felietony

pozdrowienia z letargu

Wywalono Was kiedyś z pracy? Bo mnie nie – do wczoraj. Nigdy nie zerwał ze mną żaden chłopak, nikt mnie znikąd nie wydalił ani nie wylał, jakoś mi się w miarę wszystko udawało, a tu – jeb, taka sytuacja. Chcecie wiedzieć, jak to jest? W sumie to każdy ma inny układ nerwowy, ale mi zrobiło się gorąco, cholernie gorąco. Kark i dekolt piekły strasznie, jakby ktoś polewał je wrzątkiem, dziwne w sumie, jak to ciało reaguje, w momencie, gdy słyszysz, że to już koniec.
Potem przyszła ulga, że skończyła się wreszcie bolesna agonia. Wprawdzie smutna to ulga, bo to nie ja tę agonię zakończyłam, bo nie zdążyłam, ale jednak ulga, że już nie muszę dłużej udawać. Że przeniosę się wreszcie do bardziej mojego świata.
Kolejna faza to był ryk, płakałam długo aż oczy zapuchły mi dokumentnie. Ich strumień trochę przyspieszyła  nalewka porzeczkowa, której cały wielki słoik dał mi teść na osłodę tego gorzkiego wieczoru. Wypiłam cały sama, piłam, aż zrobiło mi się niedobrze. Poszłam spać znieczulona i spuchnięta, by obudzić się jeszcze bardziej spuchnięta, wyglądam teraz jak Gołota po walce, serio. Czułam wszystko i nic. Włączyłam na całą parę muzykę i zaczęłam sprzątać. Sprzątanie daje to złudne poczucie kontrolowania rzeczywistości, które w takich sytuacjach bardzo pomaga. Jednak ja poczułam się żałosną, zapuchniętą babą w dresie, która biega ze ścierą i ryczy przy piosenkach Adele. Gdy skończył mi się już jej dramatyczny repertuar byłam bliska włączenia Gotye, pomyślałam, że tak nisko już nie upadnę. Osiągnęłam kres żałości i pora wziąć się w garść. 
Bo przecież tego chciałam – czasu. Właśnie dostałam płatne trzy miesiące wolności i tylko ode mnie zależy, co z nią zrobię. No właśnie – co z nią zrobię? Muszę zatrzymać ten strumień świadomości i wyłuskać z niego na chłodno to, co ma sens. W jednej chwili planuję, że zacznę biegać, by za chwilę szukać kursu szycia, wyobrażam sobie, jak przychodzi wiosna, a ja w kolorowej sukience jeżdżę moim holendrem na targ po młode warzywa. Tylko że za to nikt mi nie zapłaci. Pewną pociechą jest fakt, że wreszcie będę mieć dużo czasu na bloga, że wreszcie mogę gotować i pstrykać w dziennym świetle, że zrobię te wszystkie rzeczy w domu, które planuję od dawna i je Wam pokażę. No tak, ale za to też nikt nie płaci. Dostaję wprawdzie czasem fajne produkty od sklepów, które pokazuję na blogu, ale przecież tym nie zapłacę za prąd.
Mój mąż powiedział, że to była ostatnia rzecz, która łączyła mnie ze starą mną – tą sprzed roku, sprzed bloga i sprzed czasu, kiedy sięgam po to, o czym marzę, zamiast miotać się po własnym życiu jak ćma po szybie. Czuję odpowiedzialność, muszę tym razem pokierować nim mądrze i to mnie trochę przeraża. Najpierw muszę się wyrwać z letargu, posprzątam te zapłakane chusteczki, spróbuję zapełnić kalendarz sensownymi zadaniami. O, właśnie wyszło słońce.