codzienność

ruszcie się do roboty, chłopaki! czyli o wielkich nieobecnych świątecznych przygotowań

Pogadałam sobie rano z mamą przez telefon. O tym, kto uszka, a kto makowiec, jakie śledzie i inne takie, przedświąteczne babskie ustalenia. Pogadałyśmy o piernikach, karpiach i o nich – wielkich nieobecnych przygotowań przedświątecznych. Nie tylko o naszych mężach, ale też o innych facetach, partnerach, ojcach i braciach. Nie tylko mojego małżonka i tatę sobie obgadałyśmy, ale szerzej – zjawisko całe. Nie o nich jednych więc jest ten tekst, choć pewnych inspiracji z własnego życia się nie wypieram. On jest o wszystkich tych, którzy doprowadzają Was aktualnie do szału oraz o takich, co niestety także do łez. Nie o patologicznych tradycjonalistach, ani o leniach patentowanych, rodzinnych ignorantach, tanich draniach ani o dupkach pospolitych, ale o wszystkich tych dziadach, którzy, choćby Bóg wie jak byli pracowici i myślący na co dzień, to i tak na czas adwentu zatracają swoje umiejętności przewidywania i organizacji.

Ja wiem, że Święta niejednemu potrafią odebrać rozum, ale nie do końca chyba kumam, jak to się dzieje, że z bystrego na co dzień człowieka, w grudniu wyłazi nieogar najgorszy. Jak to możliwe, że facet, który potrafi zarządzać skomplikowanymi projektami, złożonymi procesami, dużymi zespołami ludzi, tworzyć misterne harmonogramy, trzymające się kupy budżety, wszystkie te umiejętności zatraca, przestępując próg domu?!

Choć w pracy każdy projekt rozpisują na setki zadań własnych i swoich podwładnych, kiedy przychodzi do Świąt, włącza się im myślenie magiczne. Cuda, cuda, ogłaszają! Bo przecież paczuszki maku i bakalii same pojawiają się w kuchennych szufladach pod osłoną nocy, kostki masła, twarogi sernikowe i wiaderka śledzi wyrastają na półkach w lodówce jak podgrzybki po deszczu. Rolki ozdobnego papieru, taśmy klejące i kilometry wstążek po prostu miewa się w domu, ot tak, na czarną godzinę. Odrobinę gwiezdnego pyłu wystarczy sypnąć na kible, lustra i armatury, a te błyszczą się, niczym świeży śnieg w świetle latarni. Święta to przecież taki magiczny czas! Zwierzęta mówią ludzkim głosem, odświętne zastawy w pawlaczach polerują pracowite elfy, a dwunastodaniowe kolacje robią się same. Prezenty dla szesnastu osób? To robota dla Mikołaja, ewentualnie babska sprawa – nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Nienawidzi taki tłoku w galeriach, ty będziesz lepiej wiedzieć, co wybrać dla jego ciotki. On prezent kupuje jeden, dla Ciebie, zaplanował sobie to wyjście bardzo dokładnie – na dwudziestego trzeciego grudnia. Mniej więcej w momencie, kiedy zwykle zabierasz się za uszka.

No dobra, powiecie – nie można przecież oczekiwać za dużo. Wnioskowanie po jego poczynaniach zawodowych, że potrafi być zaangażowanym, skutecznym organizatorem, to droga donikąd. W domu to facetowi trzeba jak kawę na ławę wyłożyć jasno wymagania, stworzyć listę obowiązków, harmonogram. Powiedzieć – dziś myjesz okna, jutro ciśniesz do piwnicy po dekoracje, za tydzień dymasz na rynek po ryby. Nie oczekiwać, że stworzy playlistę świątecznych piosenek i wrzuci do koszyka posypki do pierniczków, kiedy był w sklepie po nabiał. Nie nastawiać się, że z własnej, nieprzymuszonej woli przyniesie Ci do domu gałązek do stroików albo obrus ładny wypatrzy w promocji. Powiecie – to tylko facet, całe życie był zwalniany przez różne życzliwe kobiety z myślenia o tym, skąd się biorą bombki i śledziki w occie. Proste, zgodne z predyspozycjami zadania, jasny przekaz. Poprosisz, to zrobi. Z właściwym sobie wdziękiem.

Wyjdzie dywan wytrzepać, wypali przy tym cztery fajki, pogada z trzema sąsiadami i wróci po godzinie, zasapany i spocony jak świnia, trzymając się wymownie za lędźwia. Znaczy się – strzykło mu. No i teraz to już nie ma opcji, musi się chłop położyć, podreperować nadszarpnięte heroiczną operacją zdrowie, plecy wygrzać. Choinkę przytarga, muskularnymi ramionami na czwarte bez windy wniesie, i obstaluje nawet. Karpia ogłuszy, jak na samca przystało, tak, że tryska krew na kafelki w łazience (przy czym – ta krew, kafelki oraz rybie wnętrzności to już Twoja broszka, on się brzydzi). Maku namieli, ale później to się musi walnąć na godzinkę, żeby dojść do siebie. Oprócz obowiązków typu samczo-rytualnego jest jeszcze inny rodzaj przedświątecznego znoju – degustacje. Mężowie, ojcowie i bracia to wszak naczelni testerzy pasztetów, profesjonalni recenzenci serników, niestrudzeni ewaluatorzy barszczu!

Zdarzają się tacy, co mają nawet swoje popisowe danie i ja już sama nie wiem, co lepsze – żeby je mieli, czy nic nie robili. Gadają o tym słynnym na pół miasta bigosie czy innych, najlepszych w regionie śledziach od listopada . Wyprawa po ingrediencje na pół dnia, bo to przecież jego słynny bigos jest, a on gówna nie będzie do garnka wsadzał. I tak – po kapustę na ryneczek, do baby, po śliwki do sklepu eko, po boczek do rzeźnika, po kiełbaskę na drugi koniec miasta, bo tam najlepsza. Grzyby suszone mu Ździchu obiecał, więc dyma do Ździcha, odrobinę się tam tylko zasiedzi i wraca, zaczyna te swoje rytuały. Zakasa rękawy i gusła odprawia, upieprzy pół kuchni, dosmacza, próbuje, cmoka – wreszcie, po siedmiu godzinach i dwunastu uwalanych garnkach – jest, spécialité de la maison! No i teraz klękajcie narody – bez niego Świąt by nie było.

A Ty już tylko naczynia pomyjesz i możesz sobie cichutko szykować po nocy te swoje ryby na trzynaście sposobów, sałatki, barszczyki, wreszcie możesz zabrać się za lepienie pierożków, wypiek makowca, gotowanie kompotu. Spakujesz trzydzieści pięć upominków, obrusy przelecisz i już prawie, prawie, już zaraz pierwsza gwiazdka. Tymczasem pan ma relaks, ze szklaneczką czegoś mocniejszego zainstalował się w fotelu i tak będzie siedział aż do Wigilii, kiedy to na godzinę przed przyjściem gości zajmie łazienkę i będzie w oparach odmakał, golił się z namaszczeniem, wody kolońskie stosował, krawatami i spinkami się ozdabiał.

I mogłabym pewnie ich tak pogrążać dalej, tyradę całą popełnić, bo rozpędziłam się, nie przeczę. Ale wystarczy. To i tak za dużo jak na wielkich nieobecnych. Ja tylko chciałam dodać swoje trzy grosze do tej dyskusji, która powraca co rok o tej porze – że wyluzujcie kobiety, przestańcie się tak ciśnieniować, nauczcie się wreszcie odpuszczać, wyzwólcie się z okowów niechlubnej tradycji świątecznego zajechania się. Skończcie z tym myciem okien dla Jezuska, zaprzestańcie nerwówki, wyjdźcieże z tych kuchni, drineczka walnijcie czy coś, no uśmiechnijcie się wreszcie – nastał radosny czas, więc radujcie się, zamiast gderać.

Bardzo chętnie. Ja o niczym innym nie marzę. Chciałabym z lampką wina w dłoni gapić się na światełka i słuchać świątecznych piosenek. I znów zastanawiam się – gdzie popełniłam błąd? Co robię nie tak, że mimo zapobiegliwego rozpoczęcia przygotowań dużo wcześniej, mimo skrupulatnego planowania, ograniczania liczby prezentów i potraw, mimo totalnego braku ortodoksji w kwestii pucowania całego mieszkania, a także całej swojej świadomości – co robię nie tak, że znowu się tak czuję? Mniej się raduję, a więcej gderam. I tak sobie myślę – może to jednak nie ja? Bo przecież jakoś udało mi się pogodzić miesiąc intensywnej pracy ze znalezieniem, zamówieniem i spakowaniem wszystkich prezentów. Dałam radę i pisać po nocach, i jednocześnie naznosić do domu tych wszystkich papierów, wstążek, serwetek, posypek, gałązek. Tworzyłam harmonogramy postów na bloga i prac domowych. Listy maili do odpisania i te z zakupami do świątecznych potraw. Prowadziłam równolegle projekt “blog” i projekt “Święta”. Tylko byłam z większością tych rzeczy sama, więc dziś, na tydzień przed Świętami, po dziurki w nosie mam tego pieprzonego multitaskingu, tej grudniowej ekwilibrystyki, tych wszystkich drobiazgów, od których mi już głowa pęka.

Oho! – pomyślicie – u Polkowskich na noże idą. Atmosfera jest gęsta, nie przeczę. Zmęczenie i frustracja odbierały mi w ostatnich tygodniach radość przygotowań. I choć wiem, że jak co roku – na ostatniej prostej już nie będę sama, i że znowu się pogodzimy, a do Świąt będzie znów miłość przy choince, to taki apel mam do Was, chłopaki – weźcie się ruszcie do roboty. Dajcie szansę się wyluzować. Pozwólcie nie gderać, nie pędzić, nie nakręcać się.

Bo za każdą wkurwioną kobietą stoi jakiś facet, który niespecjalnie zastanawia się, skąd się biorą bombki i śledziki w occie. Jakiś zrośnięty w fotelem ojciec czy inny niefrasobliwy mąż.

Dorośnijcie, chłopaki.

Nie zabierajcie nam frajdy.

2

4

5

6

7

8

9

10