felietony

otwarte drzwi

Poczułam, że chcę już przerwać tę ciszę, która tu zapanowała. Bo przestała dawać mi przestrzeń i wytchnienie, zaczęła dźwięczeć męcząco w uszach, świdrować mózg. To już nie była ta cisza, która pozwala odpocząć, tylko taka, w której człowiek się zastanawia, czy wciąż umie mówić. Nie ta, z której byłam dumna. Stała się tą, która osłabia.

Bo trzeba Wam wiedzieć, że można dojść do miejsca, w którym jest się dumnym z tego właśnie, że się umie w ciszę. Że potrafi się wciskać pauzę życiu, ograniczyć ilość bodźców, dźwięków, spraw oraz ludzi. Nie słyszeć jak wołają, że coś chcą od Ciebie, nie biec im – jak dawniej – naprzeciw, by spełnić ich oczekiwania. Żeby się wciąż uśmiechali i mówili o Tobie dobrze. Ba! – można nawet przestać słyszeć ten głos wewnętrzny, który wciąż każe coś robić. Głównie to rzeczy, za które jest się chwalonym, głaskanym po głowie, za które można poczuć się potrzebnym i adekwatnym. Przestać czuć przymus ciągłego wytwarzania, bycia w siedmiu miejscach na raz, w każdym na 100%. Jeśli się bardzo postarać, można nawet zrozumieć, czemu się tę ciszę zagłuszało, i czemu człowiek wciąż tyle trajkotał, tak wiele generował dźwięków i gestów. Co mu dawało to bycie wciąż zabieganym, ciągle zajętym, wiecznie w niedoczasie.

Trzeba Wam wiedzieć, że czasem udaje się usłyszeć ten drugi głos, pochodzący z głębi, zwykle brzmiący znacznie ciszej. Ten, którego często nie chcemy słyszeć, a który szepcze: “nie mam już siły”. Już dłużej nie mogę tak skakać i biegać, rozdwajać się i roztrajać, starać się wszystkim dogodzić, każdego uszczęśliwić. Nie dam rady być dłużej prymusem, walczyć o piątki z macierzyństwa, kariery, macierzyństwa, o czerwone paski z kobiecości, o wyróżnienia z życia. Mój głos mówił: nie mam już siły wciąż wymyślać i kreować, wciąż tworzyć i produkować, nie mogę dłużej robić rzeczy dużych, jednocześnie ogarniając te tysiące drobiazgów, z których składa się codzienność, dom i praca. O wszystkim pamiętać, wszystkiego dostarczać, organizować, przewidywać, o wszystkich dbać, każdym się opiekować. Tryskać energią, sypać pomysłami, utrzymywać tej hiperaktywności z uśmiechem i w pełnym makijażu. W ubiegłym roku wyjątkowo dosadnie czułam, jak pamięć operacyjna kończyła się, czerwona lampka migała, sygnał alarmowy brzmiał coraz głośniej, aż wreszcie – zwarcie. System shutdown.

Bo jak się tak miota – i nie że miesiąc czy rok – ale całą dekadę, w wiecznym rozkroku, na pełnych obrotach, bez kompromisów, na 100% mocy, próbując być wszystkim i robić wszystko, to może się to paradoksalnie skończyć tak, że człowiek ostatecznie czuje się nikim. I nie może nic zrobić. Kiedy dochodzi się do maksimum swoich mocy przerobowych, gdy po prostu więcej nie mieści się – w głowie, w kalendarzu, kiedy prowadzi się wobec własnych zasobów gospodarkę wręcz rabunkową, zostaje się pustym.

I u mnie taka pustka nastała kilka miesięcy temu. Ogromna niemoc, potworne zmęczenie i totalny brak pomysłu, jak lepiej żyć. Co zmienić, kiedy wszystkie próby łapania równowagi zawiodły. Poczucie, że nie da się pogodzić niepogadzalnego. Moment przytłoczenia serią katastrof, wynikających z tego, że nie da się być jednocześnie wszędzie, panować nad wszystkim, kontrolować całego życia. Gigantyczny kryzys macierzyństwa w obliczu trudności wychowawczych, które pojawiły się właśnie wtedy, kiedy przestawałam panować nad swoim życiem. Jak się nietrudno domyślić – właśnie dlatego, że przestałam panować nad własnym życiem.

I tak, przyznaję, na nic zdały się moje plany i postanowienia. Nie pomogły medytacje, olejki CBD, zmiany nawyków, obietnice zwolnienia, składane samej sobie po poprzednim wypaleniu. One na nic się zdają, jeśli wciąż jest się uzależnionym od sukcesów, bo wtedy po każdym zwolnieniu wraca się do dawnych schematów. Na nic dobre chęci, jeśli cały czas trzeba udowadniać sobie i światu swoją wartość przez działanie. Ciągłe działanie, które w pewnym momencie zaczyna przypominać bieg chomika w kołowrotku. Mój wewnętrzny chomik się wypierdolił, wypadł ze swojego kółeczka i leżał nieprzytomny na trocinach, leżał tak przez dobrą chwilę, zanim miał siłę się podnieść.

Zaczął ostrożnie, powoli, dzień po dniu, zadanie po zadaniu. Bez większego entuzjazmu, bez fajerwerków, powoli. Z coraz lepszym wyczuciem własnych granic i możliwości, zatem – wolniej niż wcześniej. Pomny swojego wypadku, unikał biegania, robił w tej swojej klatce tyle, na ile miał siły. Miał więcej czasu, częściej rozglądał się dookoła, zaczynał dostrzegać coraz więcej za kratkami – coraz więcej szczegółów, coraz więcej pokus, coraz więcej możliwości. Któregoś dnia z ciekawości nacisnął drzwiczki, a te – ku jego zdziwieniu – były otwarte.

One cały czas były otwarte, a ten świat za drzwiami klatki czekał. Ale kiedy jest się chomikiem w kołowrotku, to się tego nie wie. Nie dostrzega się w pędzie nic ponad własne stopy, drobiące w miejscu, mimo że przecież wciąż w ruchu. Życie toczy się od kraty do kraty, a wypełnia je tylko to nerwowe drobienie.

I ja dziś przerywam tę ciszę, pragnąc przyznać się, że ostatnich kilka lat spędziłam w kołowrotku. I nie, że zupełnie bezrefleksyjnie, jednak mimo rosnącej świadomości własnego położenia w wyłożonej miękkimi trocinami klatce, nie umiałam się z niej wydostać. Bardzo chciałam dla siebie różnych rzeczy zza drutów, ale przecież nie wiedziałam, że drzwi są otwarte. Zafiksowałam się na obowiązkach, powinnościach, osiągnięciach, wyzwaniach, kolejnych projektach. O wielu rzeczach myślałam – nie mogę, nie mam czasu, i kręciłam te swoje kółeczka. Bo przecież blog, Instagram, kolejne ebooki, książki, produkty, bo zasięgi, maile, faktury. Bo dzieci, bo dom, a w nim drugi etat, by wszystko było pod kontrolą, odrobione lekcje, kombinezony na zimę, torty urodzinowe ombre, kotleciki jaglane, wnętrza w stylu scandi boho, czyste łazienki, świeża pościel i książki na dobranoc. I jeszcze ciągłe próby robienia czegoś dla siebie, wyszarpywania czasu na ćwiczenia, spotkania, paznokcie, szeroko pojęte dbanie o siebie i rozwój osobisty, a potem wyrzuty, bo nigdy nie starczało czasu na systematyczność. Bardzo dużo tego było i ja naprawdę myślałam, że tak być musiało. Naprawdę sądziłam, że muszę cisnąć to wszystko i naparzać bez wytchnienia, post za postem, obiad za obiadem, żeby mnie kochano, lubiono i doceniano.

Nie jestem dziś wolna od tego schematu, nie zaczęłam nagle kochać samej siebie wyłącznie za to, że jestem. Nie uwolniłam się w pełni od wysokich standardów. Ale puszczam kontrolę, coraz mniej od siebie wymagam, coraz rzadziej się boję, coraz lepiej się czuję. W mojej klatce drzwi są otwarte, a ja czasem wychodzę na zewnątrz. Kołowrotka nie używałam już od jakiegoś czasu. Już potrafię przez ponad miesiąc nie pisać na blogu, rozumiejąc, że nie mogę być wszystkim i wszędzie. W dodatku w pełnym makijażu.