codzienność

nasze ulubione miejscówki w Gdańsku

Domyślam się, że wiele osób się w tym miejscu złapie za głowę, weźmie mnie za nienormalną, albo w najlepszym razie – niewdzięczną czy rozpuszczoną, ale powiem to otwarcie: jeszcze dekadę temu nie lubiłam Gdańska. Znałam już wtedy tyle miast piękniejszych, bardziej kosmopolitycznych, mocniej tętniących życiem, ciekawszych, bardziej charakterystycznych, obfitszych w klimaty i klimaciki, zaułki, smaczki, zjawiska. W okresie studenckim miało miejsce moje apogeum niechęci do tego miasta – zaczęłam coraz odważniej jeździć po Europie, pomieszkiwać w Londynie czy Kopenhadze, poznawać Paryże, Barcelony, Pragi, a potem wracałam stamtąd i czułam się jak na prowincji. Brakowało mi tu “tego czegoś”, jakiegoś tętna, fajnych wibracji, miejscówek, które dorównywałyby tym europejskim skwerom, parkom, uliczkom, postindustrialnym przestrzeniom. Wysiadałam z samolotu na naszym obskurnym lotnisku, mijałam nijaki krajobraz, upstrzony bezguściem i szyldozą, blokowiska, arterie, dzielnice bez wyrazu, i tęskniłam: za estetyką, spójnością, schludnością, architektonicznym ładem, dbałością o detale, za miastem żywym i nowoczesnym, a jednocześnie pięknie czerpiącym z historii. Szukałam tego u siebie i nie potrafiłam znaleźć, bo tu wówczas było niemal martwe Stare Miasto – dostojne niczym muzeum, które zwiedza się w kapciach, i – równie, co ono – martwe, uśpione, obce. Było niczym historyczna wyspa, otoczona trzypasmowymi jezdniami, burymi blokami, nieciekawym, podniszczonym krajobrazem.

Ostatnia dekada przyniosła jednak wiele zmian, nie sposób tu wszystkich ich wspomnieć, bo to szerokie spektrum, od unowocześnionej komunikacji i infrastruktury, przez rozliczne rewitalizacje, inicjatywy, inwestycje prywatne, publiczne i te mieszane, po moją upragnioną uchwałę krajobrazową, która wreszcie nieco uregulowała kwestie estetyki przestrzeni publicznej i ukróciła proceder oszpecania miasta billboardami, banerami czy szyldowymi koszmarkami. Ostatnie lata przyniosły nowego ducha – nie tylko zaczęło się za sprawą naszych władz mocniej wyczuwać tę postsolidarnościową schedę, ten powiew wolności, otwartości, tolerancji, to mocne oparcie na demokratycznych filarach. Ale też zaczęły w tej atmosferze powstawać wspaniałe miejsca – jakby nareszcie spadł solidny deszcz, który użyźnił tę glebę, aż zaczęły wyrastać na niej – inwestycje, przestrzenie, koncepty, muzea, knajpy. Nie tylko ożyło nasze Stare Miasto, wyszło poza swoje mieszczańskie tradycje i zwyczaje, ale też centrum poszerzyło swoje granice o okoliczne tereny, na których powstało mnóstwo świetnych miejsc. Wróciło życie – na Ołowiankę i na Dolne Miasto, ożyły okolice Motławy i rejony postoczniowe. To one są dziś naszymi ulubionymi na mapie Gdańska, jak ziemie odzyskane, jeszcze rozwijające się, zmieniające się na naszych oczach, nabierające nowych znaczeń. Nieoczywiste, nie wymuskane, z historią, lecz nie muzealne – to w tych rewirach bije dziś dla mnie serce Gdańska. Choć historyczne centrum też polubiłam, bo stało się bliższe ludziom, bardziej przystępne, więcej w nim ciekawych zaułków i mocniej czuć tętno miasta, jestem dziś wielką miłośniczką okolic, rubieży, sąsiedztw Starego Miasta. Ale nie tylko ich – poniżej znajdziecie moją subiektywną listę gdańskich dzielnic i miejscówek, które ukochaliśmy sobie najbardziej, w których bywamy najczęściej, jak również tych, które uważam za gdańskie must-see.

WYSPA SPICHRZÓW I OŁOWIANKA

Jeśli na Stare Miasto, to tu – nie, żebym nie doceniała uroków Grobli czy Mariackiej, ale wiecie – te od czterdziestu lat wyglądają niemal tak samo, na tubylcach już nie robią takiego wrażenia, że już o Długiej nie wspomnę. Zdarza się nam wpadać i tam – poza sezonem, raz na parę miesięcy, ale nie mamy w tych rewirach żadnych ukochanych podwórek czy knajpek. Ot są – niby ładne, ale jakoś nie ruszają żadnej struny. Co innego za Motławą – ten teren, który był do niedawna dziurą wstydu, a dziś jest tętniącą życiem Mariną. Co innego te części nabrzeża, które aż prosiły się, by je ożywić, a dziś żyją – one, choć nie idealne, są jakąś taką dumą, symbolem rozwoju i rewitalizacji, takim naszym gdańskim dzieckiem, co chodziło przed chwilą w dziurawych szmatach, a dziś są wreszcie czyste i schludne. Może i te nadrzeczne apartamentowce nie są moim wymarzonym obrazkiem w tym miejscu, ale jednak cieszą bardziej niż dawne ruiny. A już gdy widzę ludzi, siedzących na drewnianych pomostach, jak kiedyś widziałam to w Kopenhaskim Nyhavn i marzyłam, by tak było u nas – wzruszam się jak mamuśka prawdziwa. Lubię tę drugą stronę Motławy, Stągiewną z pięknym Puro, Chleb i Wino, Marinę, lubię patrzeć na piękne jachty i eleganckie hotele. Lubimy ciastka i lody w Umam Marina, pić wino w Słonym Spichlerzu, oglądać żurawia au face, przechodzić kładką koło gdańskiego koła, a potem iść wzdłuż Motławy, koło Muzeum II Wojny Światowej (totalny must-see!) aż do stoczni cesarskiej. Trochę wkurzać się na budowane tam apartamentowce, a trochę cieszyć się, że jednak te rejony nad rzeką dostają jakieś nowe życie. Jakiekolwiek.

STOCZNIA

To kolejne takie miejsce, w którym czuję wzruszenie i dumę, bo pamiętam je jeszcze zupełnie uśpione, zapomniane, popadające w ruinę i niepamięć. I mam trochę ciary za każdym razem, kiedy widzę tętniące nocnym życiem kontenery 100czni – imprezowo-gastronomicznego zakątka, w którym całe lato gra muzyka, stoją leżaki, można tam wpaść na drinka i fajny fast-food. Tuż obok jest Ulica Elektryków z halą gastro W4 Food Squad i klubem B90 – pamiętam, że kiedy jakieś osiem lat temu byłam tam na pierwszym, inauguracyjnym koncercie, gdy wypiłam pierwsze wino na paletach przed wejściem, z widokiem na słońce zachodzące za żurawiami dźwigów, byłam oczarowana. Czułam, że na moich oczach powstaje niesamowite miejsce, które na długo wpisze się w rozrywkową mapę Trójmiasta, a ten, kto odkrył potencjał postoczniowych terenów, jest geniuszem. Dziś zarówno 100cznia, jak i Elektryków są bardzo popularnymi miejscami, gdzie chodzi się na koncerty, imprezy, na drinka ze znajomymi, odbywają się tam też różne fajne wydarzenia i festiwale, targi roślin czy rzemiosła. Przy okazji wizyty w stoczni polecam też przejść się nieco wgłąb, do stoczni cesarskiej z futurystycznymi rzeźbami i jeszcze dalej w stronę Motławy – galerią WL4 – Przestrzeń Sztuki.

Stocznia to jednak nie tylko rozrywka, to też pamięć tej kolebki polskiej wolności i historii Solidarności, czyli ECS – Europejskie Centrum Solidarności. To jest taka instytucja, jakiej bardzo brakowało w Gdańsku i z której jesteśmy dziś dumni – nowoczesna, w atrakcyjny sposób przekazująca historię stoczni, ruchu robotniczego i naszej drogi do demokracji, kultywująca wartości, jakie przyświecały Solidarności. Stała wystawa ECS, pokazująca w narracyjny sposób historię tego ruchu oraz zmiany, jakie zaszły w Europie, jest moim zdaniem obowiązkowym punktem programu dla każdego, kto odwiedza Gdańsk. Warto sprawdzać też kalendarium wystaw czasowych, festiwali i imprez, wypić kawę z kawiarni albo wybrać się z dzieciakami do super fajnej sali zabaw, inspirowanej tematyką portową.

GÓRA GRADOWA

Nieopodal stoczni znajduje się kolejne miejsce, które nie jest super popularne, a moim zdaniem bardzo ciekawe – Góra Gradowa ze świetnym widokiem na miasto, centrum Hevelianum i parkiem Hevelianum. Ten ostatni jest naszym najbliższym parkiem, więc często wizytę na Górze Gradowej zaczynamy właśnie tam, od strony ul. Powstańców Warszawy, by dojść na szczyt góry i podziwiać stamtąd panoramę Gdańska. Lubimy spacerować po dawnym forcie, czasem wpadamy do Hewelianum – naszego gdańskiego interaktywnego muzeum nauki. Kameralnego, jeśli porównywać je do innych obiektów tego typu, ale fajnego, z kilkoma stałymi wystawami, kreatywnym placem zabaw, ofertą ciekawych warsztatów dla dzieci i różnymi czasowymi projektami. Góra Gradowa to super miejsce na rodzinny spacer czy na spędzenie czasu w Gdańsku przy gorszej pogodzie, jest tam też fajne miejsce na kawę czy obiad – Wozownia Gdańska z krótką kartą jakościowych dań kuchni polskiej, pięknym wnętrzem i klimatycznym ogródkiem.

DOLNE MIASTO

Uwielbiamy ten, wciąż mocno jeszcze odrapany, ale intensywnie rewitalizujący się, kawałek miasta na wschodnim brzegu Motławy. Artystyczny, trochę berliński klimat jest tu coraz mocniej wyczuwalny, nie tylko za sprawą działania Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, które mieści się w tej południowo-wschodniej części historycznego śródmieścia, ale też coraz liczniej powstających tu pracowni i ciekawych knajp. To świetne miejsce na spacer wśród pięknych kamienic, a później ścieżkami wzdłuż kanałów, po zielonych bastionach i redutach – dawnych fortyfikacjach, które stanowią dziś malowniczą część parkową dzielnicy. Dolne miasto wykorzystuje dziś coraz lepiej tereny pofabryczne dawnego zagłębia przemysłowego Gdańska. Dziś, w industrialnych przestrzeniach starej fabryki tytoniu mieści się siedziba LPP, a w Królewskiej Fabryce Karabinów sąsiadują ze sobą kawiarnie, studia tatuażu, pracownie artystyczne i inne kreatywne biznesy. Właśnie w tym budynku przy Łąkowej 35/38 mieści się też jedno z naszych ulubionych miejsc na śniadanie czy obiad – Łąka Bar, gdzie jada się pysznie, niedrogo, kolorowo, z azjatyckim twistem, wśród roślin, lokalnego designu (m.in. mebli z sąsiedzkiej Tabandy). To od dwóch lat niezmiennie bardzo smakowite i pozytywne miejsce, z sympatyczną obsługą i sezonowymi pomysłami w karcie.

Kawałek dalej, na Jaskółczej, mieści się kolejny z naszych najulubieńszych obiadowych spotów, tu z kolei genialna kuchnia bliskowschodnia: najlepsze hummusy i falafele, szakszuki, burgery z halloumi, a wszystko kolorowe, soczyste, posypane granatem i kolendrą, z dodatkiem genialnych kiszonek i chrupiących warzyw. Nie/mięsny wyrósł z popularnego gdańskiego foodtrucka Muka bar, a lokal, w którym się znajduje, był wcześniej przez lata lokalnym sklepem mięsnym. Nie/mięsny ma karcie zarówno klasyki dla wegetarian, jak i pyszne mięsne potrawy jak np. cudowne marokańskie klopsiki, pitę z szarpaną wieprzowiną czy hummus z baraniną i miętą. Tu zawsze jest szalenie sympatycznie i arcysmacznie.

W tej części dolnego miasta mieści się też mała knajpka z azjatyckim street foodem – Przyganiał Kocioł Wokowi i restauracja Spożywczy, którą zapamiętałam jako poprawną alternatywę na okoliczność braku stolików w Nie/mięsnym.

WRZESZCZ

To dzielnica mojego dzieciństwa i okresu nastoletniego, konkretnie – Górny Wrzeszcz, cichy zakątek “Królewskiej Doliny” między lasem a parkiem, niedaleko Politechniki. Choć dziś rzadko bywam w okolicach naszego starego domu, to jednak Wrzeszcz jest mi wciąż bardzo bliski, chyba nie bez powodu mamy tam dzisiaj biuro i sklep, coś mnie tam nadal przyciąga. Zarówno wspomnienia z czasów podstawówki, a później liceum (wrzeszczańskiej – a jakże – “Topolówki”), jak i cała rodzinna historia, która rozgrywała się w tych okolicach. Dziś wybieram nieco inne fragmenty tej dzielnicy na spotkania ze znajomymi czy rodzinne wyjścia, moja dawna ulica sypie się bowiem i z wyjątkiem cudownej japońskiej Gyozilli z najlepszym ramenem i najbardziej zaskakującym sushi w mieście, nic więcej tam nie ma. W tej górnej części Wrzeszcza świetnie rozwinął się Garnizon – miejsce kompletnie mi za dzieciaka nie znane (z wyjątkiem kina Zawisza w klubie garnizonowym 😉 ), którego potencjał parę lat temu zaczął być wreszcie wykorzystywany. To kilka odnowionych powojskowych budynków oraz teren dawnych koszarów nad Strzyżą, na którym dziś jest osiedle mieszkaniowe z bardzo rozbudowaną infrastrukturą usług, w tym wieloma kawiarniami i restauracjami. Najpiękniejsza część Garnizonu to właśnie ta zabytkowa – w odrestaurowanych budynkach wokół zielonego dziedzińca mieszczą się dziś knajpy, które regularnie odwiedzamy: Stary Maneż na wino ze znajomymi i koncerty, Pobite Gary i Ping Pong na obiad (ten pierwszy rzadziej, drugi wciąż na szczycie listy moich ulubionych miejsc w Gda), Sztuka Wyboru na kawę i ciastko, na wystawę czy po książkę. W Garnizonie jest też fajny plac zabaw, sklepy, salony fryzjerskie, a w nowej części także smaczne adresy takie jak Zakwasownia Bistro, Marmolada, Chleb i Kawa czy kultowa już cukiernia UMAM.

A po drugiej stronie torów kolejowych, za przystankiem SKM Wrzeszcz, rozpościera się równie fajna dolna część dzielnicy, z parkiem Kuźniczki, placem Wybickiego i upstrzoną hipsterskimi knajpkami ulicą Wajdeloty. Tam też warto zajrzeć i pokręcić się uliczkami, wypić kawę, zajść kultowe wegańskie jedzenie do Avocado albo na lody do Kwaśniaka.

I pewnie mogłabym tak wymieniać jeszcze i długo i długo, ale pora postawić kropkę. Nie tylko dlatego, że wymieniłam już wszystkie nasze ulubione zakątki Gdańska, ale też z powodu ulewy nad szwedzkim Kungshamn, która trwa już czwartą godzinę, a której dalszą część pragnę przeżyć pod kołdrą, z książką 🙂

Zasyłam pozdrowienia z północy, do zobaczenia w Gdańsku!

Polka