felietony

masz prawo się bać

Dużo można ostatnio wyczytać porad w internecie. Dużo pomysłów na nudę, na stres, na zabawy z dziećmi, na to, co oglądać i jak spędzać czas, który nam dano. Pojawiają się głosy, że fajnie, że opamiętanie, błogosławieństwo, że oto wszyscy wreszcie możemy bezkarnie uprawiać slow life i mindfullness, zacieśniać rodzinne więzi, wsłuchać się w siebie i przestać już gnać. Żeby to docenić, dostrzec jasne strony, przytulić dzieci i celebrować to nowe życie, niczym jakiś dar, prezent od losu. A ja czuję, że ten bullshit wpędza mnie w wyrzuty sumienia, których ja teraz nie chcę. Nie mam na nie siły aktualnie, bo włączyłam moduł: survivor. Chcę tylko przeżyć to w zdrowiu, i żeby nikomu z moich bliskich nic się stało. Nie potrzebuję teraz czuć się jak debil ze swoim strachem, i nie uwierzę, że jako jedyna nie medytuję przy wschodzie słońca. Nie dam sobie wkręcić, że to jest fajne, że dookoła umierają ludzie, padają biznesy, a miliony boją się o własne rodziny. Wiem, że to nie ja mam ze sobą problem, tylko ten świat, który każe nam każdą katastrofę przerabiać na sukces. To nie ze mną jest coś nie tak, to ta utopia ciągłego samorozwoju rzuciła się niektórym na banię. To wypieranie negatywnych emocji, wbrew wszelkim faktom, niezależnie od okoliczności, to ten pieprzony obowiązek bycia pozytywnym, choćby świat się walił.

A ja mówię dziś: masz prawo się bać. Nie, nie jesteś histeryczką. Panikarą też nie. Nie jesteś słaba, dziwna ani inna. To świat stanął na krawędzi i życie, jakie znamy, zawaliło się.

Dlatego masz prawo do kołatania serca, do ucisku w klatce piersiowej, do płytkiego oddechu i bólu brzucha. Masz prawo wykonywać codzienne czynności bardziej nerwowo, masz prawo czuć niepokój, mimo że przecież dzieci się śmieją, przez okno wpada słońce i salon wygląda zupełnie normalnie. Mimo że jesteś zdrowa i siedzisz bezpiecznie w mieszkaniu urządzonym w stylu skandynawskim. Masz prawo do strachu i do czarnych myśli, nawet na tej swojej popielatej, minimalistycznej sofie. Nawet, jeśli inni mają gorzej.

Masz prawo bać się wyjść na zewnątrz, dotykać klamek i sklepowych wózków. Masz prawo bać się oddychać. Masz prawo czuć, jakby cały świat był skażony, ze stresu zapomnieć połowy listy zakupów i chcieć uciekać z kolejki do kasy. Możesz czuć się w tym wszystkim pokracznie, możesz nie umieć jeszcze wykonywać najprostszych czynności, przecież właśnie uczysz się ich wszystkich od nowa. Jesteś jak małe dziecko, robiące pierwsze kroki, to oczywiste, że nogi się jeszcze plączą.

Nie, nie musisz sobie radzić. To jest taki czas, że naprawdę – ten raz możesz spokojnie zaakceptować to, że sobie nie radzisz. Że nie wiesz, co będzie dalej, nikt nie wie. Że nie ogarniasz tego nowego życia i dzieci Cię już wnerwiają. Nikt nie ogarnia i każdego wnerwiają. Że nie możesz zasnąć albo płaczesz w ubikacji, kiedy Cię młode zapyta, czy babcia i dziadek umrą na wirusa. Nie musisz w ciągu kilku dni nauczyć się efektywnie pracować z własnej kuchni, mimo, że całe dorosłe życie spędziłaś w tętniącym życiem biurze. Nie musisz umieć jednocześnie pracować, pomagać w lekcjach, zabawiać przedszkolaka i mieszać nogą w garnku. Nie musisz z dnia na dzień zostać specem od edukacji domowej, rozwijających zabaw i odżywczych potraw z makaronu. Możesz tęsknić za wszystkim, co lubisz, mieć dość tych, których kochasz i czuć się jak zwierzę w klatce.

I nie, nie musisz teraz stawać się lepszą wersją siebie. To wcale nie jest najlepszy czas na wyrzeźbienie pośladków ani naukę hiszpańskiego. Nie musisz go wykorzystywać na nic pożytecznego, serio. Nic się nie stanie, jeśli nie odwiedzisz Luwru online, nie przeczytasz dziesięciu książek i nie weźmiesz udziału w wieczornej jodze na lajwie. Uwierz mi – kwarantanna to nie żaden dar, żadna unikalna szansa dla Ciebie, żebyś wreszcie mogła stać się chuda, oczytana czy zajebista.

To niepewność, chaos i brutalne wyrwanie nas z przewidywalnych ram. To trzęsienie ziemi dla poczucia bezpieczeństwa. Zagrożenie, jakiego dotąd nie znaliśmy, niewidzialne, a przez to jeszcze bardziej niepokojące. Ono odbiera nam rytuały, przyzwyczajenia, głęboki oddech i spokojny sen. I nie, że tylko latte na wynos, ploteczki z fumfelami z tyry, wakacyjne plany i shopping w galerii. To trzęsienie ziemi, które odbiera nam rzeczy elementarne – bliskość, zaufanie, więzi społeczne, wolność osobistą.

Dlatego nie daj sobie wmówić, że to tylko takie wakacje, więc można ćwiczyć, czytać, nadrabiać seriale. Nie, nie jesteś histeryczką. Panikarą też nie. Masz prawo się bać. Nie musisz sobie radzić ani stawać się lepszą wersją siebie. To świat stanął na krawędzi, a życie, jakie znamy, zawaliło się.