Desery

sprawdzony scenariusz

Plan był wyśmienity – wreszcie, po latach targania w siatach sałatek i ciast po rodzinie i znajomych, po latach jeżdżenia samochodem wypchanym śpiworami, prowiantem i garami chili con carne, po ponad dekadzie sylwestrowych domówek, mniej lub bardziej udanych, ubrać się w kieckę i wyjść. Zamknąć za sobą drzwi i zapłacić komuś, by robił nam drinki i serwował przekąski. Potupać nóżką, wypić szampana, którego ktoś za nas schłodzi i rozleje i wrócić do domu, nie budząc się w Nowy Rok w śpiworze na czyjejś podłodze, nie musieć szorować garów po chili con carne, rozpakowywać siatek z miskami po sałatce, rzuconych w środku nocy na podłogę w przedpokoju. Podnieść co najwyżej tę kieckę, którą zapewne rzuciłabym nonszalancko nietrzeźwym gestem gdzieś w róg łazienki, dokonać opóźnionego o kilka godzin demakijażu, pognić w betach do południa, dochodząc do siebie nieśpiesznie, by w porze obiadu udać się do teściowej celem odebrania potomstwa, zaliczając przy okazji regenerujący rosołek. Na co dzień pracuję w domu, to i mam tego siedzenia tu trochę dość. Ostatnie dwa lata to w moim życiu okres największej towarzyskiej posuchy odkąd skończyłam 15 lat, więc uznałam, że należy mi się jak psu micha – i ta kiecka, i to wyjście. Zaczęłam już nawet stosowne przygotowania – poddałam się upiększającym rytuałom, wybrałam się do zaprzyjaźnionego gabinetu Kokopi na peeling twarzy z bankietową maseczką (która mimo że nie wybieram się na bankiet brzmi bardzo adekwatnie, jeśli pragnie się ożywić grudniową szarzyznę na twarzy przed imprezą, jakąkolwiek w zasadzie), na paznokcie dałam sobie rzucić bardzo awangardową jak na siebie czerwień w odcieniu chihuahua bites. Wybrałam się nawet na desperackie poszukiwania nowej kiecki na poświątecznych wyprzedażach, by – stawiwszy czoła korkom i tłumom, wrócić do domu z siatką odzieży dziecięcej i ostatecznie uznać, że stara sukienka nie jest jeszcze taka zła. Przygotowania więc poczyniłam, zapominając tylko o jednym  –  żeby nie przywiązywać się do swoich planów, do tych wyśmienitych w szczególności.

Bo przecież zawsze wtedy, kiedy najmocniej chcesz wyjść i rzucasz na paznokcie najbardziej awangardową czerwień, właśnie wtedy wszystko się sypie i wali. Wtedy dziecko dostaje bostonki, a mąż gorączki (nie śmiem bowiem nazywać 37,5 stanem podgorączkowym, by nie ujmować nikomu cierpienia) i łamie go w kościach tak, że ledwo łazi. Wszystko wskazuje na to, że jednak jutro przyrządzę jakąś sałatkę i jeszcze ostatecznie będę się cieszyć z tej odzieży dziecięcej zamiast nowej kiecki. Usiądę sobie spokojnie z własnoręcznie przyrządzonym drinkiem i przekąską, przeczytam na pocieszenie swoje własne argumenty sprzed roku i przyjmę to z godnością, choć nie bez smutku. Przyjmę to jak kolejny policzek od losu, który ten serwuje Ci zawsze wtedy, kiedy myślisz, że odchowałaś już trochę dzieci i możesz przez moment poczuć się jak dawniej. Wtedy łup, jeb, momentalnie przywraca Cię do pionu. “Aj, czekaj, jestem przecież matką, a miejsce matki jest w domu”. Wracam więc potulnie do kuchni szykować sałatkę. Zamiast kręcić loki lokuję energię w starym, sprawdzonym scenariuszu sylwestrowym pt. “kinderbal” A może chili con carne to wcale nie taki głupi pomysł? Ostatecznie każdego dnia i tak szoruję jakieś gary.

11

7

27

13

9

17

4

26

18

24

5

22

19

25

2

czapeczki papierowe – H&M Home

confetti – Funfetti Party Shop

girlanda – Funfetti Party Shop

kolorowe łyżki z melaminy – Livebeautifully

Hania:

body – H&M, spodnie – Zara

Zosia:

kombinezon – H&M

Czekoladowe łyżeczki

  • czekolada (mleczna, gorzka, biała)
  • kolorowe posypki cukrowe

Czekoladę połamać na kawałeczki i rozpuścić w kąpieli wodnej, nakładać małą łyżeczką do kolorowych łyżek – mniejszych i większych, posypać cukrowymi posypkami i groszkami, zostawić do zastygnięcia.