felietony

moja droga

Byłam wtedy zupełnie inną dziewczyną. Kobietą już w zasadzie, tuż po trzydziestce. Mąż, etat, trzyipółletnie dziecko. Własne mieszkanie, niewielki tylko kredyt na remont. Stabilizacja. Życie od pierwszego do pierwszego, o szóstej pobudka, przedszkole, autobus, kolejka, praca, o siedemnastej powrót. Żałosne próby zabawy z córką, tak, żeby nie zobaczyła mojego pustego spojrzenia, żeby nie domyśliła się, że mi się nie chce. Nie chce mi się bawić, nie chce mi się gadać, nie chce mi się nic. Że najchętniej położyłabym się i gapiła się w sufit. A potem sekwencja zautomatyzowanych czynności, seria przewidywalnych zdarzeń: kolacja, kąpiel, sprzątanie, pranie, ubrania do pracy. I od nowa: pobudka, przedszkole, autobus, kolejka…

Byłam wtedy kobietą, która dostawała ataków paniki w drodze do pracy. Zawrotów głowy w autobusie. Oblewała się potem, nie mogła złapać głębokiego oddechu. Dusiła się dosłownie i w przenośni. Byłam kobietą, która nie chciała tak żyć, ale nie wiedziała też, jak może żyć inaczej. Nie chciała tak pracować, ale nie wiedziała, jak może pracować inaczej. Chciała coś zmienić, ale jedyne, co czuła, to niemoc. Oraz jak twarda jest ściana, do której doszła.

Aż przyszło lato, a latem – wiadomo – wszystko wydaje się prostsze. Latem nawet słabi mają jakoś więcej siły. I wtedy taka sytuacja: połowa lipca, Kraków, ciepła noc, hotelowy ogródek, białe wino. Gadamy z kumpelą o tym moim życiu od pierwszego do pierwszego, bez szansy na samochód czy jakieś dalsze wakacje, o tej rutynie zasranej, o złych wyborach, o frustracjach, tęsknotach i marzeniach. I że nie tak to miało wyglądać, że ta dorosłość to jednak bardziej przesrana jest, niż się jeszcze parę lat wcześniej sądziło. Że nuda i orka na ugorze. Że niby wszystko, co najważniejsze, człowiek ma, ale jakiś pusty jest w środku. Wypalony, bez ikry i bez błysku w oku. I ja jej wtedy o tych moich wnętrzach, o jakichś kursach i studiach, że to by było coś, ale na razie bez szans, bo dziecko małe i kasy brak. I ona – Kamila konkretnie – powiedziała wtedy takie rzeczy, które zmieniły moje życie. Nie wiem, czy pod wpływem tego białego wina, ciepłej nocy, czy może Krakowa, ale uwierzyłam jej wtedy i pomyślałam – ej, bez kitu, założę bloga!

I świat chyba nagle zaczął mi sprzyjać, bo w poniedziałkowy poranek, który nastąpił po tym pamiętnym weekendzie, dostałam ospy. Zwolnienie na dwa tygodnie z zakazem opuszczania domu. To ja pod kołdrę i dawaj! – to nie może być przecież zbyt trudne, skoro te wszystkie szwedzkie housewives jakoś mają piękne blogi, layouty jak spod linijki, jasne zdjęcia swoich pięknych wnętrz, przyciski, widgety i gadżety. Wiedziałam wtedy o nich tyle, co na temat fizyki cząstek elementarnych, ale posmarowałam sobie wszystkie pryszcze, zrobiłam kawy, weszłam pod kołdrę i zaczęłam klikanie.

19 lipca 2013 roku napisałam swój pierwszy post na blogu, starym jeszcze, więc próżno go tu szukać. Był totalnie od czapy, krótki i dwujęzyczny – bo też i zagraniczne blogi wnętrzarskie były moją jedyną inspiracją, nie miałam pojęcia o polskiej blogosferze. Nie miałam pojęcia, że na tym się zarabia. Nie rozumiałam zbyt wiele zasadniczo, ale klikałam jak zawzięta, bo podskórnie czułam, że to moja ostatnia deska ratunku. Intuicja podpowiadała mi, że coś się z tego urodzi, nie wiedziałam jeszcze, co, ani kiedy. Ale wierzyłam. Że ktoś to kiedyś przeczyta, zobaczy i doceni. Że dzięki temu będzie wiedział o mnie więcej niż to wynika z mojego CV. Powodowana desperacją, chwyciłam się tego kurczowo i klikałam, klikałam, klikałam. Tylko to mogłam zrobić, że nie oszaleć. Żeby nie dojść do momentu, w którym już nie wstanę z łóżka. Bo kiedy klikałam, miałam nadzieję. Kiedy pisałam, miałam wreszcie znowu rumieńce i ten błysk w oku. Ikra wracała, a złe myśli ustępowały miejsca kolejnym pomysłom na wpisy.

Klikałam więc dalej, po pracy i po nocach i z każdym tygodniem jakby coraz bardziej chciało mi się żyć. Gadać, bawić z córką, odbywać sekwencje zautomatyzowanych czynności bez myśli o ucieczce z domu. Zaczynało się to udawać, rosnąć jakoś pomału, dodawać nadziei. Odzyskałam siły na tyle, żeby zrobić wreszcie wymarzone prawo jazdy, a to uczyniwszy, czułam już, że mogę góry przenosić.

Long story short – sześć lat później piszę te słowa ze swojego biura. Niby skromnego tylko pokoiku, ale jednak. Z widokiem na moje książki, notesy i plakaty. Na koncie mam dwa wydane tytuły, ponad osiemset postów, blog notuje co miesiąc około czterystu tysięcy odsłon. Mam dwie córki, firmę, całkiem inne mieszkanie, już nie żyję od pierwszego do pierwszego. Jeżdżę na wakacje, rzadko wstaję o szóstej, raczej nie miewam już takich dni, kiedy nie chce mi się nic. Długo to trwało, ale jestem tu, co więcej – doszłam tu zupełnie sama. Bez wspólnika, mentora czy inwestora, bez pozycjonowania czy reklam kontekstowych, bez kupowania fanów, bez znajomości, zaszczytnych miejsc w rankingach czy obecności w telewizji śniadaniowej. Doszłam tu tylko dlatego, że bardzo chciałam i nigdy się nie poddałam.

Bo pisałam, mimo że nie zarabiałam. Pisałam, kiedy krytykowali, hejtowali, czepiali się, wieszali psy. Czasami przez to płakałam, ale pisałam dalej. Pisałam wiosną, latem, jesienią i zimą. Dużo, często, regularnie, prosto z serca. W dni robocze i w weekendy, w Święta i na wakacjach. Bo przez sześć lat, bez żadnej większej przerwy, robiłam zdjęcia, tworzyłam grafiki, gotowałam, eksperymentowałam, aranżowałam, kombinowałam, uczyłam się i byłam w tym coraz lepsza. Doszłam tu dlatego, że sprawiało mi to dziką frajdę, bo było ze mną coraz więcej wspierających kobiet. Po prostu nigdy nie przestałam, nawet kiedy przychodziły kryzysy. Ani kiedy byłam zmęczona. Nawet gdy było mi smutno samej w domu. Nawet gdy próbowano podcinać mi skrzydła. Kiedy nie płacono za pracę. Nie przestałam, kiedy było mało lajków i jeszcze mniej propozycji.

To jest moja historia. Moja droga, z której jestem dumna jak z niewielu rzeczy. I nie oddam jej nikomu. Nie dam sobie zabrać tych sześciu lat ciężkiej pracy czepialskim frustratom, zawistnikom, trollom, ignorantom ani mądralom. Nie oddam ich tym, którzy nie mają pojęcia, jak ciężko pracuję, ani ile przeszłam. Ile nocy zarwałam, ani z ilu rzeczy musiałam zrezygnować, żeby mieć dzisiaj – dużego bloga, tysiące czytelników i nareszcie, po dwunastu latach pracy, po maturze na szóstki, po studiach ze stypendium, po czterech certyfikatach językowych, podyplomówce i sześciu latach intensywnego blogowania – wygodne życie. Nie będę tłumaczyć, że to moja praca, ani jak starannie selekcjonuję współprace. O ile tysięcy mogłabym mieć więcej na koncie, gdybym umiała zawierać zgniłe kompromisy z własnym poczuciem estetyki i dobrego smaku. Nie oddam tego ludziom, którzy nie mają pojęcia, ile razy mogłam wybrać drogę na skróty, ile prezentów i barterów mogłam przytulić, ile razy mogłam być w telewizji albo na portalach, na eventach albo na ściankach, ale ja wolałam w tym czasie siedzieć we własnej kuchni i po prostu pisać.

I tylko ja wiem, ile stoi za tym godzin, ile wyrzeczeń i ile łez. Ile pasji, cierpliwości, konsekwencji, inwestycji i ile nauki. Bo jestem dziś w miejscu, w którym zawsze chciałam być, z możliwościami, które zawsze chciałam mieć. Więc nie mów mi, dziewczyno, że znowu reklama. Albo, że nie taka, jak Ci się podoba. Bo ta reklama to moja duma, moja praca, moja nagroda za całą tę drogę. Nie mów mi tego, tylko znajdź swoją ścieżkę. Idź nią, nie zbaczaj, niezależnie od tego, jak będzie kręta, potykaj się i wstawaj, spoć się, ubrudź i bądź z siebie dumna.

Tak jak ja dziś jestem z siebie.

(Dzięki, Kamila! ♥)