felietony

Skąd przyszedł mrok

Kiedy stałam u progu dorosłości, a – umówmy się – nie było to znowu aż tak dawno temu, żaden trias ani kreda, nawet nie wiek dwudziesty, była już dwójka z przodu oraz internet szerokopasmowy. W każdym razie – świat wydawał się wtedy naprawdę dobrym miejscem. Nie tylko dlatego, że moja cera była wówczas cudownie napięta, a cycki sterczące, nie z powodu zakochania nawet ani młodzieńczej głupoty. Świat był wtedy pięknym miejscem całkiem obiektywnie. Nie miało się wówczas żadnych większych zmartwień, naprawdę, nie dlatego – powtarzam – że nie miało się również dzieci, kredytu mieszkaniowego, działalności gospodarczej ani cellulitu, nie, naprawdę.

Tych dziesięć – piętnaście lat temu była beztroska i prosperity, trendy wzrostowe we wszystkim, co dobre, i spadkowe – wszędzie tam, gdzie było to pożądane. Coraz mniej ludzi umierało, coraz mniej było wypadków drogowych, coraz mniej zakażeń wewnątrzszpitalnych, coraz mniej bezrobocia, biedy, głodu, napadów z bronią w ręku i wojen. Było coraz czyściej, coraz bezpieczniej, szybciej i nowocześniej. Było coraz więcej autostrad, komórek, coraz więcej dostatku, wynalazków, rozwiązań i udogodnień. Wszystko było coraz doskonalsze, coraz sprytniejsze, coraz bardziej obłe i metaliczne, coraz więcej wolności było, coraz więcej swobody. Człowiek zdawał się panować nad przyrodą, przewidywać tornada, redukować emisję spalin, coraz skuteczniej oczyszczano ścieki, regulowano rzeki i kurwaturę bananów. Przeszczepiano wszystko, co się dało, tworzono protezy, dostępne były leki na niemal każdą możliwą chorobę, do wyboru, do koloru, w kapsułkach, drażetkach albo w syropie o smaku truskawkowym. Nowoczesne stawały się autobusy i wieżowce, a równolegle – nowocześniejsze stawały się ludzkie poglądy.

Zaczęło się widywać mężczyzn z wózkami i kobiety w zarządach, powszechna stawała się dostępność pigułek “dzień po”, prezerwatyw plemnikobójczych, zabiegów in vitro i badań prenatalnych. Równouprawnienie płci już nawet momentami majaczyło na horyzoncie, wydawało się, że wreszcie nastanie – może nawet za naszego życia. Powoli normą stawały się tak progresywne hasła, jak to, że mąż nie może bić swojej żony i że musi wreszcie wstać z fotela, bo nie ożenił się ze służącą, tylko z równym sobie człowiekiem. Humanitarne podejście do wszelkich istot żywych rozpanoszyło się na dobre, nie wolno było kopać psów, głodzić koni, obrażać feministek, siać nienawiści do muzułmanów ani dyskryminować gejów. Można było nawet za to pójść do więzienia, serio. Trochę może i było już trochę tego konserwatywnego biadolenia, jak żyć. Wprawdzie czasem trąbiło się o masowych odejściach od kościoła i spadającej dzietności na zachodzie, o wyniszczającym wpływie pracy w korporacjach na zdrowie i psychikę, i że na wsiach wciąż nie wszyscy mają bieżącą wodę. Od czasu do czasu mącono, złorzeczono i wieszczono rychły koniec świata. Ostatni tradycjonaliści pomstowali na widok parad równości i bezdzietnych kobiet, ale szum pędzącego w szalonym tempie świata skutecznie ich zagłuszał. Ot – uwstecznieni szaleńcy, to jest dwudziesty pierwszy wiek przecież, ludzie kochani, środek Europy, a kraj goni do przodu w tempie dotychczas nie osiąganym przez poprzednie pokolenia!

Panowała jasność, zewsząd bił oślepiający blask nowoczesności, światłość migotała na fasadach szklanych biurowców, w śnieżnobiałych zębach, w lśniąco czystych wagonach Pendolino, politycy nosili dobrze skrojone garnitury, a dzieci z ubogich rodzin dostawały w szkole zupę za darmo. Było nas na to stać, bo PKB rosło fenomenalnie już któryś rok z rzędu, a fundusze Unii Europejskiej skutecznie niwelowały nierówności społeczne. Już nie było pegeerów, zasikanych klatek, mrocznych podwórek, rynsztoków – w ich miejscu płynęło mleko oraz miód, chciało się żyć, robić karierę, przeć do przodu w tej atmosferze ogólnoplanetarnego sukcesu, tym świecie dobrym i jasnym, w którym brzydota, niedola, choroby i nędza stanowiły jakieś brzydkie, odległe mikroświaty. To były jakieś czarne plamki zaledwie na tym mieniącym się od dobrobytu krajobrazie.

Zastanawiał się człowiek wprawdzie od czasu do czasu – czy to już będzie zawsze tak rosło – wszystko, co dobre, i spadało – tam, gdzie było to pożądane? Czy trendy te trwać będą w nieskończoność? Czy będziemy żyć wiecznie, w zdrowiu i wygodzie, w tych metrach i samolotach, w tych kawiarniach, w tych swetrach z organicznej bawełny? Zastanawiał się człowiek wprawdzie, ale niespecjalnie natrętnie, bo głównie to cieszył się życiem w dobrym świecie, w dobrych czasach, w nowoczesności, zdrowiu i prosperity. Cieszył się i nie sądził, nic a nic nie podejrzewał, że to tak weźmie i pierdolnie spektakularnie, jak pierdolnęło. Robił karierę, balował ze znajomymi, być może nawet uprawiał przygodny seks z antykoncepcją, podróżował, jeździł Pendolino i szczerzył te białe zęby, że w takich pięknych czasach przyszło mu żyć.

Aż pierdolnęło, przypomnę, choć pewnie przypominać nie muszę, bo siedzimy w tym gównie po uszy i doskonale czujemy jego smród. Aż za dobrze. Czujemy aż nadto dosadnie ten skisły swąd Średniowiecza, ten odór Ciemnogrodu. Czarne plamki napęczniały, zaropiały i wybuchły, wyrzucając swą sfermentowaną zawartość, gdzie popadnie – na ulice, w parlamencie, na ambony i w internecie. Urosły, dokarmione poczuciem krzywdy, odrzuceniem, śmieciówkami, brakiem zdolności kredytowej, niedostatkiem środków z Unii Europejskiej oraz nadmierną odległością od Pendolino. Mikroświaty stały się makroświatami, urosły w siłę, gdy średniowieczni kaznodzieje obiecali im godność, powrót do rzeczywistości, w której nie było całej tej pieprzonej, tęczowej nowoczesności, żadnych przerażających dziwactw w stylu aerodynamicznych pociągów, dzieci z próbówki, bezdzietnych kobiet, latte bez laktozy i facetów w chinosach. Żadnego cholernego humanitaryzmu, w którym chłop nie może wyżyć się na psie albo żonie, cokolwiek mu się nawinie, w końcu to jego rodzina, a rodzina to jest siła. Żadnego burzenia świętego porządku świata, żadnego parcia do przodu z białymi zębami, żadnych tam kolorów czy kształtów. Ma być ciemno, ma być szaro, mroczno, płasko, identycznie. Musimy cofnąć się tam, skąd przyszliśmy – ze świata czarno-białego, prostego, zrozumiałego, takiego, który mogą ogarnąć nawet najmniejsze rozumki. Wszyscy mamy taplać się w błocie, gnić w niedoli, nosić swoje krzyże, ewentualnie, od święta – wpierdalać kremówki, odświeżać się wodą święconą i wieść dalej swój żywot nędzarny, feudalny, uległy, pełen łez i cierpienia.

Ci kaznodzieje nie wzięli się znikąd, oni wzięli się z zaniedbań panów w dobrze skrojonych garniturach, których trzeźwy osąd zagłuszył szum nowoczesności, którzy zachłysnęli się pędzącym przez kraj Pendolino, zapominając o tych, którzy oglądają go tylko z dystansu swojego wykluczenia. Obwiniam ich – niemal po równo – za ten smród, który odbiera mi dzisiaj oddech. Za tę stęchliznę, która panuje. Za ten strach, który odczuwam. Bo powołałam moje dzieci na inny świat, bo wtedy jeszcze oni świecili bielą swoich zębów, wieścili kolejne dekady nowoczesności i prosperity, zmieniali kurwatury bananów, a dziś jesteśmy w gównie po uszy i drżymy ze strachu o wszystkie dziewczyny na ulicach, o wszystkie kobiety w przemocowych domach i o każdą z nich, która będzie w ciąży. O gejów w tramwajach i o lesbijki na demonstracjach, o muzułmanów, Afroamerykanów i Żydów, o wszystkie zwierzęta i parki narodowe, o wszystkie osiągnięcia cywilizacji, które braliśmy za pewnik.

I choć zastanawialiśmy się czasem, czy tak będzie wiecznie, czy ten trend da się utrzymać, to jednak niespecjalnie natrętnie. Za mało myśleliśmy o odległych mikroświatach. Dziś my nimi jesteśmy, zdominowani i podlegli, czekając, by kołowrót historii czy inny cud wyborczy jak najszybciej wyrwał nas z tej zapaści wszystkiego. Palimy świeczki pod sądami, zatrzymujemy furgonetki z ludzkimi tkankami, protestujemy, by nie zostać inkubatorami, wyłączamy telewizory, zmieniamy zdjęcia profilowe i drżymy ze strachu. Już nawet nie o wolne miejsce na tani lot do Londynu, ale o zdrowie i życie, swoje i własnych dzieci.

Zdarza mi się tęsknić za tą dawną jasnością, ale przecież wiem, że byliśmy nią oślepieni. I najbardziej to chciałabym móc urządzić tamten świat od nowa. Żeby tym razem był już dla wszystkich. Żeby dziś nikt musiał posuwać się do okrucieństwa w ramach wstawania z kolan. Ani by w imię godności nie odbierano jej kobietom zgwałconym czy noszącym śmiertelnie chore płody. Żałuję, że blask szklanych wieżowców oślepił nas tak bardzo, że daliśmy urosnąć w siłę chorym wizjonerom, sfrustrowanym maluczkim, przez których toniemy teraz w mroku.

Toniemy w gównie.