczyków wypuszczą – to lepsze niż premia. Powinni karmić tymi sukcesami siebie i swoje rodziny – gloria chwały wszak umie nasycić najgłodniejszych. Średnie pensje rosną, ceny idą w górę – jeśli to samo nie stanie się z pensjami nauczycieli, w szkołach zostanie garstka zapaleńców i nieudaczników. Co bardziej zaradni, co lepiej wykształceni zaczną szukać pracy poza szkołą. Najlepsi studenci nawet nie złożą do niej papierów, wiedząc, że w sektorze prywatnym na start dostaną trzy razy więcej i nikt im kosza na śmieci na głowy nie będzie wsadzać. I tak – podwyżka pensji to jedno z narzędzi podniesienia prestiżu tego zawodu. On nie będzie się cieszył estymą, jeśli wynagrodzenia będą porównywalne (a nawet niższe) niż te, jakie wypłaca się kasjerkom w dyskontach. I nie, żebym miała coś przeciwko kasjerkom czy ich zarobkom – życzę im bardzo dobrze. Ale nauczycielom jeszcze lepiej. Uważam, że powinni zarabiać więcej, bo

NALEŻY IM SIĘ SZACUNEK

Bo nie tylko o tego tysiaka chodzi, choć on jest tu bardzo ważny. Chodzi o kondycję polskiej edukacji w ogóle oraz o szacunek dla tych, którzy ją tworzą. A my możemy dziś swoją postawą pomóc go odzyskać półmilionowej rzeszy ludzi, od których w dużym stopniu zależy przyszłość naszych dzieci. Ja nawet nie proszę o pomoc, oni zresztą też nie – my im nie przeszkadzajmy po prostu. Wystarczy odrobina zrozumienia. I niech skończy się ta krytyka, to poniżanie, to paskudne wyzywanie od nierobów. Ja nie mówię – przywróćmy temu zawodowi prestiż. Nie mówię, bo nie wierzę, że to mogłoby się w krótkim czasie powieść. Mówię tylko – oddajcie szacunek, elementarny taki. Zarówno Wy – panie i panowie ministrowie, jak i my – rodzice. Ostatecznie jesteśmy im to winni po tylu latach użerania się z naszymi dziećmi, jak i z nami samymi. Wiem, że wielu rodziców jest w stresie – bo egzaminy, niepewna przyszłość, bo nie bardzo wiadomo, co zrobić z dzieciakami w tym czasie. Ale hej – to ostatecznie tylko kilka dni, umówmy się – jakaś drobna niedogodność dla nas w porównaniu z tą, jaką jest praca w szkole za dwa tysiące, serio.

Nauczyciele – do boju, jestem z Wami! Jeśli będzie trzeba – wyjdę z Wami w jednym szeregu na ulice. I jeszcze kanapki przyniosę!