dzieciaki

niehumanitarne warunki i zapas poduszek

Robię przekop do sąsiadów. Pokój Zośki dzieli tylko ściana od identycznego u państwa pod siódemką, a razem to byłoby już zacne dwadzieścia metrów.

To najlepsze, co wymyśliłam w temacie tego, gdzie podzieje się Hania, gdy już wyrośnie kołyski. Czyli za tydzień, bo je non stop i mam wrażenie, że rośnie po trzy centymetry dziennie. No dobra, bez żartów z dzieciaczka, biedny jest taki (ten mój dzieciaczek). Nie ma co z nią zrobić. Powiecie – trzeba było nie robić dzieciaczka. I ja sobie tak nawet przez pierwsze lata po Zośce myślałam – że żadnych dzidziusiów póki nie będzie czterech pokoi. Ale złapałam się na tym, że nie o pokoje chodziło, a o lęk przed szaleństwem i to była tylko niezła wymówka. Niezła – bo wiedziałam, że tych czterech pokoi to my prędko mieć nie będziemy. Ale do rzeczy – w tym mieszkaniu własny pokój mogłaby mieć Hanula tylko gdybyśmy zlikwidowali jadalnię. Czyli nigdy, bo nie oddam.
Zostaje więc Zosiny tramwaj – bo jak inaczej nazwać tę kiszkę, szeroką na dwa metry, długą na pięć? Jak w tym wagonie zmieścić dwoje dzieci wraz z dobytkiem, no jak, ja się pytam? Łóżko piętrowe odpada, albo wchodziłoby się wprost do niego z przedpokoju albo zasłaniałoby całe światło. Co z tym dobytkiem? Gdzie trzymać te tony książek, klocków i misiów? Co z ubraniami dwóch dziewcząt, gdy jedną ścianę zajmą ich łóżka? No i czy to w ogóle jest humanitarne, by jedno pomieszczenie zamieszkiwała pięciolatka, która ma własny kuferek na biżuterię z niemowlęciem, które rżnie w pieluchy? Bynajmniej.
Poglądy mam liberalne, więc uważam, że każdy ma to, co sobie zorganizował, ile dostał, zarobił czy ukradł. Nie mam więc do nikogo pretensji, że mi nie dał więcej metrów kwadratowych, bo mam dwoje dzieci. Wręcz nie sądzę, żebyśmy powinni czuć się jakoś specjalnie nieszczęśliwi i pokrzywdzeni przez los. Wiem, że wielu ludzi w tym kraju ma gorzej. Osobiście znam takich, co mają ciaśniej i mniej komfortowo, a i to na kredyt, który ledwo dają radę spłacać. Wiem i znam, dlatego wciąż wkurza mnie to, że przestrzeń mieszkaniowa na głowę jest w tym kraju towarem deficytowym. Że nie żyjemy jak te moje Szwedki i Norweżki ukochane – w wielkich domach, w których każde z siedmiorga dzieci ma własny pokój, a do tego wspólną bawialnię, trzy kible, stumetrowy salon, strych, hol, po którym można jeździć na rowerach i podwórko jak nasze szkolne. Denerwuje mnie to, że nie mam gdzie suszyć prania, przechowywać bombek i deski do prasowania, a moje dzieci – lat pięć i zero, muszą dzielić pokój wielkości przedziału kolejowego, mimo, że jedna ma już własny kuferek na biżuterię, a druga rżnie w pieluchy. Sorry, dziewczyny, nie o takę Polskę walczyli wasi dziadkowie.
Ponieważ wbrew zdrowemu rozsądkowi i wszelkim znakom na niebie i ziemi, poziom optymizmu gospodarczego mojego męża jest wysoki, na równi zresztą z poziomem jego wiary w to, że niedługo zostanę sławna i bogata, to ja już robię zapasy na przyszłość. Zapasy poduszek konkretnie. Bo a nuż zostanę nagle bogata i wtedy dziewczynom nie starczy do dwóch pokoików, co nie?
Trzy najnowsze poduchy: chmurka, łezka i ta w żółte trójkąty to moje wyprzedażowe zdobycze ze sklepu Ohmama – trwa tam obniżka cen tekstyliów o 30%.
Pozostałe poduszki:
dzieci na paradzie – Lamps & Co 
Lalka z uszkami – Scandiloft
żółty kotek – alelale
sowa – Sass & belle
szary kotek – ciocia Zosi i Hani 🙂