codzienność

nadmorski czelendż

Raz na jakiś czas jeżdżę sobie latem na plażę, żeby przypomnieć sobie, dlaczego tego nie znoszę. Mieszkam w Gdańsku, kwadrans w samochodzie i jestem, już mogę zażywać kąpieli w lodowatej, brunatnej brei. Lucky me! Mieszkańcy Mazowsza pewnie czytają to bluźniercze zdanie z niedowierzaniem, a ci z Podlasia pukają się właśnie w czoło. A jednak – nie kokietuję tu, ani nie szukam na siłę kontrowersji, ja naprawdę nie rozumiem, jak można ciężkie pieniądze wydawać na wakacje w Trójmieście.

Żeby nie było – czasem wydaje mi się, że potrzebuję tego kojącego szumu fal, tego słonego wiatru, że minimalistyczny krajobraz i linia horyzontu ukoją moje skołatane nerwy. Niestety – już na etapie przygotowań przypominam sobie, że ostatnią rzeczą, jaką może zrobić z moimi nerwami wyprawa na plażę, to je ukoić. Staram się oddychać głęboko, pakując już drugą torbę wiaderek, łopatek, przekąsek, kaszek, śliniaków, pieluch, ręczników, kocyków, bidonów, kremów i kapeluszy. To pomaga, ale tylko trochę, bo podczas gdy ja pakuję, nie da się wcisnąć dzieciom pauzy – one wtedy oddają się przeróżnym aktywnościom, z których większość jednak z mojego punktu widzenia jest destrukcyjna. Operację w wariancie “samotna matka” należy zaplanować na jakieś dwie godziny, w tym czasie starając oddalać od siebie kuszące wizje wybrania się do piaskownicy pod blokiem. Pomagają wizualizacje kojącego szumu fal, słonego wiatru i linii horyzontu. Pierwsza nagroda pojawia się w momencie upchnięcia w samochodzie dzieci i domknięcia bagażnika – a więc udało się złożyć i zmieścić tam wózek i te dwie torby, z których jedna przypomina walizkę singielki na weekend w Sztokholmie. Tylko że ona pakuje tam dwie pary stringów i trzy kiecki, a ty masz koc, łopaty do piachu, herbatniki, dwa litry wody i kilo czereśni. Nic to, jedziemy, zajebista z Ciebie matka, organizujesz dzieciom czas w wakacje. A za chwilę to będziesz zajebista i opalona w dodatku, jak dobrze jest mieszkać nad morzem jednak.

Nie należy zrażać się brakiem miejsc parkingowych w okolicach gdańskich plaż miejskich i spacer w upale z tymi dwiema torbami traktować w kategoriach wakacyjnej przygody. A kto się przejmuje, niech wcześniej wstanie, bo koło ósmej jeszcze się może załapie na postój. W pobliżu plaży należy wyostrzyć wzrok i postarać się uniknąć oczopląsu – gdzieś tam za trampolinami, za dmuchanymi kulami w basenach, za trzema smażalniami, za goframi, lodami, za tymi pontonami i straganem z muszlami z morza śródziemnego, tuż za budką z grillowanym oscypkiem jest wejście na plażę. Jak się postarasz, to dojrzysz i przy odrobinie asertywności dotrzesz tam za jakiś czas bogatsza tylko o dmuchaną piłkę i kleksa z kręconych na spódnicy, z bickiem jak Pudzian i plamami od potu pod cyckami. Spora doza dystansu i skłonność do czelendżowania przydadzą się także podczas ciągnięcia wózka po piachu, jeśli krępują Cię te plamy od potu, to lepiej już teraz wciągnij brzuch i zdejmij koszulkę, bo zanim dobijesz do celu, one powiększą się jeszcze.

Rozkładasz kocyk i organizujesz rodzinie grajdoł, powstrzymując jednocześnie młodsze dziecko od wyjadania petów z piasku, a dodatkową parą oczu, tą z tyłu głowy, kontrolujesz, czy starsze się nie topi. To proste – wystarczy nie odrywać od niego wzroku nawet na sekundę. Siadasz, bierzesz głęboki wdech, drugą parę oczu kierujesz w dal, szukając tego horyzontu. Niestety – widzisz tylko brzuch Janusza i biust Grażyny oraz wielobarwne zasieki, skądinąd bardzo wakacyjny to krajobraz. Horyzontu zdecydowanie nie widać, słonego wiatru nie czuć, za to możesz poczytać gazetę Janusza przez ramię, posłuchać o małżeńskich kłopotach Grażynowych koleżanek z pracy i sztachnąć się jej papierosem. I tak Ci mija dzień na plaży, zajebista matko. A jak jesteś naprawdę troskliwa, to po godzinie przenosisz się w cień, celem uniknięcia udaru i złocistej opalenizny. Pamiętaj tylko, żeby mieć przy sobie ze dwie stówy na blade frytki, dmuchane rekiny i gofry z frużeliną, duży parasol i zapas herbatników, to może przetrwasz bez łez i marzeń o zamieszkaniu na Dolnym Śląsku. Acha, no i nie przejmuj się – piasek z uszu, portfela, kieszeni oraz tyłków twoich dzieci powinien zniknąć w ciągu tygodnia.

P.S. Fotografie poniżej nie ilustrują opisanych zdarzeń, bynajmniej. We wspomnianych okolicznościach aparat fotograficzny to tylko zbędny balast (wolne miejsce w torbie przeznacz na dodatkowe pieluchy). Zdjęcia robiłam podczas jedynego słusznego sposobu na kontakt z morzem, czyli podczas wieczornej wycieczki CAŁĄ RODZINĄ ZA MIASTEM, kiedy to on taszczy wózek i pełni funkcję drugiej pary oczu, a oczekiwania są zminimalizowane przynajmniej o tę opaleniznę. Plaża najfajniejsza jest po osiemnastej oraz od października do kwietnia, jeśli mam jako kobieta znad morza coś doradzić Wam, kochani turyści.

28

29

1

4

16

15

17

11

14

10

20

18

24

26

25