felietony

(nie) moja konwencja

Te z Was, które odsiedziały swoje na chacie z dziećmi wiedzą, że powrót do świata dorosłych ludzi jest trudny. No to wyobraźcie sobie wejście do świata ludzi dorosłych i sławnych i z marszu przed nimi gościnne występy. Jakie stres powoduje dolegliwości psychosomatyczne, pewnie każdy wie, powiem więc tylko, że nie obyło się bez uszczerbku na zdrowiu. Kiedy już minął mi podjar, że znana blogerka poprosiła mnie o prezentację, zaczęłam się zamartwiać o wszystko od tego, co powiem, przez to, co zrobię z dziećmi (męża tradycyjnie nie miałam) i w co się ubiorę, skończywszy na tym, czy ja jeszcze w ogóle umiem publicznie przemawiać. Tradycyjnie też wszystko skończyło się nieźle, ale kiedy pozbieraliśmy dzieci i wróciliśmy wieczorem do domu, bilans zysków i strat dawał do myślenia.

Czasem mam przebłyski tęsknoty za obcasem i adrenaliną, jakiej nie daje gonitwa za niemowlakiem raczkującym w stronę kocich misek, wiecie to. Zaczynam się jednak poważnie martwić, że się już nie nadaję do ludzi, wróciłam bowiem pełna gorzkich refleksji i smutnych spostrzeżeń. Na poły rozczarowana, na poły zażenowana. Rozczarowana, że gwiazdy jednak mocniej świecą w internetach, offline im jakoś nie służy specjalnie (a piękne, sławne blogerki  błyszczą najmocniej w strefie T). Kurduple są jeszcze niżsi, a głupkowate blondynki jeszcze bardziej głupkowate. Zażenowana byłam poziomem intelektualnym kilku pań oraz prezentacją jednego pana, która wyglądała gorzej niż prezki licealistów na biolę w tysioncdziewieńsetktórymś, serio. Pewnie właśnie skazuję się na towarzyską banicję w blogowym światku, w dalszej części tej opowieści dowiecie się, dlaczego mam to w dupie.

Są tacy ludzie, co to się wszędzie wkręcą, mają radar nastawiony na wpływowych znajomych. Brylują w korytarzach, za głośno się śmiejąc, dyskutują na lanczach teatralnym szeptem, zawsze sprawiają, że czuję się jak uboga krewna, jak nieproszony gość. A ja, dupa wołowa, nie umiem przenikać w odpowiednie kręgi, nie potrafię tworzyć strategii towarzyskich, nie wytrzymuję obciachu wspólnego selfie na ściance, żadne ze mnie zwierzę salonowe. Ja jestem prosta dziołcha, co z oczu, to z serca, naiwna i nieżyciowa pierdoła, szczera i uczuciowa, jak kocham to na zabój. Nie należę do żadnego kółka wzajemnej adoracji, której członkinie wzajemnie adorują się na swoich blogach i fanpejdżach, nikt mnie nie promuje, nie linkuje ani nie proteguje. Po minionym weekendzie wiem już na pewno to, co przypuszczałam – jeżeli do zrobienia blogowej kariery potrzebne są te uściski śliskich rąk, to ja jej nie zrobię. Przecież ja tu właśnie szukałam wolności i oddechu od uwierających konwencji towarzysko – biznesowych. Wróciłam więc do domu po konferencji Seebloggers, zdjęłam za ciasne, przedciążowe buty, zmyłam makijaż, wyjęłam z torebki wizytówki osób, do których nigdy nie zadzwonię i podsumowałam: bluzka i spódnica, których ostatecznie nie ubrałam, bo padało – 120 zł, sukienka na wieczorną imprezę, której i tak nikt nie zauważył – 80 zł (dzięki Bogu za wyprzedaże), benzyna wypalona na trasie Gdańsk – Gdynia – 50 zł, wizytówki – 40 zł, ilość razy, kiedy czułam się jak pierdoła – 17, poczucie, że mogę wrócić do najwygodniejszej i najszczerszej konwencji na świecie – bezcenne.

1

2

4

Hanię miałam na miejscu, pod opieką mojej teściowej, a Zosia pojechała z moimi rodzicami na weekend na wieś. To tylko trzy dni, a stęskniłam się jak durna – dawno się nie rozstawałyśmy. Widziałam, że ona też – dawno nie była taka przylepa jak w niedzielę wieczór. W ramach zajęć integracyjnych już w poniedziałek rano odpaliłam wreszcie ten słój i zrobiłam, jak obiecałam – domową lemoniadę z dyspensera z kranikiem. I poczułam, że mam w domu jedyne kółko wzajemnej adoracji, w którym chcę być, jedyny babski trójkącik, którego mi trzeba.

5

6

7

10

12

13

15

17

19

20

23

24

słój do napojów z kranikiem – More Than Jar

słoik z rączką do picia – More Than Jar

Moja lemoniada to tzw. cloudy lemonade – nieklarowna, “pochmurna”, ale wykonana moim autorskim sposobem na skróty – bez konieczności gotowania syropu cukrowego. Idealnie kwaskowata, lekko słodka, orzeźwiająca i pyszna.

Domowa lemoniada

Składniki:

  • 5 cytryn
  • 3 łyżki cukru trzcinowego
  • 2 litry wody gazowanej
  • lód

Przygotowanie:

  • cytryny wyszorować i sparzyć
  • trzy z nich obrać dokładnie ze skóry (łącznie z tą białą błonką), dwie – pokroić w cienkie plastry
  • obrane cytryny pokroić na mniejsze kawałki, zasypać cukrem i zmiksować blenderem (użyłam ręcznego) na papkę
  • zmiksowane owoce przełożyć do słoja/dzbanka i zalać gazowaną wodą, wymieszać, dodać lód i plastry cytryn

P.S.: Nie chcąc zrobić przykrości szeregowym, sympatycznym uczestnikom, z którymi miałam miłe pogawędki, muszę sprawiedliwie dodać, że podczas weekendu miałam też wiele sympatycznych spotkań i ciekawych rozmów. To nie jest tak, że było tragicznie, ale jednak dominujący w moim odczuciu jest klimat targowiska próżności  i towarzyskich układów, a tego nie znoszę. Niesprawiedliwa była bym też, gdybym nie wspomniała tu o jednej znanej twarzy, która wydała mi się jakaś bardziej autentyczna od pozostałych i w swojej spontaniczności jakaś taka swojska. Nie będę zapeszać, ale czuję, że mogłabym z nią konie kraść. Więc może do bilansu powinnam dodać: ilość nowych, dobrze rokujących koleżanek z Białegostoku – 1 🙂