nasze nadnercza, podwzgórza i przysadki

Wielu od razu wiedziało, co robić. Nie tracili czasu na wątpliwości, po prostu ubrali się i ruszyli. Nagotowali zupy, termosy napełnili herbatą, nakupowali chleba i pojechali – nakarmić głodnych, ogrzać zziębniętych. Spakowali koce i ubrania, wykupili wszystkie pieluchy w Biedronce i ostatnie śpiwory w sportowym, nosili kartony z mydłem i herbatnikami. Niektórzy zmienili pościel w gościnnym, napełnili lodówkę, zrobili miejsce przy stole. Otworzyli domy, zamknęli firmy, jeździli przez cały kraj w tę i z powrotem. Reagowali automatycznie, niczym jakieś dobroczynne roboty, jakby im wcześniej wgrano ten kryzysowy software i teraz już tylko wciśnięto „enter”. Jest wojna, cierpią ludzie – wyłączamy normalność, wchodzimy w tryb awaryjny, nie śpimy, działamy.

Wielu kompletnie nie wiedziało, co robić. Utknęło w stuporze przed telewizorem. Z rozszerzonymi źrenicami odświeżało aplikacje z newsami, zasypiało i budziło się ze smartfonami w dłoniach, próbując złożyć słowa i obrazy w jakąś sensowną całość. Zamarli, w przerażeniu i niedowierzaniu, obserwując rozwój wydarzeń. Wielu przestało spokojnie spać, spłycił się ich oddech, rozbolał brzuch, zacisnęły się szczęki, karki usztywniły się, dłonie drżały. Wielu płakało. Niektórzy upili się, próbując na chwilę wyłączyć czucie. Ich układ nerwowy zwariował, koncentracja spadła, energia gdzieś uszła.

Wielu ustawiło się w kolejkach. Wypłacili gotówkę, napełnili kanistry benzyną, kupili zgrzewki wody i konserwy. Popędzili wyrobić paszport, założyć konto zagranicą, zebrali rodzinne dokumenty w jedną teczkę. Uruchomili tryb survivalowy – spakowali plecaki ewakuacyjne, kupili krzesiwa, latarki, akumulatory i koce termiczne. Ich instynkt przetrwania każe im szykować się do ucieczki, mieć nagrane lokum gdzieś daleko stąd, w kopercie dolary, w szafce karton batonów proteinowych i pastylki do uzdatniania wody.

Wielu stanęło z boku i kpiło – z tych, co ruszyli z zupą na granicę; z tych, co zamarli przed telewizorem i z tych w kolejkach do bankomatów. Żeby nie popadać w paranoję, nie przesadzać, że przecież wojny były i będą, a nam wszak nic nie grozi. Wielu umniejszało powagę sytuacji, racjonalizowało wydarzenia, dystansowało się do przekazów – że niby spisek i propaganda, a media nakręcają nas, zatem – róbmy swoje, żyjmy normalnie, nie dajmy się omamić. Ta histeria to przykrywka dla zmowy big pharmy, ich zakusów na naszą wolność i pieniądze, bo niewola to szczepienia i maseczki, a nie bomby spuszczane na przedszkola.

Nieliczni już martwią się, że zaraz będzie im tu lepiej niż nam. Że nie starczy dla nas – pieniędzy na socjal, miejsc w szpitalach, podłogi na dworcach, śpiworów, lekarstw i pracy. Na razie nieliczni, ale będzie ich więcej. Wielu będzie patrzeć wilkiem, złorzeczyć, wyganiać ich ze swoich podwórek i przedszkoli.

Wszyscy oni mają ze sobą coś wspólnego, ich różne reakcje mają ten sam rdzeń – to strach. Głęboki, wszechogarniający, pierwotny lęk. Wszyscy poczuliśmy się zagrożeni, każdemu z nas zatrząsł się świąt. W naszej podświadomości odżyły transgeneracyjne traumy, doświadczenia dziadków, wspomnienia strachu, bólu i głodu, których niby sami nie mamy, a jednak ten dźwięk kijowskich syren i głosy rosyjskich propagandystów zabrzmiały dziwnie znajomo. I dziwnie mocno chwyciły za serce, jak na kogoś, kto przeżył całe życie w czasach pokoju. To przerażenie na myśl o wojnie, my, ludzie żyjący pośrodku Europy, mamy w krwiobiegu, ono zapisane jest w naszym DNA. Tę powagę, być może większą niż wszędzie na zachód od Odry, mamy w sobie jako wnuki żołnierzy i więźniów; potomkowie tych, którym odmawiano państwowości i człowieczeństwa. Tych, którzy doświadczyli okupacji, terroru i upodlenia, którzy tracili wszystko, co było im bliskie. Mamy ten strach pod skórą i mamy go w głowach, bo go pielęgnowano – nasłuchaliśmy się na historii, naoglądaliśmy w filmach, naczytaliśmy w książkach i wojennych wierszach. Pamięć koszmaru wojny jest u nas, w Polsce, wciąż żywa – te obrazy ze wspomnień przodków, z literatury i muzeów, choć czarno-białe, rzadziej w kolorze sepii, odżywają w nas teraz w sposób cholernie dotkliwy. W dodatku w kolorze i w high-definition.

Mamy prawo się bać, każdy inaczej. Miejmy dla siebie teraz dużo czułości – dla siebie samych i dla siebie nawzajem. W tej chwili, w której ciężko zrozumieć nam świat, rozumiejmy chociaż tyle, że reakcje na stres pobliskiej wojny są bardzo różne. Nie ma złych ani dobrych odruchów, choć pewnie można wyróżnić mniej i bardziej konstruktywne, pożyteczne i takie, które nikomu nie służą. Ale wszystkie one są nasze, ludzkie, są odruchami ciał i procesami umysłów, na które rzadko mamy wpływ. To nasze zaktywizowane układy sympatyczne, to nadnercza, wydzielające adrenalinę, nasze podwzgórza i przysadki. To wreszcie nasze dzieciństwo, wychowanie, zinternalizowane sposoby działania, życiowe doświadczenia, osobiste predyspozycje. Jedni przekują ten strach w pełne współczucia działanie, inni popadną w bezsilność i niemoc, skupią się na chronieniu siebie i rodziny albo zredukują go, umniejszając zagrożenie.

To dziś jest ważniejsze niż kiedykolwiek w ostatnich dziesięcioleciach – żebyśmy trzymali się razem. Pomagali tym mniej odpornym psychicznie. Nie oceniali. Byli dla siebie dobrzy.

Co o tym myślisz? Zobacz komentarze lub dodaj własny komentarz

Leave a Reply