wnętrza

przydasie i masthewy – nowe dodatki do salonu

Po otwarciu drzwi od piwnicy, naszym oczom ukazywała się ściana. Ściana rzeczy konkretnie. Czego tam nie było! Wszystko, tylko nie przetwory na zimę – sanki, rowery, wory ciuchów – za małych, niemodnych, czekających na Hankę albo na lepsze (chudsze) czasy.  I różne takie – no wiecie, graty po prostu. Takie, na które w domu nie ma miejsca. No bo jak ma być w dwóch szafach i na pięćdziesięciu metrach miejsce na wszystkie te: lampy, które przestały mi się podobać, ramki, które już nie pasują, naczynia passe i kosze już nie w moim guście. Wyrzucić szkoda, a sprzedać się nie chce. Bo przydasie. No i tak tych przydasiów zebrało się tyle, że po otwarciu drzwi zastałam ścianę rzeczy, a to daje do myślenia. W pierwszym odruchu, zawsze, gdy przedmioty przejmują nade mną kontrolę i wysypują się z piwnicy, wylewają z szafy, zawsze, gdy kolanem dociskam rzeczy w szufladzie, łokciem zabawki w szafkach myślę sobie – większe mieszkanie, potrzebne nam większe mieszkanie. Trzy sypialnie, wielki salon, garderoba i mnóstwo szaf. Marzy mi się sto metrów dla…wszystkich moich rzeczy. Mieszkałyby sobie wygodnie na wielu półkach i w licznych szafkach, czekałyby w kartonach aż znowu zechcę mieć czerwone kubki  czy fioletowy dywanik. Po chwili przychodzi opamiętanie – czyli mamy brać kredyt, wypruwać sobie flaki przez kolejnych trzydzieści lat po to, żeby pomieścić wszystko to, czego nie potrzebujemy? Jasne, jest wiele innych powodów, ale tak naprawdę nie jest nam jeszcze jakoś specjalnie ciasno, nie nam – naszym rzeczom jest.

Wyrzucałam więc bezlitośnie, na śmietnik poszło kilka sporych worków. Zaczęłam wreszcie sprzedawać. Straciłam nadzieję, że zostanę kiedykolwiek minimalistką, postanowiłam więc wymieniać. Nie jak do tej pory – nowe na półeczkę, stare do piwnicy, bo za pół roku znów będzie ściana. Miewam takie fazy złości na siebie, że za dużo tego grata znoszę do chałupy, zastanawiam się, czy to już nie jest takie życie, żeby mieć. Ale to jak z kolekcjonerami czegokolwiek – taka szajba i nie pogadasz. Uciekam od nich, a i tak mnie znajdują – te wszystkie nowości, piękności, masthewy i przydasie. Dają mi radość, uwielbiam je.

11

6

2

5

15

1

12-horz

2-horz

Jak byłam mała, zazdrościłam ekspedientkom w spożywczakach. Myślałam, że to najlepsza praca pod słońcem, bo kiedy tylko ma się ochotę można sięgnąć po czekoladowe cukierki na wagę albo ciepłe bułeczki (o Boże, od dziecka byłam żałosnym żarłokiem!). Dziś mam takie same uczucia w stosunku do pań od sklepów wnętrzarskich. Zazdroszczę im pracy marzeń – bo na swoim, dla siebie, po swojemu i wśród pięknych przedmiotów. Jedną z pań, której zazdroszczę jest Ania z Livebeautifully – jednego z moich ulubionych sklepów ze skandynawskimi dodatkami. Pocieszam się, że z takim sklepem może być podobnie jak ze studentami medycyny, którzy na pierwszych zajęciach w prosektorium mdleją, by semestr później jeść kanapki nad denatami – czyli że można się uodpornić. W tym przypadku oznaczałoby stopniowe wygasanie nieposkromionej potrzeby posiadania tego, co ma się na stanie i nie podbieraniu dla siebie połowy asortymentu. Tak sobie tylko gdybam, nie wiem, czy to w ogóle możliwe w moim przypadku, bo póki co zawsze mam ochotę na połowę asortymentu Livebeautifully. Ania mimo upływu czasu wydaje się być wciąż wkręcona – wystarczy spojrzeć na jej piękne zdjęcia na Facebooku, widać, że są wykonane z zachwytem i miłością do piękna. Widać też u niej – podobnie jak u mnie – fazy i fascynacje, w ostatnich miesiącach (high five!) w nowościach przybywa industrialnych smaczków, czerni i bieli. To już dwa lata odkąd powstał Livebeautifully, a mam wrażenie, że Ania wciąż jest w fazie mdlenia w prosektorium.

Z okazji urodzin sklepu mamy dla Was prezent (to już urodzinowa tradycja!):

kod

Kod rabatowy będzie ważny do 17 maja.

 Moje nowości z Livebeautifully:

poszewka “good things take time” – TU

wazon origami – TU

wazon Evi – TU

świecznik kwadratowy – TU

świecznik w trójkąty – TU

świecznik geometryczny – TU