dzieciaki

sezon 2015 – czas start

Moi rodzice są kompletnie nieżyciowi. Tata – inżynier, wolnomyśliciel, konserwa, nie ma nawet komórki. Wstaje z kurami i (mimo posiadania samochodu) jeździ do pracy przez całe Trójmiasto kolejką, czytając pod drodze za grube książki. Moja mama, emerytowana polonistka, dużo można o niej powiedzieć ale nie to, że jest światowa. Nie była ani w Paryżu, ani w Londynie, ani w Rzymie, że o innych kontynentach nie wspomnę. Nie była i nie planuje. Za to zna nazwy wszystkich wiosek na Suwalszczyźnie, ułożyła w życiu ze dwa miliardy bukietów z polnych kwiatów i latem chodzi na nocne spacery w piżamie wdychać zapach wsi. Nigdy nie zabrali mnie na wczasy pod palmami, ani na narty do kurortu. Mają tych samych znajomych od podstawówki, za dużo książek i telewizor kineskopowy. Nie nauczyli mnie jazdy na rolkach, surfingu, ani przepychania łokciami. Gdy byłam nastolatką, kazali mi wracać do domu za wcześnie, żałowali mi kasy na martensy i imprezy.

Trzy lata temu zaskoczyli wszystkich tak, że całej rodzinie kopary opadły. Siebie samych chyba równie mocno. W ciągu miesiąca zmienili swoje życie, a w konsekwencji też swoich dzieci i wnuków. No bo jakiś miesiąc się bili z myślami,  czy wydać oszczędności życia na mały, lekko sypiący się domek z sadem, kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Od tego czasu spędzają tam każdy weekend i pół wakacji, w międzyczasie praktycznie mieszkając w Castoramie. Ich życie od tamtego czasu jeden toczy się na dwa domy. Do dziś chyba nie dowierzają, że spełnili to swoje marzenie o własnym siedlisku, że już nie jeżdżą co weekend po okolicznych lasach i polach, tylko piją zimne piwo pod własnym orzechem. Na imieniny dostają teraz od nas kosiarki, a pod choinkę – wiklinowe fotele (a mama ode mnie na każdą możliwą okazję dzbanki, ptaszki, poduszki, obrazki, słomkowe kapelusze). Naprawiają dachy, budują werandy, remontują kuchnie, łazienki, malują płoty, koszą, pielą, sieją i sadzą. Od tego czasu też jakby kochają się bardziej i uśmiechają się częściej.

Ja jako dziecko nigdy nie miałam wakacji u babci na wsi, żadnego wujostwa z gospodarstwem, które wypełniłoby moje dzieciństwo letnimi przeżyciami wioskowego życia. Żniwa, świniobicie, szukanie jaj w kurniku czy narodziny cielaka przeżyłam dopiero na dobre jako starszy dzieciak w zaprzyjaźnionej agroturystyce na Suwalszczyźnie. Nasze dzieci mogą już od maleńkiego spędzać pół lata biegając boso po trawie, karmiąc kury sąsiadów, mogą obsiewać grządki i później zbierać plony, zjadać porzeczki prosto z krzaka i pierwsze kwaśne wiśnie. Kopać z dziadkiem i babcią piłę koło stodoły, bawić się w berka w sadzie, obserwować zwyczaje bocianów, nietoperzy i szpaków. Jeść niedzielny rosół na werandzie i obserwować sarny w pobliskim lesie. Uwielbiają tam być uwielbieniem dziecka dla swobody, wsi i ukochanych dziadków, czyli totalnie. Sezon 2015, czas start. Dzięki, mamo i tato.

9-horz

1

5

4-horz

7-horz

8-horz

12-horz

29

31

19-horz

24-horz

20

22

18

26-horz

32

33

36

37