felietony

jaki kraj, taki Zeitgeist – rok 2016 w wyszukiwarce Google

Co trzeba zrobić, żeby znaleźć się na liście najczęściej wyszukiwanych w internecie nazwisk? A to różnie: ukraść biżuterię w klubie fitness, wygrać wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, utonąć w Warcie przy lekkiej pomocy kolegi z pracy. Zwyczajnie umrzeć wystarczy. Tylko wcześniej trzeba zazwyczaj coś jeszcze osiągnąć – nagrać parę znanych na całym świecie płyt, napisać kilkadziesiąt felietonów i tekstów piosenek, wyreżyserować sześćdziesiąt filmów. Ale nie trzeba. Ludzi zasadniczo bardziej interesują aktorki – złodziejaszki niż wybitni reżyserowie.

Ciężko z najpopularniejszych haseł w Google zbudować jakiś spójny Zeitgeist*. Mnie się to przynajmniej kupy nie trzyma, mimo że socjolog jestem. Nie znajduję wspólnego mianownika dla “Wołynia”, Pazdana i Marii Czubaszek. Polaków interesowały w mijającym roku przedziwne zagadnienia, a ja nie podzielam z nich ani jednego. Moje zainteresowania nie pokrywają się niestety z dominującym nurtem. Duch naszych czasów sobie, a ja sobie. Polaków interesowały przede wszystkim pokemony. Krejzi szit. Ale też – czy wymawia się “Ejwon” czy może “Awon”. To dobrze, znaczy się ludzie chcą się poprawnie wysławiać. Ludzie chcą też robić domowe lody, kotyliony, przyrządzać szpinak. Ale bardziej jednak pragną wiedzieć, jak zarejestrować kartę “Moja Biedronka”. I tu  nie jestem pewna, jak sprawę skomentować. Bo że rodacy pragną jeść szpinak – tylko przyklasnąć. Kotyliony – też fajnie, lepsza to wszak dekoracja na Święto Niepodległości niźli kominiarka. Może nie wyraża w równym stopniu uczuć dla ojczyzny, co raca, ale zawsze spoko. Domowe lody – popieram, doskonały wybór, jeszcze będą z nas ludzie. No a ta karta? Z jednej strony – duch przedsiębiorczości w narodzie nie ginie. Coś się przyoszczędzi, coś się wygra. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że nie uczestniczyłam w zbiorowej histerii związanej z gangiem świeżaków. Ciężko mi też zrozumieć ten hype na zwykłe maskotki, tę słabość dla Śliwki Sabinki i Patryka Pomidora. Nic do nich nie mam zasadniczo, ale sprawa jest zagadkowa, przyznacie. Pozostaje w tym miejscu tylko przyklasnąć Biedrze posunięcia z tą kartą, co to ją ludzie tuż po wniosku o 500+ szukali w Google.

Sam program, choć nie tak popularny w wyszukiwarce jak Ejwon czy Pokemony, jest czwarty na liście, a zatem ludzie pytajo, interesujo się. Masowo, można by powiedzieć. Wspaniale, że wreszcie nastał dobrobyt. Ludzi stać na kosmetyki i szpinak. Można rzucić robotę i będzie za co węgiel na zimę opłacić. Dzieci poodbierać z biduli i rodziny rozbite biedą połączyć w miłości. Niestety brakuje aktualnie pół miliarda na wypłaty, ale kto powiedział, że kiełbasa wyborcza jest tania? Dziurę budżetową załata się kasą z obligacji, tylko wcześniej trzeba wydać pięć baniek na stosowną kampanię na blogach. Panie blogerki namówią rodziny, żeby swoje 500+ z powrotem do rządu oddawały. Że na marzenia dzieci się w ten sposób odkłada. Sprytne, co?

Ach, te blogerki, kto by nie chciał jak one! Leżą tylko i pachną, pławią się w darach losu i kasie z reklam. Niby sprzedajne świnie, ale chętnych nie brakuje. Zarabiać kilka średnich krajowych nie ruszając się z domu brzmi jak coś, co wielu chciałoby przeżyć. Nie więc dziwnego, że o to, jak zarabiać na blogu pytano w ubiegłym roku w internecie częściej niż o odmawianie różańca. Na tym drugim wszak nie bardzo da się wzbogacić, jak wiadomo. To ja Wam powiem jak. Można założyć bloga i wydać wiele tysięcy złotych na reklamę i pozycjonowanie, żeby szybko fanów nastukać. Zwróci się. Zatrudnić fotografa, okraszać każdy wpis zdjęciem swojej ładnej buzi, poruszać kontrowersyjne kwestie, tematy mieć pod wyszukiwarki, napierdalać post za postem, koniecznie w stylistyce a la dziennikarstwo śledcze rodem z Super Expressu.  Jest też druga, mniej popularna ścieżka, ale to na niej lepiej się znam. Można się wkurwić, że życie ucieka, że się człowiek wypala nie na tym, co trzeba. Można nie wiedzieć jak, ale się dowiedzieć. Czytać, pytać, eksperymentować. Napierdalać post za postem po nocach, po pracy, jak dziecko śpi, okraszać je swoimi koślawymi zdjęciami potraw i wnętrz. Nauczyć się robić lepsze zdjęcia, nauczyć się o serwerach, domenach, wtyczkach i widgetach. Uczyć się i napierdalać, i  tak przez trzy lata, dzień w dzień. Pisać i pstrykać, pstrykać i pisać, piec i gotować, ozdabiać kwiatami, umyć miliard naczyń. Wzruszać i bawić, intrygować i inspirować. Stylizować, projektować grafiki, kupować czcionki, odpowiadać na dziesiątki, setki, tysiące wiadomości, w zdrowiu i w chorobie, w soboty, niedziele, w Święta i na wakacjach, przy dzieciach i bez dzieci, z dzieckiem przy piersi. Stawać się w tym coraz lepszym, mieć wzloty i upadki, nie mieć siły, nie mieć z tego kasy, mieć chwile zwątpienia, ale kochać to coraz mocniej. Zyskać fanów, czytelników i miłośników. Mieć ich średnie miasto. I kiedy już miało się ostatecznie stracić nadzieję i znaleźć sobie pracę za średnią krajową, zacząć robić kampanie dla czołowych marek, być z tego dumnym, wreszcie mieć z tego adekwatne wynagrodzenie.

Wysłuchiwać każdego dnia, jak jest się żałosnym. Jak się obniżyło loty, jak się nisko mierzy, jak się człowiek sprzedał i jaki jest beznadziejny. Mam nadzieję, że Ci, którzy będą w okienko w Google wpisywać “jak zarabiać na blogu?”, znajdą moje słowa. Odpowiem im: talentem i ciężką pracą, drodzy wyszukujący. Tak właśnie można osiągnąć sukces, a potem nie móc się nim cieszyć.

Bo jak odmawiać różaniec ja niestety nie wiem. Choćbym chciała nawet, jak o tym wszystkim pomyślę.

*Więcej o roku 2016 w wyszukiwarce Google znajdziecie na stronie Google Trends.