codzienność

notatki styranej matki

Dziś kluska kończy cztery tygodnie. Znamy się już miesiąc, czuję się więc uprawniona do pierwszych obserwacji.

Jaka jest ta Hanula? Totalnie podobna do swojego ojca.  Ma jego oczy i usta. Wydaje się też, że będzie raczej spokojnym człowiekiem, jak on, a w przeciwieństwie do nas – swojej matki i siostry. Od Zośki też zdecydowanie łatwiejsza w chowie – od urodzenia pięknie je (podczas gdy sister darła się do moich cycków i odmawiała spożywania matczynego pokarmu przez miesiąc, dopóki jej nie złamaliśmy) i fantastycznie kuma, o co chodzi z nocą. Doświadczamy aktualnie całkiem nowego luksusu spania z niemowlakiem pod jednym dachem, początkowo po 3-4 godziny, teraz nawet i 6 bez przerwy. Kiedyś nie wierzyłam ludziom, którzy twierdzili, że ich dwumiesięczne dzieci przesypiają noce, sądziłam, że to jakiś spisek ludzkości, mający nas pogrążyć. Zdecydowanie teraz trafił nam się łatwiejszy w ogarnianiu egzemplarz. Może w nagrodę na trudy wychowania pierworodnej? Może z okazji dziejowej sprawiedliwości? A może po prostu jest druga, a my starsi i bardziej wyluzowani? Nie ważne, jest potencjał, by nie zwariować.
Tyle dobrego. W dzień pani już nie jest taka łaskawa. Pani lubi sobie podjeść, i to nie, że co trzy godziny, gdzie tam. Dupa mi już przyrasta do kanapy od tego ciągłego karmienia. Dziewczynka najchętniej nie odklejałaby się od piersi, no, chyba, żeby zasnąć na piętnaście minut i obudzić się tuż po tym, jak któreś z nas śmie ją odłożyć. Kołyska, łóżko, leżaczek? To nie są warunki do spania, księżna w dzień zasypia jedynie na rękach, a i to na chwilę. W przerwach między karmieniami albo w tych krótkich chwilach, kiedy dziecię jednak przymknie oko przy dźwiękach odkurzacza z you tube’a nerwowo miotam się po mieszkaniu i zastanawiam się, co wybrać – jeść czy myć się? Wybór jest trudny – napełnić żołądek, ale wonieć spod pachy i siedzieć do południa w poplamionym mlekiem podkoszulku, czy przebrać się w gustowny dresik i z czystymi zębami, lecz burczeniem w brzuchu przyrastać do kanapy, karmiąc i tuląc, tuląc i karmiąc? Nie wspomnę już o potrzebach wyższego rzędu, o moim zamiłowaniu do czystości i porządku, o jakichś moich pomysłach, projektach czy biznesach. To już są ostre wygibasy, jak pisanie maili i postów, tworzenie świątecznych dekoracji i adwentowych kalendarzy jedną ręką, znad jedzącej czy śpiącej Hanki. A i to w stresującym mnie otoczeniu niepościelonych łóżek, nieodkurzonych podłóg i niepozmywanych naczyń.
Nie jestem z tych, którzy wierzą w straszenie, że się przyzwyczai, żeby uważać, bo wlezie na głowię. Nie wyznaję teorii, że niemowlę to wróg, który tylko czyha, by odebrać starym wolność. Zakładam raczej, że odzywa się tu najbardziej pierwotna potrzeba bezpieczeństwa – dlatego wciąż karmię i noszę. O ile więcej mogłabym w to uczucia włożyć, gdybym nie była głodna i sfrustrowana? O ile czulej mogłabym tulić, gdybym nie musiała przez pół dnia czynić tego w piżamie? O ile chętniej nosiłabym na rękach, gdyby mi te nie więdły ze zmęczenia i służyły też czasem i mojej własnej wygodzie i przyjemności? Ja rozumiem karmić, ja bardzo chętnie utulę, ale nie non stop, na litość boską, bo oszaleję! Chętnie pisałabym tu do Was częściej, ale sami widzicie, ja mam kłopot z umyciem głowy, a co tu dopiero o blogowaniu myśleć. Tyle, dziś tylko szybkie “notatki styranej matki”. Kończę, bo mi tam stęka już dziecię w kołysce.
P.S.: Ale poza tym fajna jest – no, powiedzcie 🙂 A jak pachnie! Mhmm….. 🙂