Ciasta

najłatwiejsze ciasto w świecie – ucierane ze śliwkami

Już, już – patrząc na to ciasto z kajetu mamy, którego smak tak dobrze znam z dzieciństwa – już miałam pisać o jedzeniowych sentymentach. I o tym komforcie, który pojawia się, gdy jemy coś, co kojarzy się z domem. I pewnie powstałby na ten temat całkiem zgrabny tekst, gdyby nie to, że już go kiedyś pisałam.

Od rozmyślań na temat smakowych wspomnień zaczyna się bowiem rozdział mojej książki, ten poświęcony jedzeniu. Lubię go, tak jak lubię jedzenie i dlatego nie zamierzam go spalić, o jedzeniowych sentymentach więc dzisiaj nie będzie. O książce już też was w zasadzie nie chciałam zanudzać, ale dziś jest taki dzień, że muszę.

Ciasto ma z książką związek podwójny, gdyż upiekłam je dla gości, których zaprosiłam na piątek nie tylko dlatego, że się za nimi stęskniłam. Zaprosiłam egoistycznie, bo bardzo nie chciałam być sama w dniu, w którym zobaczę książkę po raz pierwszy. Zaprosiłam pomimo tego, ile razy śniło mi się, że przychodzi kurier, a ja wydobywam z pudełka jakiś badziewiasty zeszycik. Śniło mi się, że była mała i cienka. Był także koszmar o miękkiej okładce, takiej błyszczącej, niczym fronty pism kobiecych. Miałam też sen o pomylonych zdjęciach, błędach w numeracji stron i wszystkich tych niedorzecznych zdarzeniach, które człowiekowi podpowiada ta mroczna i lękliwa część wyobraźni, kiedy dzieje się coś ważnego. I kiedy tak bardzo, bardzo chce się, żeby wyszło.

Optymistyczna część mojej wyobraźni jednak czekała na ten dzień z nadzieją. Wierzyła, że mimo wszystkich nieprzespanych nocy, wszystkich wylanych łez i tego miliarda trudnych decyzji, które musiałam podjąć, będzie dobrze. Liczyłam na to, że będzie za co wnieść toast. I chciałam spotkać tych, którzy wiedzieli od samego początku. Którzy inspirowali w czasie twórczego kryzysu i tych, którzy najładniej się ubrali na zdjęcia biesiady. I nie włożyli płaszczy mimo, że to był kwiecień, a fotografowałam na tarasie.

Piszę dziś o tym, bo przepełnia mnie wdzięczność. Za moich przyjaciół i za wszystkie z Was, które cieszą się razem ze mną, mimo że jeszcze nie do końca przecież wiedzą, czy warto. Piszę, bo cieszę się jak głupia, że okładka jest twarda, tytuł wytłaczany, a zdjęcia są w ładnej tonacji. Że papier jest przyjemnie matowy, kropeczki urocze i wszystko się zgadza. Piszę, bo nareszcie czuję się dumna. I dlatego, że kompletnie nie spodziewałam się takiej lawiny czułości i zainteresowania. I że w życiu nie pomyślałabym, że sam fakt, że ją wydam, będzie inspirował. Jeszcze nie zawartość, a już sama informacja, że to zrobiłam.

I mam ochotę dziś powiedzieć wam tak: warto marzyć. Warto być sobą. Warto być cierpliwym. Warto mieć nadzieję. I że dobro wraca. Pokora się opyla. Konsekwencja popłaca. Dyscyplina przynosi efekty.

Że można być matką dwójki dzieci i pracować z dobrym rezultatem. Można być zwykłym człowiekiem i zrobić coś, co poza rutynę wykracza. Że można zabłądzić i znaleźć drogę. I że można wieść zwyczajne życie, robić swoje, kochać proste rzeczy i być za to lubianym.

Dziękuję Wam.

Nie sądziłam, że się o tym wszystkim przekonam.

proste ciasto z owocami

ciasto ze śliwkami

łatwe ciasto ze śliwkami

szybkie ciasto ucierane

najłatwiejsze ciasto w świecie

proste ciasto z owocami

ciasto ze śliwkami

Najłatwiejsze ciasto w świecie – ucierane ze śliwkami

Niemal w każdej rodzinie funkcjonuje jakiś dyżurny przepis na takiego oldschoolowego ucierucha. Taki, co to się zapisało w pożółkłym kajecie dawno temu. Albo odziedziczyło wyblakłą notatkę z recepturą po kimś bliskim. Ten jest nasz rodzinny, z zeszytu mojej mamy. Według dzisiejszych kryteriów to glutenowo – cukrowa bomba, lecz ta przy całej swej szkodliwości potrafi rzeczy magiczne – przenosi w czasie do dzieciństwa. I w przestrzeni też – do kuchni babci, mamy czy cioci. To klasyczne, puszyste, domowe ciasto ze śliwkami z lekko chrupiącą skórką i mięsistym wnętrzem. Dziecinnie proste i niezawodne.

Składniki:

(na dużą blachę, do tortownicy czy okrągłej formy do tarty użyjcie połowy składników)

  • 500 g mąki
  • 400 g cukru
  • 1 cukier waniliowy
  • kostka masła (miękkiego)
  • 6 jajek
  • 2 łyżeczki proszku
  • ok. 6 łyżek mleka
  • kilkanaście śliwek
  • opcjonalnie: szczypta cynamonu

Przygotowanie:

  • masło utrzeć z cukrem (mikserem) na puszystą masę (nie martwcie się, jeśli nie będzie zbyt puszysta, a nawet lekko zwarzona, z grudkami, to się potem z mąką rozetrze)
  • do masła z cukrem dodawać jajka, po jednym, cały czas miksując (jak się doda wszystkie na raz, może wyjść jajecznica z kawałkami masła)
  • mąkę wymieszać z proszkiem, wsypać do maślano-jajecznej masy, zmiksować
  • ciasto będzie bardzo gęste, ale na końcu dodaje się mleko i konsystencja staje się rzadsza, dodaję na oko – ok. 6 łyżek, ale można i ciut więcej, by lepiej się smarowało na blasze
  • gotowe ciasto przełożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia (lub wysmarowanej cienko masłem i oprószonej mąką)
  • wierzch wygładzić i wyłożyć na nim przekrojone na pół śliwki, jedna przy drugiej (zeszło mi 15 dużych, dąbrowickich)
  • można dodatkowo przed pieczeniem oprószyć cynamonem i cukrem waniliowym (co zapewni apetyczną chrupkość skórki) lub cukrem pudrem, już po wyjęciu z piekarnika
  • piec ok.30 minut w 180 st. (do suchego patyczka)