codzienność

przygotowania do Świąt z dziećmi – oczekiwania vs rzeczywistość

Myślałam – to będzie piękny grudzień. Między kolorowe ołówki i spinki do włosów nawpychałam do kalendarza adwentowego zadań. Aktywności były to przedświąteczne i bardzo rodzinne. Wyjście na łyżwy, wspólne wytwarzanie ozdób choinkowych, produkcja domowych pianek do kakao, wieczór filmów świątecznych, wreszcie – wyjazd po choinkę do lasu. Myślałam – będziemy pławić się w tym naszym domowym ciepełku. Będziemy wycinać, wyklejać, szukać najpiękniejszego drzewka w wirującym śniegu. Będziemy tacy szczęśliwi, że chyba się zesram. A, zesrajmy się wszyscy nawet, byle z uśmiechem na ustach. To będzie piękny grudzień!

Nadszedł dzień pierwszej karteczki w kalendarzu. Po kilku paczuszkach z marcepanami, nugatem i papierniczymi drobiazgami, to niepozorne zawiniątko było zawodem. Sobota rano, pognały w stronę kalendarza, Zośka rozwija papierek i czyta “robimy ozdoby choinkowe”. “Aaa – mówi – super”, ale jej mimika nie zdradza entuzjazmu. “Nie cieszysz się?” – pytam. “No cieszę przecież” słyszę i widzę twarz beznamiętną. A mówili, że najlepsze, co można dać dziecku, to czas. Się mylili chyba. Jeszcze będzie przepięknie, pamiętam przecież te cudowne grudniowe popołudnia, kiedy lepiłam z mamą pawie oczka, też będę taką mamą, a co.

Poprzedniej nocy spadł śnieg. A że zjawisko to w naszej szerokości geograficznej coraz rzadsze, postanowiliśmy pojechać na sanki, na wieś. Taki bonus spontaniczny, jak pięknie wpisał się w moją wizję grudniowych weekendów. Sanki skubane nic a nic nie chciały się ślizgać po zmrożonej powłoce, ojciec przeciągnął je więc tylko drogą przez pół wsi, o mało przy tym ducha nie wyzionąwszy, ale słyszymy: “słabo”. Że do dupy z takim śniegiem i w ogóle to jedźmy już do domu. A że Hanka trzęsła się już, jakby ją kto zatrzasnął w kriokomorze, a odcień jej skóry zaczynał się robić niepokojący, to wróciliśmy. No i ekstra, bo przecież dziś robimy ozdoby choinkowe, jupikajajej. Wracamy, ciemno już, zapalamy lampki i świece, robimy herbatę, wyciągam wszystkie moje zapasy najpiękniejszych papierów, łącznie z tymi nietykalnymi. Daję im grzebać w sznureczkach i tasiemkach, nawet tych zabronionych na co dzień. Klimat jak nic do zesrania. Wycinam gwiazdki, doczepiam koraliki, ubabrana jestem brokatem po łokcie. Hanka ryje w tych moich zapasach z delikatnością tarana, drze, ciapie klejem, nacina, rozwleka po chałupie. Zośka znalazła baloniki i postanowiła zamiast ozdób naszykować instalację powitalno – dziękczynną dla Mikołaja, nadmuchała ich więc z dziesięć, powiązała sznurkami, dodała kartkę okolicznościową i poszła, a ja zostałam jak ten debil przy stole pełnym papierów, ścinków, sznurków i brokatu. Wyprodukowałam pięć gwiazdek z koralikami, pięknych jak cholera, ale nikt ich nawet nie dostrzegł, bo już cała banda poleciała do łazienki, szykować kąpiel z pianą. Pierwsze koty za płoty – pomyślałam i zaczęłam odliczać dni do kolejnego weekendu. Tym razem dam czadu.

Drugi weekend grudnia już powoli zasiał w moim sercu niepokój. Że może lekka przeginka z tymi atrakcjami, przecież Święta się same nie zrobią. W prezentach bryndza, jakieś smutne niedobitki tylko na dnie szafy, koncepcji na resztę – brak. Podobnie jak czasu, żeby ich wreszcie poszukać, wirtualnie czy w realu – nieważne. Nic to, jak nie dam rady, jak przecież dam radę. Jedziemy z tym koksem, na kalendarzu – świąteczne filmy i jarmark świąteczny. Wtedy przypomniałam sobie, że przecież umówiłam się z koleżankami na drinka, dużo wcześniej już, po tygodniach ustalania terminu i miesiącach nie widzenia się. Trochę bolało – bo nikt przy zdrowych zmysłach nie wybrałby chyba picia alkoholu z kumpelami zamiast Kevina z siedmiolatką, ale poszłam. Dziecko przeprosiłam, porzuciłam rozczarowane w połowie tej klasyki świątecznej kinematografii i poszłam, w niwecz obracając swój własny plan. Na nowy rok lepszy terminarz trza będzie ogarnąć, albo nową głowę, bardziej niezawodną. Za to niedzielny wypad na jarmark już za to był istotnie rodzinny. Nie tylko w komplecie domowników bowiem wybraliśmy się, ale nawet z przydatkami w postaci znajomych oraz połowy Gdańska. Było pięknie, nie licząc tego, że Hanka połowę przespała, a Zośka zaliczyła fakap ze sztucznym lodem. Drobiło po dudniącym, białym plastiku jeszcze kilkoro rozczarowanych kilkulatków, ale z nich to moja córka jako pierwsza okrzyknęła ten przybytek chałą i czmychnęła czym prędzej, marnując tym samym moją ciężko zarobioną dychę. Na karuzeli kręciło jej się w głowie, Hańcia była ciężko przerażona. Nie wiem czym bardziej – złowrogo łypiącymi końmi czy tym, że zawirował świat. Jeszcze tylko koło widokowe, w którym było wysoko i duszno, potem szybka runda po budach – tam tylko rzut oka na ręcznie malowane bombki i wełniane czapki, jeszcze tylko pieczony ziemniak – kręciołek, z tłuszczem kapiącym na buty i już można iść do domu, urwać się z tego świątecznego horroru. Ach, te przedświąteczne, rodzinne atrakcje, jestem szalona, mówię Ci. Już widzę ten medal dla najlepszej mamy, który wieszam sobie na ścianie.

W kolejny weekend byłam już ciutkę zmęczona całym tym przeświątecznym szaleństwem, ale dotrzymałam słowa i stałam dzielnie, szczękając zębami, machając moim dzieciom, śmigającym po tafli lodowiska. Białe szaleństwo, psiamać. Duch Bożego Narodzenia unosił się w powietrzu normalnie, zwłaszcza jak biegliśmy w strugach deszczu do samochodu. Robienie pianek jakoś nam umknęło. Pianki moje dziecko zasadniczo woli zjadać niźli wytwarzać. Pierwszego wieczora była zmęczona, więc przełożyłyśmy zabawę na kolejny – za dużo zadali. Dwa dni później leciał fajny film, a potem to już odeszła w niebyt. Ta atrakcja szałowa. Na koniec najlepsze – wyjazd do lasu po choinkę. Już widziałam te zdjęcia, które tam zrobię, jak do amerykańskiej rodzinnej kartki świątecznej. Śnieg będzie chrupał pod nogami, wirował w rześkim powietrzu, będziemy ganiać się między drzewkami i rzucać śnieżkami. Oczywiście na slow motion. Wybierzemy najpiękniejsze, a potem silny mąż i ojciec zetnie je jednym ruchem, ku zachwytowi swoich kobiet i na plecach zaniesie je do auta, oczywiście na slow motion, wśród wirujących płatków śniegu. Niestety, dzieci nie podzielały mojego entuzjazmu. Były kotkami w bazie i nie zamierzały się stamtąd ruszać, więc batalia, groźby i szantaże. Kiedy wreszcie wyszliśmy, miałam łzy w oczach. Po drodze chciałam zaintonować rodzinne śpiewanie, zabawne dialogi, w końcu – jakiekolwiek dialogi. Jedna śpi, drugiej niedobrze, stary zamyślony. Za oknem szaro, ciemnica, ani grama śniegu, po godzinie dojechaliśmy do miejsca, które okazało się być nie lasem, a kawałkiem pola przy szosie. Zamiast radosnych gonitw wśród drzewek miałam dzieci w kolejności wieku odpowiednio: zaspane i obrażone, oba odmrożone, kulące się z zimna. Właściciel plantacji ma z nas bekę, mówi, że ma pięć stoisk w Gdańsku. Na to ja, że my sami wybierzemy i zetniemy, że to taka rodzinna atrakcja ma być. Rzucił tylko okiem na mojego męża i ryknął “Marian, chodź, zetniesz panu!”.

Potem już tylko powrót do domu w milczeniu i wieczorne odkrycie, że w zasadzie to nie mamy co z tą choinką zrobić, że ani stojaka, ani ziemi do donicy. Oraz drugie, jeszcze smutniejsze – że drzewko nie pachnie. No dobra, wtopiłam, przekombinowałam, przyznaję. Wystarczyło pójść na placyk pod Lidlem, nie zmarnowalibyśmy całego popołudnia. Bo czasu to już teraz serio niewiele, prezentów nadal może maksymalnie połowa, dwie puszki ciastek, żadnych zapasów, porządków, nic. Tylko walka z czasem. Bo taki weekend z atrakcjami to przecież nie zwalnia ze śniadania, obiadu, sprzątania łazienki. Nakarmić i wyprać trzeba. We wszystkie grudniowe niedziele siadaliśmy bardzo późnym wieczorem na kanapie, bardzo zmęczeni, z tygodnia na tydzień coraz bardziej sfrustrowani. Sielskie wizje pękały w zderzeniu z rzeczywistością niczym te bombki, co to je wczoraj Hańcia zderzała z podłogą.

Tak, to wina wyobraźni. Snucia wizji, układania scenariuszy. Zakładania, że wszyscy zachowają się tak, jak zaplanowałam. Że każdy będzie miał radochę z tego, co ja. To także chęć dawania jak najwięcej. Przestrzegam więc z tego miejsca wszystkie świąteczne elfy i narwanych domowych kaowców przed rozczarowaniami. To nic, że dzieciaki nie chcą piec z Tobą ciastek, nawet jeśli zaplanowałaś Wam wspólne wykrawanie. Nie martw się, że nie ubierają z Tobą choinki, mimo że ty z dzieciństwa zapamiętałaś tę chwilę jako najszczęśliwszą. W tym momencie dla nich fajniejsza niż wieszanie bombek będzie zabawa pustym pudełkiem albo gonitwa z łańcuchami. Deal with it. Shit happens. Keep calm & carry on.

Przygotowania do Świąt z dziećmi to sztuka odpuszczania. Należy pogodzić się z minimalizmem w temacie porządków i potraw, nie ma opcji, żeby przy tej szarańczy błyszczała chałupa, a stół uginał się od fikuśnych dań. Gotuj i piecz, człowieku, jak tu co chwilę coś. Jak nie kupa, to afera, jak nie afera, to jeść. Albo powyjmują Ci wszystkie ciuchy z szafy w trakcie jak ty robisz ciasto. Przygotowania do  Świąt z dziećmi to także sztuka odpuszczania własnych marzeń, gotowych scenariuszy, swoich oczekiwań. To silna wiara w to, że nie ma idealnych rodzin, są tylko dobre filtry na Insta. Bo prawie każde rodzinne, świąteczne selfie maskuje jakieś braki, niedobory, przykrywa jakąś pustkę czy rozczarowanie. Szczęśliwe Święta z dziećmi zapewni tylko otwarty umysł i luźna gumka w gaciach. Bo Święta z dziećmi to pstrokate choinki i koślawe pierniki, niedomyte podłogi i najlepsza zabawa właśnie wtedy, kiedy ty stawiasz obiad na stole. Bo czasem magia leży zupełnie gdzie indziej niż ty ją zaplanowałaś.

Z życzeniami otwartych umysłów, luźnych gumek, odpuszczania i fantastycznych przygotowań do Świąt,

Wasza A.

10

16

15

14

19

11

17

20

21

18

Podobno jestem z tym już troszku nudna. Z tymi pankejkami. Wzięłam sobie do serca te słowa i od wakacji nie nudziłam kolejnymi przepisami. A trzeba Wam wiedzieć, że ja wciąż coś innego do nich dodaję, w zależności od okazji i pory roku. Dodatkowo mam tę słabość, by wokół Świąt wszystko świątecznym czynić, więc uczyniłam. I powiem Wam, że strzał w dziesiątkę. Hit normalnie. Tak jedli, że chciało mi się płakać. A już Zosia to najpiękniej, jej entuzjazm troszkę podbudował moje nadwątlone ego niespełnionego elfa. Jeśliś więc podobny świr, a nawet jeśli nie, tylko lubisz orzechy, pierniki albo marcepan, nasmaż rodzinie. Może okazać się, że ucieszą się bardziej niż z wycieczki po choinkę.

1

 

3

2

5

6

7

9

8

ŚWIĄTECZNE PANCAKES

bakaliowo – korzenne z marcepanowo-makowym jogurtem

Idealne na przed- i poświąteczne śniadania. Smakują trochę jak dobry keks, a trochę jak piernik. Też dobry zresztą. Bardzo puszyste i aromatyczne. Najlepsze słodkie smaki Świąt w jednym daniu i wcale – o dziwo – nie za dużo dobra na raz, smak jest zbalansowany. Omaściłam je odkryciem ostatnich tygodni, w wykonaniu własnym. Zakochałyśmy się z dziewczynami w niemieckim jogurcie w słoiku – marcepanowym z makiem, obłędny jest. Przygotowałam podobny sama, z braku maku (sic!), dosypałam doń nasion chia. Wyszło zdrowiej, choć kto ma mak, niech sypnie, będzie bardziej świątecznie.

Składniki:

  • 350 g jogurtu naturalnego
  • 2 jajka
  • cukier waniliowy
  • czubata łyżka miodu
  • łyżka oleju lub rozpuszczonego masła (użyłam oleju kokosowego)
  • sześć czubatych łyżek mąki (użyłam pszennej, większość mąk się nada)
  • pół łyżeczki cynamonu
  • pół łyżeczki przyprawy do piernika
  • pół łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/3 łyżeczki sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • bakalie (u mnie: dwie garście rodzynek, dwie garście pokruszonych pekanów, dwie garście posiekanych orzechów laskowych, generalnie ilość i skład wg uznania)

Przygotowanie:

  • jogurt wymieszać z żółtkami (białka wbić do osobnej miseczki), cukrem i miodem
  • w osobnej misce połączyć suche składniki: mąkę przesiać i wymieszać z sodą, proszkiem i przyprawami
  • mieszając lub miksując, dodawać stopniowo mąkę z dodatkami aż do powstania dość gęstej masy
  • ubić białka na sztywną pianę, wmieszać ją delikatnie w ciasto naleśnikowe wraz z bakaliami
  • rozgrzać patelnię, posmarować ją odrobiną oleju (używam do tego ręcznika papierowego) i kłaść po dużej łyżce ciasta, formując zgrabne, okrągłe placuszki
  • smażyć po ok. 2-3 minuty z każdej strony na złoty kolor

Jogurt marcepanowo – makowy

Składniki:

  • 300 g jogurtu naturalnego (grecki będzie super)
  • 200 g masy marcepanowej (bez czekolady, sam marcepan, kupicie ją w Lidlu i innych marketach, w Ikei nawet)
  • 3-4 łyżki mleka
  • 1-2 łyżki maku

Przygotowanie:

  • masę marcepanową porwać na nieduże kawałki
  • mleko wlać do rondelka, postawić na gazie, dodać marcepan i podgrzewać, mieszając aż do rozpuszczenia marcepanu, powstanie z tego gęsty krem
  • lekko go przestudzić, wymieszać dokładnie z jogurtem, wsypać mak, odstawić do lodówki, by nieco zmiękł
  • polewać nim placuszki niczym sosem jakim