Desery

o przekleństwie wolnego czasu i pokusie eskapizmu

Pierwsze parę dni upajałam się tym, że nie muszę wstawać o 6:30 i brać udziału w przygotowaniach do wyjścia na mróz (w domu byłam na prawach pokrzywdzonej, a to status zbliżony do ciężko chorego). Czerpałam autentyczną przyjemność z tego, że o 8 mogę pić kawę w ciepłym łóżku i przeglądać internety w piżamie. Rajcowała mnie perspektywa nadrobienia wszystkich zaległości, wysprzątania w domu wreszcie każdego zawalonego gratami kąta, upieczenia wszystkiego, co planowałam, zrobienia na blogu wszystkiego, czego wcześniej nie miałam czasu zrobić. Siedem godzin w pustym domu to przecież strasznie dużo, nie? A guzik i wcale że nie. Jakież było moje zdziwienie już drugiego dnia, gdy okazało się, że jest trzynasta, a ja nadal w piżamie. Przecież robiłam te zdjęcia tylko chwilkę i tylko przez momencik pisałam posta i już minęło pięć godzin?! A jeszcze trzeba ogarnąć chałupę i siebie doprowadzić do porządku i zaraz wychodzić po Zośkę. Trudno, obiadu nie będzie, jestem jeszcze na prawach pokrzywdzonej.
Miałam przecież zaczynać dzień sapaniem przy Chodakowskiej, miałam działać, szukać pracy, wymuskać dom i wymuskać siebie. Mija tydzień, a ja nie zrobiłam sobie nawet jednej maseczki i ani razu nie umyłam podłóg. Zabijcie mnie, a nie wiem, co robiłam. Pozwalałam czasowi przeciekać mi przez palce. Szwędałam się. Przecierałam tu i ówdzie (światło dzienne bezwzględnie demaskuje wszystkie brudy i odrapaństwa).
Nie stoczyłam się do czarnej dziury, nie mam powodu, przechodzę jednak pewne kłopoty adaptacyjno-logistyczne. No dobra, motywacyjne też. Nie będę lansować tu jakiejś propagandy sukcesu, że niby nie mam zmartwień i czuję się świetnie. Nie – wieczorem nie mogę zasnąć, a rano nie chce mi się wstawać. Nie ryczę już i nie martwię się jakoś straszliwie, ale jednak muszę odpierać pokusę eskapizmu i rozwiązań najprostszych. Moja wewnętrzna kobieta sukcesu toczy batalię z wewnętrznym leniem. Walczy z nią, by nie położyć się z miską lodów pod kocem i nie gapić się na seriale. A Polka leniwa z pewnością nie pogardziłaby teraz miską lodów takich, jak te:

                                   kubeczek w kwiatki i ręczniczek pochodzą z Live Beautifully

Lody chałwowo-kokosowe

400 g śmietanki kremówki
165 g mleczka kokosowego (tyle waży zawartość małej puszki, nie musisz dokładnie tyle odmierzać, jeśli z dużej puszki odlejesz 150-200 g, będzie dobrze)
150 g chałwy waniliowej
2 jajka
4 łyżki cukru
cukier waniliowy
kokos (użyłam ok.1/3 świeżego orzecha, pokroiłam w kosteczkę, ewentualnie mogą być też wiórki, choć efekt będzie uboższy o to chrupanie kokosowych cząstek)

  • jajka przelej wrzątkiem (nie trzymaj w nim, bo białko zacznie się ścinać, robisz lody, nie jaja sadzone)
  • białka oddziel od żółtek, te pierwsze ubij na sztywną pianę (ze szczyptą soli)
  • żółtka utrzyj z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą masę
  • chałwę rozdziabaj widelcem, dodaj to kogla-mogla, zmiksuj
  • ubij kremówkę (musi być zimna), gdy będzie sztywna, dodawaj do niej, ciągle miksując: mleko kokosowe i masę żółtkowo-chałwową, miksuj, aż wszystko połączy się w jednolitą masę
  • dodaj pianę z białek, nie miksuj już, wmieszaj ją delikatnie szpatułką
  • na końcu dodaj kokos, wymieszaj
  • przelej do formy i włóż do zamrażalnika na conajmniej 2-3 godziny (jeżeli używasz większych cząstek świeżego kokosa, przemieszaj masę ze dwa razy w międzyczasie, by nie opadły na dno)