hity miesiąca

Polkowelove – październikowe nowości

The Ordinary

Jestem totalnie zafascynowana tym konceptem. The Ordinary to marka, która moim zdaniem ma szanse zrewolucjonizować rynek kosmetyków swoim podejściem – prostota, minimalizm, naukowe formuły i świetne ceny. Proste składy o udowodnionej klinicznie skuteczności, nie testowane na zwierzętach preparaty, transparencja w działaniu firmy to moim zdaniem przepis na sukces w przemyśle, który wciska ludziom za dużo kitu. The Ordinary to zupełnie nowe podejście do klienta i pielęgnacji – kremy, kwasy i olejki, będące rozwiązaniem konkretnego problemu, z których układać można dedykowane programy pielęgnacyjne, zgodnie z zaleceniami marki. Na pierwszy ogień wzięłam trzy produkty, każdy za niecałe 30 zł sztuka (!). Stosuję je regularnie od miesiąca (na przemian z innymi kremami, olejkami i maseczkami, które miałam już wcześniej) i muszę przyznać, że moja skóra dawno nie była aż tak gładka, ujednolicona i rozjaśniona. Na równomierną fakturę i przebarwienia używam kremu z witaminą C i peelingu z kwasem mlekowym. Bardzo sobie chwalę też serum pod oczy z kofeiną, jestem wyraźnie mniej opuchnięta rano, od kiedy go używam.

Kosmetyki The Ordinary zamawiałam tutaj – wielu preparatów nie było, czekałam grzecznie na dostawę, co się pewnie może znów zdarzyć. Marka podobno nie nadąża z produkcją 😉 Ewentualnie szukajcie zagranicą, warto!

kosmetyki the ordinary

peeling z kwasem

krem na przebarwienia

Matowe pomadki

Niech je szlag trafi! Efekt matowych ust podobał mi się od dawna, ale co ja się nawkurzałam, zanim udało mi się go uzyskać w satysfakcjonującym kształcie. Od początku byłam nieufna – bałam się skorupy i efektu zaschniętej rodzynki, zaczęłam więc eksperymenty od tanich produktów i – omatkoboska – serio nie rozumiem, czemu nie poddałam się po pierwszej próbie. Acha, już wiem, bo pierwsza była akurat spoko – brązowawa pomadka w płynie Bell Chillout z Biedry, rzadka, kremowa, dobrze się rozprowadzała, nie ściągała ust. Nie było też specjalnej trwałości ani efektu wow, ale ścierała się dość urokliwie – lekko znikając, a nie wałkując się na wargach. Szukałam jednak bardziej różowych odcieni i tu trochę zbłądziłam – trzymajcie się z dala od matowych pomadek Wibo, jeśli nie macie ochoty używać do demakijażu papieru ściernego ani rozpuszczalnika. Przez moment bałam się, że pomyliłam pomadkę z lakierem do paznokci – koszmar! Sucha, różowopomarańczowa plama, która nijak nie daje się zetrzeć z ust. Potem przyszła pora na K Lips z Lovely – hit ostatnich wyprzedaży w Rossmanie, sprzedawana w zestawie z konturówką, w ładnym pudełeczku. Ta byłaby nawet spoko (choć poziom usztywnienia warg też trochę hamował moją ekspresję), gdyby nie kolor – dla mnie wszystkie za ciemne, ładnie wyglądają tylko w opakowaniu. Ale już Duo Ombre tej samej marki pewnie będę od czasu do czasu stosować. Z jednej strony pomadka w kredce, z drugiej – ciemniejsza konturówka. Jak dla mnie za ciemna, czułam się w niej jak wczesna Pamela Anderson – blade usto z ciemną krawędzią. Ale już szminka ma ładny odcień brudnego, ciemnego różu. Moim hitem okazała się suma summarum pomadka, którą pewnie wykpiłyby prawdziwe entuzjastki matowego looku – daje bowiem takie wykończenie, ale jest bardzo jasna i niespecjalnie trwała, nie zastyga na milion godzin, tylko “żyje” na ustach, pracuje, ślizga się. Ma kremową konsystencję, a efekt jest jak najdalszy od skorupy. Nudziaków jest w tej kolekcji sześć, wszystkie piękne.

Po tych eksperymentach, choć ostatecznie część z tych pomadek pewnie będę od czasu do czasu używać, wróciłam pokornie do drogerii, kupić sobie stary, dobry, tradycyjny beżowaty błyszczyk – jedyną formę malowania ust, w której czuję się naprawdę komfortowo (przezroczysta). Wybrałam niedrogi P2 z Hebe – mocno kryjący i idealnie tłuściutki, tak jak lubię.

matowe pomadki nude

matowa pomadka jasna

pomadka nude

pomadka matowa Bell

pomadka lovely

błyszczyk nude

błyszczyk beżowy P2

Książkowe nowości

Mam kilka takich koleżanek po fachu, którym gorąco kibicuję. Są takie blogerki, do których zaglądam od lat i niezmiennie podziwiam ich pomysły, profesjonalizm, zachwycam się ich zdjęciami i stylizacjami. Do tego grona zaliczają się autorki wydanych ostatnio, pięknych książek: Ania Włodarczyk (Strawberries from Poland) – “Retro kuchnia” i Joanna Marciniak – Wróblewska (Green Canoe), która napisała “Przy stole”.

Ta pierwsza pozycja to coś bardzo w stylu Ani – miłośniczki dawnych książek kucharskich, poszukiwaczki staroci, kulinarnej eksperymentatorki i sentymentalistki. Absolutnie piękna rzecz! Nie tylko zdjęcia, ale i fragmenty przedwojennych grafik, kolory, fonty, okładka – wszystko się tu wizualnie tak bardzo zgadza. Nie miałam pojęcia, że retroprzepisy mogą być tak ciekawe! Spodziewałam się mięsiw i bab z tuzinów jaj, tymczasem znalazłam masę rzeczy współczesnych (lub rewelacyjnie przez Anię uwspółcześnionych): dań lekkich, wegetariańskich, prostych, mącznych, ciast, napojów i innych pyszności.

“Przy stole” natomiast to znacznie więcej niż książka kucharska. Choć jest w niej świetny “przepiśnik” z mnóstwem pomysłów na rodzinne obiady czy proste dania dla gości, to także opowieść o wszystkim, co się dzieje się wokół stołu – o rodzinie, przyjaciołach, o uczuciach, codziennych radościach. Jest też mnóstwo pożytecznych informacji i patentów na organizację przyjęć od doświadczonej pani domu oraz inspiracje aranżacyjne na różne pory roku. Jak zwykle u Joasi – wszystko stylowe, mistrzowsko skomponowane, idealnie sfotografowane. Uczta dla oczu i ciepła opowieść o wszystkim, co przy stole najlepsze.

książki kulinarne

nowości książkowe

retro kuchnia

retro kuchnia anna włodarczyk

książka "Przy stole"

“Mindhunter”

Dawno nie polecałam Wam żadnego serialu, bo też i od wielu tygodni nie oglądałam nic wartego wspominania. Długo męczyłam ostatnie sezony OITNB, którego ostatecznie nie zmęczywszy, przestałam cokolwiek oglądać. No i wracam po przerwie z prawdziwym hitem. Oj, jakie to jest dobre! Tytułowy “łowca umysłów” to młody agent FBI, pracownik wydziału analiz behawioralnych i wykładowca technik negocjacyjnych. Holden Ford to pionier w wykorzystywaniu psychologii do zrozumienia motywów najcięższych przestępców. Zrozumienia, a zatem i nowoczesnego profilowania, które pomaga wykrywać seryjnych morderców. Rzecz dzieje się pod koniec lat 70-tych, w czasach kiedy zastosowanie psychologii w kryminalistyce dopiero raczkowało. Narodziny tego podejścia możemy oglądać wraz z Fordem i jego partnerem, którzy jeżdżą razem po Stanach i przeprowadzają wywiady z największymi zwyrodnialcami tamtych czasów. Serial jest oparty na faktach, opisanych w książce Johna Douglasa (pod tym samym tytułem), wyreżyserowany przez Davida Finchera – i to są wystarczające powody, żeby chcieć go obejrzeć. Do tego jest naprawdę fantastycznie zrealizowany, stylowo oddaje klimat lat 70-tych i bardzo sugestywnie – mrocznych zakątków ludzkiej psychiki. Pierwszy sezon “Mindhunter” jest już w całości dostępny na Netflixie i ja go niniejszym gorąco polecam.

serial mindhunter

mindhunter serial netflix

mindhunter netflix

Brakujące ogniwo (w salonie)

Jak pewnie przyuważyłyście na poprzednich zdjęciach, troszku znów poprzestawiałam w salonie (oops, I did it again). Wszystko przez podnóżek – mały taki, a tyle namieszał. Opcja siedzenia z nogami wyciągniętymi na tym skromnym mebelku przypadła nam tak mocno do gustu, że nie wiadomo było, gdzie ma stać – każdy chciał sobie na nim kulasy wyciągać. Ma na tyle dużą średnicę, że spokojnie mogą z niego korzystać 2-3 osoby na raz, idealnie więc, kiedy jest ustawiony w zasięgu siedzących na dwóch meblach. No i muszę przyznać, że przywrócił do łask nasz fotel – ten był ostatnio jakoś rzadko używany, stał tak trochę na uboczu, lekko jakby wyłączony z wypoczynkowego kąta. Brakowało wokół jakiegoś źródła światła – z tego powodu nie był wykorzystywany do czytania. Teraz brakuje już tylko kominka! Idealny kącik fotel-podnóżek-lampa stał się mega okupowany, testujemy aktualnie taki układ sof, jak poniżej. Nie miałam pojęcia, jak bardzo brakowało u nas takiego podnóżka, dopóki się nie pojawił. Jest świetny! Przenieśliśmy się z nim w inny wymiar wypoczynku – i mówię to bez przesady. Dziergany pokrowiec można wybrać spośród ponad dwudziestu kolorów i jest to jedyny problem z tym meblem – wszystkie odcienie sznurka są piękne.

podnóżek – Matka Polka Dot

(tak, tak, i to nie jestem ja 😉 )

podnóżek do fotela

podnóżek dziergany

styl skandynawski