felietony

okrutna natura a wielkie szczęście

Gdy zdarza mi się czasem ponarzekać na mój los, słyszę zazwyczaj od teoretycznie życzliwych mi osób: “przecież chciałaś być w ciąży”.

 Otóż błąd, pomyłka – ja chciałam mieć drugie dziecko, co wcale nie znaczy, że chciałam być w ciąży. Jako kobieta trochę już w temacie obyta zdawałam sobie sprawę, że ciężko o to drugie bez pierwszego, czyli o dziecko bez ciąży. Jest to wprawdzie możliwe, ale większość z nas to zadufane w sobie narcyzy z atawizmem w postaci potrzeby powielania własnych genów. Postanowiłam więc powielić, cztery lata mi zajęło, aż się wreszcie zdecydowałam na powtórkę z rozrywki. No to mam, co chciałam, a w zasadzie, czego nie chciałam, bo przecież – przypominam – chciałam mieć małego człowieka, a nie sterczący brzuch i wielkie cycki.
Nie chciałam być ciągle głodna i śpiąca o dziewiętnastej, nie miałam ochoty na pękające naczynka na nogach, nie prosiłam o krwawiące dziąsła i nocne sikanie. Nigdy specjalnie nie lubiłam swojego ciała, ale było moje własne, i tę jego cechę zawsze ceniłam. Teraz dzielę się sobą, każdy posiłek i oddech już nie mój jest, a wspólny. Z tego wynika długa lista zaleceń i zakazów, które wkurzają już trochę, jako rasowa hedonistka zawsze kiepsko znosiłam restrykcje. Teraz z połknięciem tabletki od bólu głowy zwlekam aż mi mózg oczami wypływa, przełykam ślinę na widok zimnego, białego wina do kolacji z grilla, z tęsknotą puszczam mimo uszu zachęty do spożycia kieliszka dla zdrowotności. Spożyłabym se, nie powiem, i to nie jeden.
Ty tylko dziewięć miesięcy powiecie, szybko zleci, a ja Wam na to – że leci mi szósty, a mam wrażenie, że mam ten bebzon od zawsze. Bebzon, cycki, naczynka, zmęczenie, niewygoda czy nawet zakaz spożywania alkoholu i sushi – tak, wkurzają mnie, ale nie najbardziej. Najgorszy jest ten obowiązek szczęścia, który wciąż czuję, a którego nie wypełniam. Najtrudniej jest z tą presją radości z własnego stanu, bo ja najmocniej przepraszam wszystkich, którzy o tym marzą, ale naprawdę nie lubię być w ciąży. Podobno są takie, które by mogły całe życie, może, nie wiem, ale ja tam bym nie chciała mieć wiecznie spuchniętych nóg i piłki lekarskiej na przedzie. Męczy mnie ten konkurs “kto lepiej wygląda w ciąży”, a jeszcze bardziej ten “kto mniej przytyje”. Pewnie dlatego dawno się z niego wypisałam czując, że nie mam żadnych szans. Dlatego teraz stoję z boku i marudzę, bo denerwuje mnie to, że powinnam świetnie się czuć i pięknie wyglądać, że ta uroda i uśmiech w ciąży to dzisiaj wartość. Otóż ja kiepsko się czuję i niedobrze wyglądam zasadniczo. Myślę też, że sam fakt posiadania w ciele drugiego człowieka z wszystkimi tego konsekwencjami, zarówno z zakresu brzydkiej fizjologii, jak i psychologii, jest wystarczająco trudny. Nie utrudniajcie nam życia, życzliwi, oceniający rozmiary i kształty naszych brzuchów, wizja rychłego przeciśnięcia melona przez otwór wielkości cytryny jest wystarczająco trudna. Nie oczekujcie ciepłego uśmiechu przyklejonego do miłej twarzy, nigdy nie wiadomo, co której akurat dolega z szerokiego spektrum ciążowych błogosławieństw – może ma hemoroidy, a może boli ją kręgosłup? Może cierpi na zaparcia, może się nie wysypia, a może ciągle jej smutno, choć nie wie czemu?
Nie mówcie mi jak mam się czuć, nie chcę już słyszeć, że ciąża to wielkie szczęście. Dziecko – owszem, ale ten pakiet, z którym przychodzi może być trudny do udźwignięcia. Natura jest okrutna, uważam, że to podłe, ile trzeba znieść, żeby się rozmnożyć.