felietony

spadek po matce

Co dostaje się w spadku po matce? Czy zostaje po nas szafa pełna niemodnych sukienek; kufer sentymentalnych bibelotów, z którymi nie wiadomo, co zrobić; regał pełen zakurzonych książek i karton zdjęć, na których nie jesteśmy do siebie nawet podobne? Nieruchomości i precjoza? Pieniądze odkładane na czarną godzinę, która nigdy nie nadeszła?

To byłoby nawet niezgorzej. Bo dużo różnych rzeczy można dostać po matce. A z nich wszystkich ja się najbardziej boję, nie, że za mało będzie na lokacie, gdy umrę. Ja najbardziej boję się, że zostawię moim córkom posag najstraszniejszy. Bo to, co się słyszy i czyta o zgubnym wpływie matczynych niedoskonałości na kruchą psychikę nieletnich, przestrasza mnie najsilniej.

Że w spadku po matce dostaje się kompleksy, niepewność, perfekcjonizm, emocjonalną niestabilność i nałogi. Że matka może w posagu dać dzieciom skłonność do depresji, zaburzenia odżywiania, wdrukować im lęki, negatywny obraz siebie i świata. Że przez matkę córki mogą być za mało asertywne, niedostatecznie pewne siebie, mogą wpadać kłopoty i w ramiona złych mężczyzn. Że wpłynie na nie na zawsze to, jak ta matka wygląda, co je, ile waży, jak długo stoi przed lustrem.

No bo jak tu się nie bać, gdy czyta się, że wszystko, co matka mówi i robi, zostaje w dzieciach, a one będą ją naśladować, przejmą jej zachowania, będą odtwarzać matczyne schematy. Słyszy się, że od niej najbardziej zależy ich rozwój psychiczny i emocjonalny. Że jej wady i słabości wpłyną na dzieci bardziej niż czyjekolwiek. I że matka może je w związku z tym naznaczyć najmocniej, bardziej niż ktokolwiek je w życiu naznaczy.

Słyszy się, że matka może swoje dzieci zepsuć najdotkliwiej, narobić w nich szkód nieodwracalnych. Że każda jej niedojrzałość, niekonsekwencja, każdy jej lęk i brak – one będą w nich już zawsze wybrzmiewać, będą wracać do nich za lat kilkanaście czy kilkadziesiąt. I te dzieci, dorosłe już, one będą je wspominać, dokopywać się do nich na kozetkach u terapeutów, którzy będą kiwali głową ze zrozumieniem. No tak, toksyczna matka. Wszystko przez matkę. Była za słaba albo zbyt silna, zbyt czuła albo za chłodna, naddto kontrolująca, niedostatecznie zainteresowana. Była za blisko albo za daleko, zbyt wysokie wymagania stawiała, albo za niskie. Za duży sukces odniosła, żeby doskoczyć, albo nic nie osiągnęła w życiu, nie pokazała, jak wygrywać. Zanadto się przypierzała do dzieciaka, za często krytykowała, albo za mało zwracała na niego uwagę, nie ustawiała poprzeczki. Wychowała bezstresowo zadufanego w sobie egoistę lub też za mocno znerwicowała dzieci, neurotyczka. Za bardzo się rodzinie oddała, albo za mało – egoistka.

Tyle się czyta i słyszy, że nie wiadomo już – czy kocha się źle czy dobrze? Czy jest się matką toksyczną bardzo, czy może tylko trochę? Można zacząć sądzić, że dzieci powinien mieć tylko ten, kto uprzednio uzyska doktorat z psychologii i przejdzie psychoterapię gruntowną, przekopie się przez całe zło, które wyrządziła mu jego matka, oczyści z niego i przerwie ten krąg krzywd matczynych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Bo tyle syfu można przecież dostać w spadku po matce.

Tyle syfu, że można się przestraszyć i zwątpić.

I bardzo wielu lat potrzebować, by zacząć myśleć o sobie jak o matce wystarczająco dobrej. Wiele błędów sobie najpierw wybaczyć. Dużo czasu musi czasem minąć, zanim matka, która naczyta się i nasłucha, zrozumie, że nawet jeśli w posagu daje dzieciom swoje słabości i kompleksy, czasem łzy albo kłótnie z ich ojcem, to przecież one dostaną od niej tyle innych rzeczy.

Tyle czułych spojrzeń, tyle ważnych rozmów, tyle książek na dobranoc i piosenek, wspólnie wyśpiewanych w drodze do szkoły. Tyle głaskania przed snem, tyle otartych łez, tyle wybaczonych grzeszków. Tyle plastrów przyklejanych do obitych kolan, a potem ściąganych najdelikatniej, na raty, w szlochach i spazmach. Tyle warkoczy, tatuaży z gumy, zasznurowanych butów i poprawionych szalików. Tyle kubków kakao zimą, tyle lodów latem. Dzieci dostają przecież w spadku po matce tysiące kojących przytuleń i tyle samo dobrych rad, miliony chwil bliskości, z gatunku tych magiczno-ulotnych, kiedy człowiek przez chwilę czuje się kosmicznie szczęśliwy. Tyle smaków dostają, tyle różnych aromatów, zapachów domu i podróży. I tyle matczynych sukcesów, tyle codziennych zwycięstw, tyle jej porażek, które pokażą im, jak przegrywać, i jak się podnosić. Tyle wakacji, które zostaną w pamięci na zawsze, wszystkie te historie drogi zgubionej i odnalezionej, szaleńczego biegu na samolot, zalania w kajaku i plaż ruszających się od krabów. Tyle codziennych lekcji, w sklepie czy na parkingu – jak nie dać sobie w kaszę dmuchać, jak być dla ludzi życzliwym, jak być uczciwym i przyzwoitym. I innych, zupełnie trywialnych – jak dobierać kolory, układać bukiety i zrobić najlepszą jajecznicę, jak zapłacić kartą, zmienić pościel i lukrować pierniki, jak upiec chleb z chrupiącą skórką, wyczyścić adidasy i jak się robi kisiel z kompotu babci.

W spadku po matce, nawet, gdy ta nie zawsze zachowuje się, jakby miała doktorat z psychologii, można dostać dar wymowy, ładne oczy, talent plastyczny, empatię, refleks, gęste włosy i dbałość o detale. Opowieści o ludziach i świecie, jej szkolne anegdoty, wzorzec miłości nieco burzliwej może, ale wszak trwałej i wiernej.

Bo matka nie musi być nieskazitelna, by dać dzieciom piękny spadek.

Ale dużo czasu musi czasem minąć, zanim zrozumie, że kocha swoje dzieci dobrze.

Dobrze, bo najmocniej.